Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Prawdziwy wstyd

7 kwietnia 2017
Ten tekst przeczytasz w 55 minut

Polacy nie dzielą się na patriotów i resortowe dzieci - czego chciałaby prawica - ani na anty- i proeuropejskich - w co ślepo wierzy opozycja. Dzieli nas to, jak radzimy sobie ze zbiorowym kompleksem niższości

Siódma rocznica tragicznej śmierci pasażerów rządowego tupolewa zapowiada się żenująco. Tym razem najspokojniejszym miejscem może się okazać Krakowskie Przedmieście w Warszawie, gdzie zaplanowano dwudniowe uroczystości państwowe. Cały teren zostanie obstawiony przez BOR (jeszcze działający pod tym szyldem), z kolei stołeczny ratusz wydał 16 zakazów dotyczących zgłoszonych na ten dzień innych zgromadzeń. Tłumacząc na stronie internetowej, ze słabo skrywanym żalem, iż "nie mamy prawnej możliwości, aby wydać zgodę na teren uroczystości państwowych organizowanych przez rząd". Co zamierza kontestować na różne sposoby opozycja.

Nie trzeba zdolności jasnowidzących, żeby przewidzieć, jak dalej potoczą się wypadki. Już Witold Gombrowicz opisał standardowy przebieg pojedynku między konserwatystą a postępowcem w polskim wydaniu. Jego zasadniczą osią są miny, dziś z nowoczesna nazywane wizerunkiem. Konserwatyści przy ich użyciu starają się dowieść własnej wyższości intelektualnej i moralnej, postępowcy zaś skupiają się na ośmieszaniu konserwatystów. "Przeciwnicy staną naprzeciwko siebie i oddadzą serię min kolejnych, przy czym na każdą budującą i piękną minę Pylaszczkiewicza Miętalski odpowie burzącą i szpetną kontrminą" - pisał Gombrowicz w "Ferdydurke".

Osoby czczące na Krakowskim Przedmieściu pamięć o katastrofie smoleńskiej (te bardziej prawicowe - zamach smoleński) wzniosą się na szczyty uniesienia duchowego, epatując cierpieniem oraz czystością moralną. W odpowiedzi postępowcy zrobią wszystko, by tę wzniosłość zakłócić. Wydarzenia na ulicy błyskawicznie wzniecą falę hejtu wylewającą się z mediów tradycyjnych i społecznościowych. Co stanie się kolejnym etapem pojedynku na miny. W jego trakcie zbiorowy Pylaszczkiewicz, zwany Syfonem, i Miętus Miętalski zawalczą o władzę nad polskimi duszami. I tak Syfon: "wystrzelił wzrokiem w górę, a co więcej, wysunął naprzód jedną nogę, zwichrzył trochę włosy, kosmyk nieznacznie wypuścił na czoło i trwał tak samowystarczalnie, z zasadami i ideałami; po czym podniósł rękę i nieoczekiwanie wystawił palec, wskazując wzwyż! Cios był bardzo gwałtowny! Miętus natychmiast wystawił ten sam palec i napluł na niego, podłubał nim w nosie, drapał się nim, spotwarzał, jak mógł, jak umiał, bronił się, atakując, atakował, broniąc się, ale palec Syfona ciągle, niezwyciężony, trwał na wysokościach".

Co się będzie w Polsce działo, już wiemy i nikogo to nie zdziwi. Bo to oczywista oczywistość - jak mawia klasyk. Ciekawsze jest pytanie: dlaczego? Dlaczego śmierć pasażerów rządowego tupolewa, którzy reprezentowali niemal całe spektrum sceny politycznej i różne środowiska, nie jednoczy społeczeństwa? Zamiast tego została idealnie wpasowana w gombrowiczowski pojedynek na miny. Sedno sprawy sprowadza się - co zabrzmi surrealistycznie, lecz polska codzienność jest kwintesencją surrealizmu - do zakorzenionego od wieków w Rzeczypospolitej zbiorowego kompleksu niższości.

Pokraczny kraj

Z kompleksu niższości narodziły się dwa plemiona toczące wieczną wojnę, a ów kompleks powstał ze wstydu. Bo nie ma w Europie nacji wstydzącej się zacieklej i oryginalniej od nas. Zaangażowany w życie publiczne Polak nie wstydzi się za siebie - tu pozostaje absolutnie bezwstydny. Wstydzi się natomiast za rodaków, którzy ośmielają się mieć inny niż on światopogląd oraz zachowywać się odmiennie. Wybuchy zawstydzenia demonstruje na FB i Twitterze. Kaja się w czasopismach lub na telewizyjnym ekranie. Postępowcy piszą listy otwarte do innych nacji, w których przepraszają za konserwatystów. Ci z kolei publicznie przepraszają Boga za to, że są tu postępowi rodacy. Żeby odkryć źródło tej manii, która zaowocowała narodzinami dwóch plemion, należy się cofnąć do XVIII w., gdy faktycznie było wiele powodów do wstydu.

"Nawet Konstantynopol jest o wiele mniej barbarzyński, a rządy otomańskie zdają się być łaskawsze dla handlu, wynalazczości i rzemiosła, humanizujących społeczeństwo" - opisywał w 1778 r. Polskę Nathaniel William Wraxall. Agent potężnej Kompanii Wschodnioindyjskiej przemierzał Europę i Bliski Wschód, zbierając informacje dla swojej firmy o możliwościach wymiany handlowej. To, co zastał nad Wisłą, trudno było mu z czymkolwiek porównać. "Dlatego Turcy, chociaż daleko im do dawnej świetności, nie przedstawiają takiego obrazu upadku ducha narodowego i upokorzenia, jakim są dziś dla świata Polacy. Idąc ulicami Warszawy, nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że znajduję się w jakimś podupadłym i na wpół zrujnowanym miasteczku" - relacjonował. Znamienne, że niewiele ponad stulecie wcześniej była to stolica mocarstwa, powszechnie uznawanego za jedno z najpotężniejszych w Europie. Ten stan rzeczy stanowił odległą przeszłość. Swoją międzynarodową pozycję Polacy stracili na własne życzenie, nie mogąc zbudować sprawnie funkcjonującego państwa.

Na pobojowisku pozostał pokraczny kraj, w którym ostatnie zdanie w każdej sprawie miał rosyjski ambasador. Co gorsza, Rzeczpospolita przekształciła się w oryginalny twór - praktycznie bez władzy centralnej. Zastąpili ją magnaci sprawujący na swoich włościach rządy absolutne, sami stojąc ponad prawem. "Nic to było u niego strzelić w łeb człowiekowi jak psu" - opisywał ksiądz Jędrzej Kitowicz dyscyplinowanie sług przez księcia Karola Stanisława Radziwiłła. Zarówno dla Zachodu, jak i Wschodu Rzeczpospolita i jej mieszkańcy stali się obiektem pogardy z racji stopnia degeneracji państwa.

Sarmata proeuropejski

Do świadomości elit zauważenie tego, jak nisko upadł ich kraj, przebijało się długo. Wolały oszukiwać się, że Polska nadal jest wspaniałym miejscem do życia. Jednak magnaci i średniozamożna szlachta podróżowali po Europie. I widzieli, jakie są różnice między ich ojczyzną a zagranicą.

Choćby coś tak banalnego jak ulice, które w każdej z zachodnich stolic pokryto brukiem. "W Warszawie, która długo (wyjąwszy Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto) nie miała ulic wybrukowanych, pełno zaś było wszędzie po przedmieściach dołów i kałużów" - pisał Kitowicz. Z tej przyczyny magnaci musieli zaprzęgać karety w sześć koni, bo gdy spadł deszcz, pojazdy oraz ludzie tonęli w błocie. "I kiedy drzwi były obluzowane, zawsze się w takowym razie błota lub wody do karety nagarnęło, umaczawszy i uwalawszy nogi siedzącym w karecie, jakby piechotnym" - dodawał Kitowicz.

Takich zapóźnień cywilizacyjnych namnożyła się niezliczona liczba. Z ich powodu Polacy podczas pobytu w innych krajach wstydzili się przyznać do miejsca pochodzenia. Jeszcze przed wyjazdem ćwiczyli noszenie zachodnich strojów i język francuski, by ukryć narodowość. W kronice Żywca zapisano, jak miasto przez siedem miesięcy z uciechą obserwowało Karola i Jana Wielopolskich wprawiających się w noszeniu fraków, nim wreszcie wyjechali zwiedzać Paryż. Poczucie wstydu za własny kraj zaowocowało (zwłaszcza wśród młodych magnatów) ślepym zachwytem dla wszystkiego, co francuskie, angielskie lub włoskie. Dlatego bezkrytycznie naśladowali każdy element życia oraz kultury z tych krajów.

Wzorcowym modelem Sarmaty odmiany europejskiej był Stanisław August Poniatowski. Caryca Katarzyna II uczyniła go królem Polski nie dlatego, że był znakomitym kochankiem - awans zawdzięczał miękkiemu charakterowi. Imperatorowa miała więc pewność, że Poniatowski posłusznie wykona każde jej polecenie. Podobnie postrzegało Stanisława Augusta jego otoczenie. A jednak król w jednym względzie potrafił pozostawać nieprzejednanie upartym. Gdy w grę wchodziło coś tradycyjnie polskiego, stawiał weto, bo tej rzeczy się wstydził.

W dniu koronacji nawet August III dał się przebrać w kontusz oraz przepasać jedwabnym pasem. Co więcej, Sasowi podgolono głowę po szlachecku, a potem zmuszono, by odbył pielgrzymkę na Jasną Górę. Natomiast Poniatowski stawił szlacheckiemu ogółowi zaciekły opór. W końcu zalecono komisji układającej pacta conventa (umowę szlachty z nowym królem), aby zapisała w nich: "Ażeby Król Jmć przyszły w polskim stroju chodził". Choć przyciśnięty do muru, to się nie poddał. "Pan stolnik wiedeńskim faetonem (lekkim powozem - red.) jeździł od medyka do medyka, aby zebrać 12 podpisów, że strój polski i sarmacka fryzura szkodziłyby jego zdrowiu" - opisuje Julian Nieć w monografii "Młodość ostatniego elekta. St.A. Poniatowski 1732-1764". Takich zaświadczeń elekt przedstawił Sejmowi siedem. Jedno z nich głosiło, że jeśli "podług mody panującej podtenczas w polskim stroju ogolił głowę (była zaś moda golenia głów wysoko, tak iż u niektórych ledwo czubek włosów zostawał na wierzchu), tedyby musiał ustawicznie chorować, a może i umrze" - odnotował Kitowicz.

Nie chcąc skazywać ulubieńca carycy Katarzyny na śmierć, uczestnicy elekcji odstąpili od swoich żądań. Podczas koronacji Stanisław August paradował w stroju francuskim, wzbudzając tym wśród szlacheckiej gawiedzi uczucie powszechnego wstydu za własnego króla.

Dwa zawstydzone plemiona

"Stanisław August Poniatowski, wyniesiony do godności królewskiej ze stanu szlacheckiego, czuł się Europejczykiem i kosmopolitą, człowiekiem oświecenia, zdecydowanie niechętnie, by nie powiedzieć: wrogo odnoszącym się do ideologii i obyczajowości sarmackiej" - twierdzi Jerzy Dygdała w eseju "Wizerunek barokowego sarmaty i oświeceniowego Europejczyka, czyli August III Wettyn i Stanisław August Poniatowski". Postawa króla stała się wzorcowa dla nowego pokolenia elit, gdy uświadomiły sobie, jak bardzo Rzeczpospolita odstaje od świata. Kompleks niższości dawało się stłumić za sprawą całkowitego odrzucenia polskiej spuścizny kulturowej i naśladowaniem wszystkiego, co zaobserwowano na Zachodzie. W parze z tym szła służalcza postawa wobec oświeconej władczyni Rosji.

W tym czasie po drugiej stronie barykady ci, dla których mitologia sarmacka stanowiła fundament, z coraz większą nienawiścią traktowali każdy objaw proeuropejskości. Zawiązana pod koniec lutego 1768 r. konfederacja w Barze stanowiła próbę wykreowania Polski zarówno bez postępowców, jak i bez rosyjskiej dominacji. Zetknięcie z realnym światem okazało się jednak dla konfederatów bolesnym doświadczeniem. Karol Zbyszewski w książce "Niemcewicz od przodu i tyłu" opisywał ich następująco: "Towarzysze w pancerzach, z rysimi skórami na barkach, obwieszeni medalikami i szkaplerzami, nieraz z bronią pradziadów w ręku, wierzyli święcie w zapewnienia ks. Marka (Jandołowicza, duchowego przywódcy rebelii - red.), że w obronie dobrej sprawy wystarczy wyjść w pole - reszty dokona Matka Boska".

Jednak starcia z niewielkimi, za to dobrze wyekwipowanymi, zdyscyplinowanymi i bitnymi oddziałami rosyjskimi kończyły się klęskami. Gdy zaś wrogiem dowodził płk Aleksander Suworow, to bitwy jako żywo przypominały rzezie urządzane przez angielskie wojska kolonialne czarnym plemionom podczas anektowania ziem w Afryce. W dniu 23 września 1771 r. liczący 822 żołnierzy pułk Suworowa uderzył na 2,5 tys. konfederatów stłoczonych w Stołowiczach. Wybito ich ponad tysiąc, nim zmęczeni Rosjanie reszcie pozwolili uciec. Moskali zginęło kilkunastu. Po tak sromotnym laniu nie dawało się uciec przed kompleksem niższości. Zarówno więc konserwatyści, jak i postępowcy odczuwali go coraz mocniej. Przy czym winę za istniejący stan rzeczy zwalano na tych drugich.

A skoro ani jedni, ani drudzy nie potrafili zdobyć przewagi pozwalającej wyeliminować przeciwnika, bez żadnych oporów szukali wsparcia za granicą. Nie przyjmowali do wiadomości, że za każdą przysługę obcy dwór wystawi słony rachunek do zapłacenia. Śmiertelna wrogość nie pozwalała im dostrzec, jak są do siebie podobni w politycznym infantylizmie.

Plemienne ewolucje

Tragiczny koniec Rzeczypospolitej kompleks niższości tylko pogłębił, bo państwo straciliśmy w sposób wyjątkowo kompromitujący. Postępowcy wprowadzali reformy ustrojowe bez oglądania się na opór konserwatystów. Konstytucję 3 maja przyjęto podstępem, kiedy posłowie opozycji nie wrócili z wielkanocnych ferii do Warszawy. Wprowadzanie zmian wbrew woli połowy społeczeństwa stanowiło przedsięwzięcie samobójcze dla państwa. Na oszustwo konserwatyści odpowiedzieli zdradą. Potem było jeszcze haniebniej, bo choć wojna z Rosją nie była przegrana, to największy z orędowników proeuropejskości, król Stanisław August, zdradził wszystko, co tak promował, przystępując do Targowicy. Przedłożył bezpieczną emeryturę nad ideały i ojczyznę.

Od tego momentu głównym powodem Polaków do dumy stały się kolejne klęski. Łatwiej przychodziło nam je przełknąć dzięki ideom mesjanistycznym wykutym przez Józefa Hoene-Wrońskiego, Andrzeja Towiańskiego i Adama Mickiewicza. Wyobrażanie sobie Polski jako "Chrystusa narodów", oddającej życie za wolność innych nacji, pozwalało ukryć kompleks niższości wobec Anglików czy Francuzów, którzy właśnie budowali imperia. Nawet uznawani nad Wisłą za barbarzyńców Rosjanie chwalili się potęgą swojego państwa. Znajdującym się pod okupacją Polakom pozostawało jedynie okazywanie im pogardy. Dlatego sędzia ziemski Seweryn Bukar, spisując w połowie XIX w. pamiętnik, z lubością przedstawiał historie obrazujące głupotę rosyjskich urzędników. Z kolei o imperium Romanowów wyrażał opinię, iż "słusznie nazwać to można było parodją cywilizacji". Trudno wyobrazić sobie boleśniejszy upadek, jakiego mogło doświadczyć narodowe ego.

Recepty na podniesienie się z niego znaleziono dwie. Pierwsza, wywodząca się z tradycji sarmackiej i romantycznej, zakładała tworzenie organizacji konspiracyjnych i przygotowanie do walki zbrojnej. Drugi nurt ratunku szukał w nowoczesności. Pozytywistycznej pracy u społecznych podstaw, by Polacy stali się dobrze zorganizowanym społeczeństwem na wzór zachodni. Zdolnym stopniowo wymuszać dla siebie coraz większy zakres autonomii w oczekiwaniu na lepszą koniunkturę międzynarodową.

Ciekawym zrządzeniem losu u progu niepodległości Polsce przytrafili się dwaj wybitni przywódcy, reprezentujący wspomniane nurty. Ale wielkie cienie Józefa Piłsudskiego oraz Romana Dmowskiego bardzo przyczyniły się do pogłębiania tradycyjnego podziału na dwa wrogie sobie plemiona.

Przedwojenne wstawanie z kolan

"Tak mnie to złości, że niektórzy źli ludzie nie kochają Ciebie i swoje dzieci też uczą, żeby Ciebie nie kochały, tacy się nazywają wstrętne endeki, dlaczego Ty dziadku nie zrobisz z niemi porządku? Wszystkim endekom, którzy mają domy, majątki, sklepy, to im wszystko zabierz. Kiedy nie są dobrymi Polakami, to dlaczego mają mieć dobrze w Polsce, za którą Ty tak długo walczyłeś dla tych świntuchów" - skarżyła się w maju 1932 r. uczennica czwartej klasy Jola Knotheówna w liście do Piłsudskiego. Przy okazji chwaliła się, że ona sama nie odpuszcza potomstwu endeków, "bo się ze mną kłucą w szkole i nie raz taka awantura wychodzi, bo się bijemy, że aż pani przełożona przychodzi do klasy, ale im daje pranie, a mnie chwali" (pisownia oryginalna).

Autorka przygotowywanej do druku biografii sekretarki Marszałka Kazimiery Iłłakowiczówny, Joanna Frydryszak-Kuciel, prezentuje cały przekrój takiej korespondencji nadsyłanej przez sympatyków sanacji do Piłsudskiego. Gdy Polska odzyskiwała niepodległość, na scenie politycznej obecne było całe spektrum nurtów ideowych, od skrajnej lewicy po konserwatywną prawicę. Wystarczyła dekada i pozostali jedynie narodowcy czerpiący z idei Dmowskiego oraz sanatorzy Piłsudskiego. Cała reszta została zmarginalizowana, włącznie nawet z partiami chłopskimi. Oba bieguny powstałego duopolu politycznego darzyły siebie nienawiścią przenoszoną na każdy aspekt życia zbiorowego. "Moja Ciocia nam powiedziała, że jak o Ciebie drogi Dziadku idzie, to możemy drogi Dziadku prać i prać te wściekłe endeczki. Bo Ciocia mówi, że z dziećmi to najlepiej przemawiać do duszy przez ciało. Cieszę się i zaraz jutro z jedną moją koleżanką wściekłą endeczką zrobię porządek" - obiecywała Marszałkowi Marysia Konopkówna, dowodząc prawdziwości starej tezy, iż przykład zwykle idzie z góry.

Jak na ironię oba wrogie obozy chciały powstania mocarstwowej Polski. Przy czym drogę ku temu zdefiniowały inaczej. Motorem napędzającym działania endeków był ich kompleks niższości, odczuwany głównie wobec Niemców i Żydów. Tych pierwszych uznawał Dmowski za nację szczególnie niebezpieczną, bo stojącą na wyższym stopniu cywilizacyjnego rozwoju, zdolną nas łatwo zdominować. Również Izraelici - zdaniem autora "Myśli nowoczesnego Polaka" - górowali nad Polakami dorobkiem kulturowym i cywilizacyjnym, przez co nie istniała szansa na ich zasymilowanie. Co gorsza, "raczej oni byliby zdolni naszą większość duchowo, a w części i fizycznie zasymilować" - ostrzegał Dmowski. Wielką Polskę miał zatem szansę zbudować naród czysty etnicznie.

Na drugim biegunie stał Piłsudski ze swoją Rzecząpospolitą wielu narodów. Jej mocarstwowym rozwinięciem była koncepcja Międzymorza - sojuszu stworzonego przez słabsze nacje wspólnie z II RP, by stawić czoła Związkowi Radzieckiemu i III Rzeszy. Sanacyjna ekipa swój kompleks gorszości schowała za polityką mocarstwową. Dysponując potencjałem niewiele większym od Rumunii, II Rzeczpospolita usiłowała prowadzić na arenie międzynarodowej działania z rozmachem, na miarę brytyjskiego lub francuskiego. Swoim ówczesnym "wstawaniem z kolan" mocno irytowała rządy w Londynie i Paryżu.

Przy tym endeków i piłsudczyków łączyło niezmienne przekonanie, że gdyby ci drudzy znikli, zbudowanie silnej Polski byłoby już sprawą banalnie prostą.

W pogoni za Zachodem

"Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii, że naród gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący, powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów" - dywagował Winston Churchill na temat Polaków w liście do Franklina D. Roosevelta.

Spostrzeżenie brytyjskiego premiera jest nadal aktualne. Kiedy w 1989 r. Polacy dostali szansę, by rządzić się samodzielnie, wyszło jak zwykle. To, że naród podzielił się początkowo na elektorat wspierający partie postsolidarnościowe i postkomunistyczne, było sprawą nieuchronną. W czasach PRL aparat władzy obrósł kilkoma milionami osób związanych z nomenklaturą i służbami siłowymi, którym w zamian za lojalność gwarantowano bezpieczeństwo i lepsze życie. Do tego doszło spore grono pracowników PGR i wielkich zakładów przemysłowych, którym wolnorynkowe przemiany przyniosły bezrobocie i ubóstwo.

Tęsknota za dawnymi czasami oraz bieżący interes tworzyły z tej grupy stabilny elektorat dla postkomunistów. Choć wraz ze schodzeniem z tego świata kolejnych roczników podział ten stopniowo się wypalał. Dużo istotniejszą sprawą okazała się kwestia niezmiennego poczucia niższości. Ponad cztery dekady rządów komunistów przyniosły pogłębienie się zapóźnienia cywilizacyjnego, sprzyjając tym nasilaniu się zbiorowego kompleksu. A skoro Zachód stał się zarówno wzorcem, jak i marzeniem, kiedy wreszcie nadarzyła się możność dołączenia do niego, mało kto protestował. Nawet postkomuniści z wielkim entuzjazmem postanowili udawać socjaldemokratów.

Proeuropejskość i pogoń za Zachodem stały się więc wielkim, zbiorowym obowiązkiem. W tej chęci modernizacji nie byłoby niczego złego, gdyby nie doktrynerska bezmyślność. Przypominała ona bezkrytyczny pęd postępowców do kopiowania wszystkiego, co francuskie lub angielskie - jak za czasów Stanisława Augusta. Przy tej okazji następowała selekcja polskiej spuścizny intelektualno-kulturowej oraz historycznej. To, co w wyobrażeniu modernizatorów nie pasowało do modelu zachodniego, z miejsca odrzucano lub potępiano. Choć najskuteczniejsze okazywało się zawstydzanie obywateli.

Uczucie wstydu budzi bowiem w nas ukryte pokłady kompleksu niższości, przeraża jak żaden inny rodzaj emocji. Taka inżynieria społeczna działała skutecznie mimo olbrzymich kosztów, jakie obywatele musieli ponieść, poczynając od realizacji planu Balcerowicza po kolejne reformy.

Tyle że neoliberalny model gospodarczy musi prowadzić do coraz większego rozwarstwienia społecznego. Doktrynalne naśladownictwo dominującego na Zachodzie prądu ekonomicznego i przenoszenie żywcem wzorców kulturowych musiało tworzyć coraz szerszy krąg osób dostrzegających, że "przecież żaden z tych kawałków nie pasuje do obrazka!" - jak pisał w wierszu "Układanka" Wojciech Młynarski. Fala negacji dominującego w III Rzeczypospolitej trendu musiała nadejść. Na jej grzbiecie surfował po władzę Jarosław Kaczyński. Oferował nowe leki na nasz kompleks niższości: ślepą dumę z narodowej historii oraz "wstawanie z kolan". To ma być antidotum na lekarstwo obozu postępowego, który jedyny sposób na zagłuszenie swojego kompleksu niższości widzi w teologicznym odwzorowaniu wszystkiego, co kojarzy się z Zachodem. Czego symbolicznym kapłanem stał się Adam Michnik.

Jeśli za miarę ważności lidera przyjąć natężenie nienawiści, jakie wzbudza we wrogim plemieniu, to niewątpliwie Kaczyński i Michnik dominują. Zostawiają w pokonanym polu nawet Donalda Tuska. On bowiem jest tylko politykiem, oni zaś zyskali rangę duchowych przywódców. Co dla obu stron jest nie do przyjęcia, bo szczerze wierzą, że Polska stałaby się wzorcowo europejska lub wstałaby z kolan, gdyby tylko ci drudzy zniknęli. Ci drudzy zaś uparcie nie znikają, więc pozostaje wieczne zmaganie się ze wstydem i kompleksem niższość. Aby to przełamać, najłatwiej, tak po gombrowiczowsku, zacząć się lać po pyskach. Albo, co wymaga trochę wysiłku, po prostu wreszcie wstydzić się tylko za siebie.

Z kompleksu niższości narodziły się dwa plemiona toczące wieczną wojnę, a ów kompleks powstał ze wstydu. Bo nie ma w Europie nacji wstydzącej się zacieklej i oryginalniej od nas. Zaangażowany w życie publiczne Polak nie wstydzi się za siebie - tu pozostaje absolutnie bezwstydny. Wstydzi się natomiast za rodaków, którzy ośmielają się mieć inny niż on światopogląd oraz zachowywać się odmiennie

@RY1@i02/2017/069/i02.2017.069.000002400.801.jpg@RY2@

fot. Jan Bogacz/Forum

Postępowcy piszą listy otwarte do innych nacji, w których przepraszają za konserwatystów. Ci z kolei publicznie przepraszają Boga za to, że są tu postępowi rodacy

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.