Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Kampania wyborcza na finiszu. Omijanie przepisów wciąż mamy we krwi

Ten tekst przeczytasz w 31 minut

T o już ostatnie chwile kampanii wyborczej. Po raz kolejny się okazało, że wszystkie chwyty są w niej dozwolone, bo najważniejszy cel – zdobyć przewagę nad konkurentami – uświęca środki. A dziurawe przepisy i kłopoty z egzekwowaniem prawa tylko ułatwiają sytuację komitetom wyborczym. Sprawozdania finansowe są analizowane wiele miesięcy po wyborach i na ogół wszystko się w nich zgadza. I zupełnie to nie dziwi, bo zajmujący się tą analizą zespół w Krajowym Biurze Wyborczym liczy kilka osób. We Francji, jak mówi Filip Pazderski z Instytutu Spraw Publicznych, bada to 200 osób, a w Stanach Zjednoczonych jeszcze więcej. Wydaje się więc, że u nas nikomu nie zależy na tym, by przepływy pieniędzy w kampanii wyborczej były śledzone dokładniej. Gdyby było inaczej, politycy zmieniliby prawo albo daliby PKW więcej narzędzi do realnego sprawdzania wydatków. A może mógłby odciążyć ją fiskus, który przecież już dziś sprawdza oświadczenia majątkowe radnych? Albo mogliby to robić sami wyborcy – w trakcie kampanii – zaglądając na otwarte konta komitetów wyborczych? Taki patent parę lat temu wprowadzili Słowacy. Dzięki niemu wyborcy byli świadomi, jakie są zależności między kandydatami a np. biznesem czy partiami politycznymi. W Polsce takiej wiedzy przed wyborami nie mamy. Zresztą i z tą świadomością nie jest najlepiej. Bo co z tego, że wiemy o prowadzeniu przez kandydata nielegalnej przedwczesnej agitacji albo umieszczaniu wyborczych reklam w miejscach niedozwolonych? Gdy przychodzi do głosowania o takim omijaniu czy naginaniu prawa i tak mało kto pamięta. Tymczasem, jak mówi jeden z naszych ekspertów, w innych krajach, kandydat za takie działania spotkałby się z powszechnym ostratycyzmem.

Nie dość, że dotychczasowe problemy nie są od lat rozwiązywane, to pojawia się kolejny – media społecznościowe, do których przenosi się kampania z ulic. Tam panuje na razie totalna wolnoamerykanka. A przecież wyborcy mają prawo wiedzieć, czy i kto stoi za wpisem na Facebooku lub Twitterze. Dziś przepisy tego właściwie nie regulują. Na niewiele zdaje się też stanowisko PKW w tej kwestii, o którym mało kto wie. Potrzebne są zmiany w kodeksie wyborczym i to jeszcze przed majowymi wyborami do europarlamentu. ©

Bożena Ławnicka

bozena.lawnicka@infor.pl

 

Wszystkie grzechy kandydatów

Przedwczesny start, nielegalne zdobywanie funduszy, kłamstwa wyborcze, wieszanie reklam w niedozwolonych miejscach, manipulowanie w internecie. I choć wszyscy tego typu działania krytykują – szczególnie gdy dopuści się ich kandydat z innego ugrupowania – to nikt nie chce tego zmieniać

– Większość kandydatów, którzy biorą udział w wyborach, zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy grają fair, że obchodzą lub naginają przepisy, korzystają z luk w prawie – nie ma wątpliwości Filip Pazderski, analityk Instytutu Spraw Publicznych. Nikt jednak się tym nie przejmuje. Nie zgłasza poważniejszych spraw do organów ścigania, a tym bardziej nie podejmuje zmian systemowych. Dlaczego? – Bo wszyscy na tym korzystają – wyjaśnia ekspert (czytaj wywiad). Również socjolog, dr Jarosław Flis przyznaje, że nawet jeśli przepisy są, to jakoś trudno znaleźć ukaranych, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy finansowe. – W praktyce można się przyczepić do spraw formalnych, ale merytorycznie nikt nie sprawdza sprawozdań finansowych komitetów – mówi i przypomina, że by zachować równe szanse między osobami ubiegającymi się o mandaty czy funkcje w państwie, kwestie prowadzenia kampanii wyborczej reguluje kodeks wyborczy. Także dr Marta Żerkowska-Balas z Uniwersytetu SWPS przyznaje, że dla osiągnięcia wyborczego celu prawo jest omijane i nieco naginane.

Wiosna nasza, czyli prekampania

Teoretycznie kampania wyborcza mogła się zacząć od ogłoszenia terminu wyborów samorządowych, czyli od 14 sierpnia. Wystartowała jednak znacznie wcześniej, głównie za sprawą kandydatów na włodarzy dużych miast. Państwowa Komisja Wyborcza – tak jak przed innymi wyborami – apelowała o nieprowadzenie prekampanii. W wydanym wiosną stanowisku napisała: „(…) W obowiązującym stanie prawnym PKW nie ma uprawnień do podejmowania działań w sprawach związanych z ewentualnym prowadzeniem tzw. prekampanii, która nie jest uregulowana w przepisach kodeksu wyborczego (…). Komisja może jedynie apelować do uczestników życia publicznego o niepodejmowanie takich działań”. Niestety, apele PKW na nic się zdały, kandydaci i tak robili swoje. I tak w Warszawie agitacja wyborcza na dobre ruszyła już w maju – w tym miesiącu kandydat PiS na prezydenta stolicy Patryk Jaki rozdawał już kiełbaski nad Wisłą, po czym na początku sierpnia zapowiedział, że odwiedzi 100 osiedli. W tym czasie jego kontrkandydat z Komitetu Obywatelskiego (KO) Rafał Trzaskowski realizował plan 18 dzielnic w 18 godzin i częstował kawą na stacjach metra. Przy czym w Warszawie kampanię przed ogłoszeniem terminu wyboru rozpoczęli nie tylko faworyci z bogatych ugrupowań – np. kandydat Komitetu Wyborczego Wygra Warszawa Jan Śpiewak na początku sierpnia zwracał uwagę, że w stolicy wiele węzłów przesiadkowych jest nieprzyjaznych dla pieszych, a przede wszystkim dla osób niepełnosprawnych, i obiecywał naprawienie tej sytuacji. Z kolei Jacek Wojciechowicz z KW Akcja Warszawa zarzucał obecnym władzom miasta złą politykę w kwestii śmieci i mówił, że jako prezydent to zmieni.

Także w innych miastach wystartowano wcześniej. Dariusz Polowy, przedsiębiorca z Raciborza, od 19 marca rozwieszał swoje bill-boardy i informował, że jest przyszłym kandydatem na prezydenta tego miasta. Twierdził też, że nie prowadzi kampanii, a jedynie informuje o swoim zamiarze kandydowania. Podobna sytuacja miała miejsce w lipcu w Chorzowie. Na ulicach miasta pojawiły się wówczas billboardy Leszka Piechoty, kandydata PiS na urząd prezydenta. Przy czym przedstawiały go nie jako osobę startującą w wyborach samorządowych, ale senatora PiS. W tym przypadku wczesną kampanię można tłumaczyć także tym, że Leszek Piechota jeszcze w końcu 2017 r. był… senatorem PO. Ważne więc było, żeby wcześniej przyzwyczaić wyborców, z jakiego ugrupowania startuje. Obietnice wyborcze także za wcześnie składał za to inny kandydat PiS – Sebastian Pieńkowski z Gorzowa Wielkopolskiego. – Jeśli wygram wybory, od 1 stycznia 2019 r. wprowadzę Gorzowskie Becikowe 1000 plus – zapowiadał w maju, pokazując tablicę ilustrującą ten pomysł. Dołożył do tego jeszcze cztery nowe żłobki. Z kolei Marcin Horała, poseł PiS, zainaugurował walkę o fotel prezydencki w Gdyni w końcu czerwca. Poinformował o tym po raz pierwszy na Twitterze. Także w Poznaniu walka wyborcza między pretendentami do fotela prezydenta, tj. Jackiem Jaśkowiakiem (Koalicja Obywatelska), Jarosławem Puckiem (komitet Dobro Miasta) i Tadeuszem Zyskiem (PiS), toczyła się wcześniej – już w maju.

Co na to prawo

Zgodnie z art. 104 k.w. kampania wyborcza rozpoczyna się z dniem ogłoszenia aktu właściwego organu o zarządzeniu wyborów i ulega zakończeniu na 24 godziny przed dniem głosowania. W obecnych wyborach kampania wystartowała 14 sierpnia 2018 r. Wszystkie działania mające znamiona agitacji przed tym dniem były prekampanią. Ta jednak w kodeksie wyborczym ani nie została uregulowana, ani wyraźnie zabroniona. O tym że w prawie jest dziura, mówił jeszcze przed rozpoczęciem kampanii do wyborów samorządowych w 2014 r. rzecznik praw obywatelskich. Jego zdaniem wcześniejsza kampania wynika z zamiaru ominięcia limitów wydatków i procedur zapewniających jawność finansowania kampanii wyborczych, a przez to osiągnięcie przewagi nad innymi kandydatami oraz ugrupowaniami. Luka w przepisach, jak zauważał rzecznik, negatywnie wpływa na zasadę równości szans kandydatów i komitetów wyborczych. Do dzisiaj w tej sprawie nic się nie zmieniło. Eksperci zauważają jednak, że ze względu na dynamiczny rozwój mediów społecznościowych, prawdopodobnie nie będzie to możliwe. Już teraz można bowiem powątpiewać w skuteczność egzekwowania zakazu agitacji w trakcie ciszy wyborczej, a więc tym bardziej w okresie prekampanii (P. Bała, „Problematyka prekampanii w wyborach samorządowych na szczeblu gminy”, Przegląd Sejmowy 2015, nr 3, s. 57–66).

Te wszechobecne plakaty i banery

Wiszą na cmentarnym płocie, placu zabaw dla dzieci, szkolnych ogrodzeniach, na drzewach czy znakach drogowych. Z wyborczą „plakatozą” ciężko walczyć. W poprzednich wyborach samorządowcy wykorzystywali przede wszystkim stojące przy drogach słupy, drzewa, a nawet znaki drogowe. Na przykład w Toruniu przy samym skrzyżowaniu ulic Konstytucji 3 Maja i Przy Skarpie na jednym słupie wisiały plakaty czterech ugrupowań: PO, Czasu Mieszkańców, Czasu Gospodarzy i PiS. Tymczasem art. 43 ustawy o drogach publicznych ściśle reguluje odległości reklam od dróg. I choć zarządca drogi może się godzić na odstępstwa, to z pewnością nie w tak newralgicznym miejscu. W tej kampanii tak piętrowo ustawianych i bezpośrednio przy drogach plakatów wydaje się być mniej. Ale torunianie znowu są zbulwersowani. Tym razem za sprawą banerów kandydatki PiS wywieszonych na cmentarnym płocie. Kandydatka twierdzi, że uzyskała na to zgodę. Jeśli tak – wszystko jest z prawnego punktu widzenia w porządku. Pozostaje kwestia wyczucia i powagi miejsca.

Mieszkańcy są coraz bardziej wyczuleni na wieszanie banerów w takich właśnie miejscach, a także przy szkołach czy kościołach (choć to ostatnie miejsce, o ile kandydat uzyskał zgodę, nie jest zakazane). Ich niesmak budzi też plakatowanie ośrodków służby zdrowia. W poprzedniej kampanii samorządowej na drzwiach jednego ze szpitali zawisł plakat startującego w wyborach lekarza. – Budziło to podwójne wątpliwości – mówi Piotr Jakubowski, prawnik współpracujący z Fundacją Batorego. Z jednej strony – czy nie jest to agitacja w miejscu pracy, z drugiej – czy nie narusza etyki lekarskiej, bo leczący się u tego lekarza pacjenci mogli czuć się obowiązani, by na niego głosować. W tym roku z reklamy na placówce służby zdrowia postanowił też skorzystać Mirosław Marcinkiewicz, przedstawiciel Komitetu Obywatelskiego startujący do sejmiku w Gorzowie Wielkopolskim. Na fasadzie szpitalnego oddziału ratunkowego zawisł jego wielki baner. Jedno co dobre – reprezentant KO nie jest lekarzem.

Nauczone złymi doświadczeniami z wcześniejszych kampanii gminy starają się okiełznać plakatowy chaos. Wydają własne przepisy w tym zakresie, określając szczegółowo, co wolno kandydatom, a co jest zakazane. I dokładniej niż do tej pory tego pilnują. Przykład z bieżącej kampanii to choćby zwożenie z ulic lawet (na koszt komitetu wyborczego) z ogłoszeniami wyborczymi w Trójmieście. Strażnicy miejscy działają także w innych miastach. Na przykład w Lublinie podjęli kilka interwencji dotyczących banerów ustawionych wzdłuż dróg i zwrócili się do komitetów wyborczych o ich przestawienie. Gdy to wykonały, strażnicy nie nałożyli kary, a skorzystali tylko z pouczenia.

Teoretycznie, by być widocznym z poziomu ulicy, można się poruszać w granicach prawa i nawet rozwieszać plakaty za darmo. Miasta podają na swoich stronach internetowych miejsca, w których jest to dozwolone. Na przykład w Sochaczewie jest ich 27. Kalisz oferuje komitetom 29 słupów ogłoszeniowych, na których można wywieszać plakaty bezpłatnie i 22, za miejsce, na których trzeba płacić. A w gminie Iłowa (woj. lubuskie) plakaty można wywieszać nieodpłatnie na 14 tablicach ogłoszeniowych. Tyle, że zawieszony w takim miejscu plakat szybko jest zaklejany i to na ogół wizerunkami osób z przeciwnego ugrupowania.

Co na to prawo

Niedozwolone przez k.w. jest umieszczenie materiałów wyborczych na terenie:

urzędów administracji rządowej lub administracji samorządu terytorialnego bądź sądów;

zakładów pracy w sposób i w formach zakłócających ich normalne funkcjonowanie;

jednostek wojskowych lub innych jednostek organizacyjnych podległych ministrowi obrony narodowej lub oddziałów obrony cywilnej bądź skoszarowanych jednostek podległych ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych.

Zabronione jest także umieszczanie plakatów wyborczych w lokalu wyborczym lub w budynku, w którym się on znajduje albo prowadzenie agitacji na terenie szkół wobec uczniów. Za to wykroczenie grozi grzywna od 50 zł do 5000 zł (art. 24 par. 1 kodeksu wykroczeń).

Z kolei z art. 495 par. 1 pkt 1 k.w. wynika, że nie można umieszczać plakatów i haseł wyborczych na ścianach budynków, przystankach komunikacji publicznej, tablicach i słupach ogłoszeniowych, ogrodzeniach, latarniach, urządzeniach energetycznych, telekomunikacyjnych i innych bez zgody właściciela lub zarządcy nieruchomości, obiektu albo urządzenia. Zabronione jest także przy ustawianiu własnych urządzeń ogłoszeniowych w celu prowadzenia kampanii wyborczej naruszanie obowiązujących przepisów porządkowych albo umieszczanie plakatów i haseł wyborczych w taki sposób, że nie można ich usunąć bez powodowania szkód. Za te czyny grozi również grzywna. Wymierzona pełnomocnikowi wyborczemu, który w terminie 30 dni po dniu wyborów nie usunie plakatów i haseł wyborczych oraz urządzeń ogłoszeniowych, oraz redaktorowi naczelnemu, który dopuszcza do niewykonania obowiązku umieszczenia w informacjach, komunikatach, apelach i hasłach wyborczych, ogłaszanych w prasie drukowanej (na koszt komitetów wyborczych) wskazania przez kogo są opłacane i od kogo pochodzą.

 

 

Kłamstwo w trybie wyborczym

W obecnej kampanii walka na procesy wyborcze trwa w najlepsze. Przegranym jest m.in. premier Mateusz Morawiecki. Przypomnijmy: we wrześniu podczas wiecu wyborczego w Świebodzinie powiedział, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez rząd PiS większa suma na drogi lokalne niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat. Politycy Koalicji Obywatelskiej złożyli przeciw premierowi pozew w trybie wyborczym i wygrali.

Nieusatysfakcjonowany czuć się może też prezydent Sopotu Jacek Karnowski, który nie doczekał się sądowego uznania wypowiedzi kandydata PiS Piotra Melera za kłamstwo. Powiedział on na wizji m.in., że Karnowski poniósł „kompletną porażkę, jeśli chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa w mieście”. Sąd stwierdził jednak, że nie była to wypowiedź w formie informacji, którą można zweryfikować i ocenić jako prawdę lub fałsz. A w trybie wyborczym sprostowaniu podlegają tylko informacje, o których można stwierdzić, czy są prawdziwe, czy też nie. Sąd uznał, że ocena, nawet głęboko niesprawiedliwa, nie podlega sprostowaniu w trybie wyborczym i oddalił wniosek. W sądzie apelacyjnym wygrał zaś – z kandydatem PiS Kacprem Płażyńskim – urzędujący prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Wygraną w trybie wyborczym (na razie w pierwszej instancji) pochwalić się też może Patryk Jaki. We wtorek Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił wniosek przedstawicieli komitetu Bezpartyjni Samorządowcy, którzy domagali się od niego zakazu rozpowszechniania informacji, że ma rządowe gwarancje na deklarowane przez niego inwestycje. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że wypowiedzi Jakiego stanowiły element agitacji wyborczej. Uznał również, że zebrany w sprawie materiał dowodowy nie pozwalał na przyjęcie i stwierdzenie, że obietnice kandydata były nieprawdziwe.

Co na to prawo

Prawo wyborcze chroni kandydatów przed rozpowszechnianiem nieprawdziwych informacji. Gdy taka sytuacja będzie miała miejsce, to kandydat lub pełnomocnik wyborczy zainteresowanego komitetu wyborczego ma prawo wnieść do sądu okręgowego wniosku o wydanie orzeczenia o:

zakazie rozpowszechniania takich informacji;

przepadku materiałów wyborczych zawierających takie informacje;

nakazaniu sprostowania takich informacji;

nakazaniu publikacji odpowiedzi na stwierdzenia naruszające dobra osobiste;

nakazaniu przeproszenia osoby, której dobra osobiste zostały naruszone;

nakazaniu uczestnikowi postępowania wpłacenia kwoty do 100 tys. zł na rzecz organizacji pożytku publicznego.

Artykuł 111 par. 2 k.w. przewiduje uproszczone postępowanie sądowe, zwane popularnie trybem wyborczym. Ta specjalna procedura polega na tym, że sąd okręgowy rozpoznaje taki wniosek w ciągu 24 godzin w postępowaniu nieprocesowym. Na postanowienie sądu okręgowego przysługuje w ciągu 24 godzin zażalenie do sądu apelacyjnego, który rozpoznaje je również w ciągu 24 godzin. Od postanowienia sądu apelacyjnego nie można wnieść skargi kasacyjnej i podlega ono natychmiastowemu wykonaniu.

W przypadku niewykonania tego obowiązku w wyznaczonym terminie sąd, na wniosek zainteresowanego, zarządza opublikowanie takich materiałów na koszt zobowiązanego.

Boty atakują w internecie

Świat nie stoi w miejscu i kampania wyborcza także nie może wyglądać tak samo jak przed laty. Wiele aktywności wyborczej przenosi się do internetu, gdzie promocja kandydatów odbywa się non stop i w zasadzie bez żadnych reguł. Czy za wpisami w sieciach społecznościowych stoją prawdziwi wyborcy, czy algorytmy? Trudno stwierdzić. Krakowski dziennikarz Daniel Liszkiewicz sugerował niedawno na Twitterze, że boty (czyli program wykonujący automatycznie pewne czynności za człowieka) zaatakowały kandydatów na prezydenta Krakowa – Łukasza Gibałę i Małgorzatę Wassermann. Według Liszkiewicza miałyby za tym stać osoby powiązane z firmami realizującymi zlecenia dla Urzędu Miasta Krakowa. Prezydent Jacek Majchrowski stanowczo odciął się od takich zarzutów. Z drugiej strony w internecie pojawiają się także liczne komentarze wychwalające Łukasza Gibałę i krytykujące Jacka Majchrowskiego. Komentarze te również w większość brzmią tak samo i są pisane przez osoby o różnych nazwiskach. Tym razem to Łukasz Gibała zaprzecza, że ma z tym coś wspólnego.

Burza wokół wykorzystywanych przez kandydatów botów rozpętała we wrześniu „Gazeta Wyborcza”, pisząc, że stosował je w kampanii prezydenckiej w 2015 r. Andrzej Duda. Dziennik twierdził, że znaleziono tego ślady w rozliczeniach finansowych z kampanii prezydenta. Prezydent zaprzeczył tym sensacjom i określił je jako fake news.

Jednak wyraźnie widać, że przepisy nie nadążają za tym, co dzieje się w sieci. Zwraca na to uwagę wydanym we wrześniu stanowisku Państwowa Komisja Wyborcza.

Stanowisko Państwowej Komisji Wyborczej w sprawie zasad prowadzenia i finansowania kampanii wyborczej w internecie z 26 września 2018 r. (fragmenty)

Agitacja wyborcza prowadzona w internecie odgrywa coraz większą rolę w kampaniach wyborczych. Partie polityczne, komitety wyborcze, kandydaci i inne podmioty uczestniczące w życiu publicznym sięgają przy tym często po środki powszechnie uznawane za nieetyczne, czasem zaś naruszające prawo. Przepisy ustawy z 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy nie regulują w sposób szczegółowy zasad prowadzenia kampanii wyborczej w internecie, nie oznacza to jednak, że działań tych nie dotyczą ogólne, określone przepisami kodeksu wyborczego, zasady określające prowadzenie i finansowanie kampanii wyborczej.

Państwowa Komisja Wyborcza przypomina, że zgodnie z art. 84 par. 1 i art. 126 kodeksu wyborczego komitety wyborcze prowadzą na zasadzie wyłączności kampanię wyborczą na rzecz kandydatów i pokrywają wydatki z tym związane ze środków własnych. Prowadzenie i finansowanie działań kampanijnych przez inne podmioty w celu obejścia przepisów określających limity wydatków komitetów wyborczych stanowi naruszenie zasad finansowania kampanii wyborczej i może zostać uznane za przekazywanie komitetowi wyborczemu świadczeń niepieniężnych z naruszeniem art. 132 par. 5 kodeksu wyborczego, skutkujące odrzuceniem sprawozdania finansowego, przepadkiem równowartości uzyskanych przez komitet korzyści na rzecz Skarbu Państwa oraz odpowiedzialnością karną.

Należy przy tym przypomnieć, że zgodnie z art. 141 par. 2 kodeksu wyborczego partia polityczna, która samodzielnie utworzyła komitet wyborczy lub wchodzi w skład koalicji wyborczej, nie może w okresie kampanii wyborczej prowadzić i finansować agitacji wyborczej na rzecz upowszechniania celów programowych partii politycznej. Podejmowanie przez partię polityczną takich działań stanowi naruszenie zasad wydatkowania środków finansowych partii, określonych w ustawie z dnia 27 czerwca 1997 r. o partiach politycznych (Dz.U. z 2018 r. poz. 580) i może stanowić podstawę odrzucenia jej sprawozdania finansowego oraz grozi odpowiedzialnością karną.

Państwowa Komisja Wyborcza przypomina, że zgodnie z art. 109 par. 2 kodeksu wyborczego materiały wyborcze powinny zawierać wyraźne oznaczenie komitetu wyborczego, od którego pochodzą. Materiałem wyborczym jest każdy pochodzący od komitetu wyborczego upubliczniony i utrwalony przekaz informacji mający związek z wyborami (art. 109 par. 1 kodeksu wyborczego). Materiałami wyborczymi są zatem m.in. wszelkie przekazy informacji pochodzące od komitetu wyborczego, rozpowszechniane w internecie i za pomocą innych środków komunikacji elektronicznej. Dotyczy to nie tylko przekazów zamieszczanych np. na stronach internetowych wykorzystywanych przez komitety wyborcze do prowadzenia agitacji wyborczej, lecz także rozpowszechnianych w innej formie, w tym w postaci przekazów zwielokrotnianych na zlecenie komitetu przez osoby lub przez systemy zautomatyzowane (…). Należy przy tym wskazać, że nieumieszczenie wymaganych oznaczeń w materiałach wyborczych stanowi wykroczenie określone w art. 496 kodeksu wyborczego, w związku z czym przypadki niedopełnienia tego obowiązku należy zgłaszać organom ścigania. Ocena w tej materii należy do organów ścigania i sądów, nie zaś do organów wyborczych.

Jeśli zakazu nie ma, to grzech nie skorzystać z możliwości?

Nierzadko swoje stanowisko wykorzystują np. osoby ubiegające się o reelekcję. Mają oni większą szansę na sukces choćby z racji lepszego dostępu do lokalnych mediów czy innych środków komunikacji z mieszkańcami

Kampania marketingowa, która ma przekonać obywateli do poparcia danego kandydata czy ugrupowania, zaczyna się na kilka miesięcy przed każdymi wyborami. Specjaliści od marketingu politycznego, wizerunku, budowania marki osobistej i politycznej prześcigają się w tworzeniu efektownych i efektywnych narzędzi wpływu. Aby zachować równe szanse między osobami ubiegającymi się o mandaty czy funkcje w państwie, kwestie prowadzenia kampanii wyborczej reguluje kodeks wyborczy. Jego przepisy określają m.in. czas trwania kampanii, sposób jej finasowania czy zasady wykorzystania środków masowego przekazu. Jednak praktyka pokazuje, że można je omijać czy nieco naginać dla osiągnięcie wyborczego celu.

Zbyt wczesna agitacja

Mówi się, że kampania wyborcza zaczyna się tuż po ogłoszeniu wyniku głosowania, bowiem politycy, zwłaszcza ci sprawujący urząd, są oceniani za całokształt swoich działań, nie tylko za aktywności podejmowane tuż przed wyborami. Prawo ustanawia początek kampanii w dniu ogłoszenia postanowienia prezydenta o zarządzeniu wyborów, jej koniec zaś następuje 24 godziny przed głosowaniem. W dobie rozwoju mediów masowego przekazu, w tym internetu i rosnącej popularności portali społecznościowych, oba te terminy często nie są przestrzegane. Problemem jest przede wszystkim kwestia zachowania ciszy wyborczej w sieci, gdzie informacje natury politycznej dostępne są bez przerwy i docierają do nas poza czasem, przez co trudno jest odróżnić, który wpis czy post jest elementem kampanii, a który nie. Równie częstym zjawiskiem jest prekampania, czyli rozpoczęcie agitacji wyborczej przed ogłoszeniem wyborów lub przed rejestracją komitetu wyborczego. Przedwcześnie rozpoczętą kampanią jest chociażby prezentacja kandydatów, której partie często dokonują zanim znana jest jeszcze dokładna data głosowania. Prekampania może zaczynać się jednak także od wywieszonego plakatu czy postu lub zdjęcia w mediach społecznościowych, jak miało to miejsce w przypadku Stanisława Kracika, który w lipcu 2010 r. rozpoczął swoją kampanię za pomocą mediów społecznościowych, telewizji internetowej oraz autorskiego bloga. Prekampanie zdają się niechlubną tradycją krakowskich kandydatów na prezydenta. W 2014 r. przed czasem rozpoczęła się jedna z droższych kampanii zorganizowana przez sztab Sławomira Ptaszkiewicza, którego kandydatura została ogłoszona już w marcu. Tym razem kampania odbywała się przede wszystkim z wykorzystaniem tradycyjnych narzędzi marketingu politycznego: ulotek, plakatów oraz spotkań z wyborcami.

Przypadki rozpoczęcia kampanii przed ogłoszeniem wyborów odnotowywane są także w innych miastach – wystarczy podać tu przykład Piotra Guziała w Warszawie czy Joanny Kopcińskiej w Łodzi, którzy swoją kampanię rozpoczęli na przełomie czerwca i lipca 2014 r.. Jest niemal pewne, że także w kończącej się kampanii odnotowane zostaną tego rodzaju zdarzenia, choć, aby stwierdzić skalę tego zjawiska, trzeba poczekać na raporty z monitoringu wyborów samorządowych (tego rodzaju audyt prowadzi między innymi Instytut Spraw Publicznych czy Fundacja Stańczyka, z których opracowań pochodzą omawiane w artykule przypadki naruszeń).

Prekampania może wpływać na rozpoznawalność kandydata, daje mu też więcej czasu na budowanie pozytywnego wizerunku, jednak najczęściej tego rodzaju działania pozostają niezauważone przez obywateli. Nie ma także badań, które potwierdzałyby wpływ rozpoczętej wcześniej kampanii na sukces wyborczy (warto w tym miejscu wspomnieć, że żaden z wymienionych kandydatów nie został wybrany na stanowisko).

Wykorzystanie sprawowanej władzy

Empirycznie udowodniony jest natomiast wpływ statusu inkumbenta (urzędnika państwowego ubiegającego się o reelekcję) na prawdopodobieństwo ponownego wyboru kandydata na stanowisko. Przewaga z tytułu sprawowania władzy (incumbency advantage) jest jednym z najsilniejszych czynników prognozujących ponowną elekcję.

Inkumbenci mają większe szanse na sukces w wyborach, dysponują bowiem zasobami i możliwością podejmowania działań niedostępnych dla innych kandydatów. Po pierwsze, można mówić tu o wykorzystaniu zasobów ludzkich (angażowanie w kampanię ekspertów czy pracowników urzędu), materialnych (użytkowanie przestrzeni biurowej, urządzeń) i niematerialnych (korzystanie z wolontariatu innego niż formy wyznaczone przez ustawę, bezpłatnie świadczonych usług, niskich cen materiałów czy nieodpłatnego użyczenia miejsca na plakat wyborczy). Po drugie, przewaga wiąże się z wykorzystaniem narzędzi związanych ze sprawowaniem władzy: tu należy wymienić ułatwiony dostęp do mediów, urzędowych środków komunikacji (finansowanych ze środków publicznych biuletynów, spotkań z mieszkańcami, kampanii społecznych) czy też będące na granicy prawa manipulacje budżetowe (dostosowywanie wydatków i obciążeń do cyklu wyborczego). Po trzecie, pełniący funkcję urzędnicy mają dostęp do sieci różnego rodzaju kontaktów politycznych, biznesowych, które ułatwiają prowadzenie kampanii.

Wykorzystanie pełnionego stanowiska do autopromocji może przybierać rozmaite formy. Jedną z najczęściej praktykowanych jest udział kandydata w różnego rodzaju uroczystościach (otwieranie inwestycji, targi, pokazy, lokalne imprezy, obchody świąt czy rocznic). Tego typu aktywności dają możliwość częstych spotkań z potencjalnymi wyborcami, budowania pozytywnego wizerunku oraz wiążą się z większą ekspozycją medialną, która zapewnia rozpoznawalność kandydata. Taka promocja jest skuteczna zwłaszcza w przypadku indywidualnych stanowisk (wójt, burmistrz), choć personalizacja polityki sprawia, że także partie i ugrupowania oceniane są przez pryzmat widoczności i działalności lidera i innych kluczowych polityków.

Innym sposobem autopromocji inkumbentów jest wykorzystanie informacji dotyczących sukcesów osiągniętych w czasie sprawowania urzędu. Można wśród nich wymienić promocję dokonanych (lub choćby rozpoczętych) inwestycji, jak robiła to Hanna Gronkiewicz-Waltz w Warszawie (anegdotą stała się jej przedwyborcza przejażdżka nową linią metra, która do użytku została oddana kilka miesięcy później) czy Hanna Zdanowska w Łodzi. Inną formą są publikacje poświęcone działaniom zrealizowanym w czasie pełnionej kadencji, np. podsumowujący cztery lata sukcesów władz Krakowa raport „KRK Miasto 2010–2014” promujący Jacka Majchrowskiego, kampania „Obiecałem – Zrealizowałem” zachęcająca do odwiedzenia strony internetowej poświęconej dokonaniom krakowskiego radnego Bogusława Kośmidera czy lubelskie śniadanie prasowe Krzysztofa Żuka, podczas którego omawiał swoje dotychczasowe osiągnięcia oraz przedstawiał propozycje programowe na kolejną kadencję.

Skutecznym narzędziem marketingowym wydają się też kampanie społeczne z udziałem polityków. Przykładem takiego działania jest kampania „Jesteś widoczny, jesteś bezpieczny”, w ramach której powstały bilbordy z wizerunkami polityków: Adama Struzika, Hanny Gronkiewicz-Waltz oraz Jacka Kozłowskiego.

Autopromocji urzędujących polityków służyć mogą także narzędzia partycypacji publicznej – zorganizowane w czasie trwania kampanii wyborczej konsultacje społeczne (przykład z Łodzi) czy działania związane z promowaniem budżetu obywatelskiego (przykład z Lublina). Tego rodzaju narzędzia dostępne jedynie dla kandydatów pełniących wybrane funkcje publiczne, mogą okazać się skuteczne, ponieważ wzmacniają w obywatelach poczucie wpływu na sprawy lokalne i przekonanie o tym, że władze interesują się ich problemami, pomysłami, inicjatywami.

Kwestia łączenia obowiązków wynikających z pełnionej funkcji z prowadzeniem działań o charakterze agitacyjnym nie jest uregulowana prawnie. Zgodnie z dobrym obyczajem urzędnicy państwowi powinni na czas prowadzenia działań związanych z kampanią wyborczą brać urlop lub zgłaszać nieobecność w pracy. W praktyce nie zawsze tak się dzieje, nie niesie to za sobą żadnych konsekwencji, bowiem często nie da się odróżnić, która z prowadzonych aktywności jest związana z pełnioną funkcją, a która przynależy do kampanii wyborczej.

Status inkumbenta daje kandydatom niewątpliwą przewagę. Posiadana władza i możliwości wykorzystania unikalnych narzędzi czy zasobów tworzą szanse różnych form kontaktu z wyborcami, zwiększają rozpoznawalność kandydata i ułatwiają ocenę jego działalności (choć nie zawsze musi to być ocena pozytywna). Z inkumbencją wiąże się ryzyko silnej delegitymizacji władzy, spowodowanej negatywną oceną dotychczasowych dokonań kandydata. Decyzja wyborcza podejmowana jest bowiem nie tylko w oparciu o to, co wydarzyło się w trakcie kampanii, a nawet najlepsze hasła, plakaty czy eventy nie ukryją źle ocenianych decyzji włodarza.

Czarny PR

Przyczyną niechęci do sprawujących władzę kandydatów czy ugrupowań może być także negatywna kampania, polegająca na podważaniu wiarygodności kandydata w oczach wyborców. Tego typu działania mogą mieć charakter merytoryczny – wówczas krytykowane są poglądy i działania oponenta. Jako przykład można tu wymienić kampanię „Czas na zmiany” z 2014 r. czy wojnę plakatową pomiędzy partią rządzącą a opozycją na początku kampanii w 2018 r. Przedmiotem ataku często bywa też zachowanie przeciwnika, jego cechy, rodzina i życie prywatne.

Mediatyzacja polityki przyczyniła się do zwiększenia liczby negatywnych kampanii wyborczych w różnych elekcjach. Ma to swoje dobre i złe strony. Z jednej strony media, w obliczu ogromu informacji o krótkim terminie przydatności, chętnie pokazują nie zawsze potwierdzone skandale po to, by przyciągnąć i zainteresować widzów. Z drugiej strony negatywna kampania jest dla wyborców źródłem informacji o przeszłości polityków, którą ci chcieliby ukryć. Jako ilustracja mogą posłużyć kazusy Romana Smogorzewskigo, któremu zarzuca się molestowanie i dyskryminację, czy Czesława Małkowskiego oskarżonego kilka lat wcześniej o gwałt. W przypadku negatywnej kampanii wyborczej nie wiadomo jednak, które z informacji są prawdziwe, a ustalenie faktycznego stanu rzeczy wymaga czasu (Smogorzewski złożył pozew o zniesławienie, a Małkowski nadal nie został skazany prawomocnym wyrokiem), tymczasem decyzja wyborcza musi zostać podjęta w ciągu kilku tygodni.

Przykładów naruszania formalnych i nieformalnych zasad prowadzenia kampanii można podawać wiele. Skala tego rodzaju zjawiska nie jest do końca znana, bowiem doniesienia pochodzą przede wszystkim z dużych miast, gdzie wybory samorządowe są ściśle związane z rywalizacją partyjną na poziomie krajowym, przez co cieszą się większym zainteresowaniem mediów. Także wolontariusze z organizacji badających jakość kampanii wyborczej skupiają się na większych miejscowościach, gdzie kampania w mniejszym stopniu opiera się na osobistych kontaktach z wyborcami i łatwiej wykryć tego typu zjawiska.

Większość odnotowanych przypadków nie stanowi naruszenia prawa sensu stricto, jednak fakt ich zaistnienia pokazuje, że mamy do czynienia z istotnym problemem natury politycznej i społecznej. Przyczyn takiego stanu rzeczy można z jednej strony upatrywać w niedoskonałej kulturze politycznej, w której falandyzacja prawa jest zjawiskiem powszechnym i akceptowanym, nawet przez osoby ubiegające się o stanowiska publiczne, z drugiej strony zaś w niedoskonałym prawie, niedostosowanym do społecznej, ekonomicznej i medialnej rzeczywistości, w jakiej odbywa się kampania wyborcza. Faktem jest, że omówione zjawiska negatywnie wpływają na równość szans kandydatów w wyborach samorządowych (i nie tylko), często naruszają też zasadę jawności i przejrzystości finansowania polityki. Stajemy więc przed wyzwaniem, jakim jest opracowanie przepisów i dobrych praktyk, które zostaną zinternacjonalizowane przez polityków i obywateli. Tylko wówczas pierwsi będą agitować z poszanowaniem prawa, drudzy zaś będą świadomi naruszenia zasad, jeśli takie zaistnieją. ©

Wyrok i udział w aferze bywają też reklamą

Skazani nieprawomocnymi i prawomocnymi wyrokami włodarze wcale nie zamierzają w tegorocznych wyborach chować głowy piasek i wycofywać się z życia samorządowego. I – jak wynika z przedwyborczych sondaży – nie muszą spotkać się ze społecznym ostracyzmem. Niektórym wręcz przeciwnie, poparcie rośnie. Najlepszym tego przykładem jest obecna prezydent Łodzi Hanna Zdanowska. Wiele wskazuje na to, że pani prezydent wygra już w pierwszej turze i to z poparciem wyższym niż cztery lata temu, kiedy to uzyskała blisko 55 proc. głosów. Obecnie poparcie to przekracza 60 proc. i im głośniej PIS mówi, że nie pozwoli na to, by w Łodzi rządziła osoba skazana, tym popularność kandydatki wzrasta. To pozwala przewidywać, że powtórna elekcja stanie się faktem.

Wcale nie bez szans na ponowny wybór jest też uwikłany w procesy prezydent Gdańska Paweł Adamowicz – w niedawnym sondażu wyprzedził Jarosława Wałęsę i tym samym znalazł się na pierwszym miejscu. Szanse na reelekcję ma również Czesław Małkowski, były prezydent Olsztyna, odwołany ze stanowiska po głośnej aferze seksualnej. Sondaże wskazują, że weźmie udział w drugiej turze, w której prawdopodobnie spotka się z obecnym prezydentem Olsztyna Piotrem Grzymowiczem.

O pozostaniu na stanowisku wójta całkiem poważnie myśli też Sławomir Mazur, wójt Nieporętu, który mimo prawomocnego wyroku rządzi gminą od 2014 r. Z wyrywkowych sondaży wynika, że wciąż cieszysz się sporym poparciem. Jeśli wygra, będzie to jego piąta kadencja.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.