Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Dziś nauczycielom żyje się świetnie

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 30 minut

Obyś cudze dzieci uczył - to przekleństwo zawsze brzmiało w Polsce złowieszczo. Ten zawód nigdy nie był dla mięczaków

Dzień Edukacji Narodowej zwany Dniem Nauczyciela upłynie w tym roku w minorowych nastrojach. Wedle danych MEN pracę straciło już 7 tys. pedagogów, a pozostałe 400 tys. wkrótce będzie się musiało zmierzyć z wielkim tsunami, które przyniesie ze sobą niemający odpowiednika w przeszłości niż demograficzny. Wprawdzie daje on szansę na podniesienie jakości nauczania, choćby za sprawą mniej licznych klas, co zawsze owocuje lepszymi wynikami. Ale na razie dzieje się coś wręcz odwrotnego, ponieważ samorządy, uznając, iż otrzymują zbyt niskie dotacje na oświatę, systematycznie komasują szkoły i klasy. Argumenty, że szkoły molochy, gdzie łatwiej się sprzedaje narkotyki niż wiedzę, to koszmar zarówno dla dzieci, jak i nauczycieli, na nikim nie robią wielkiego wrażenia. W polityce edukacyjnej organy władzy centralnej i samorządowej coraz konsekwentniej zmierzają w stronę przedwojennego wzorca zakładającego, że bez względu na okoliczności nauczyciele muszą dać radę. I, co ciekawe, wówczas przeważnie dawali.

Będąc młodą nauczycielką

- Co obecnie w realiach szkoły podstawowej wydaje się rzeczą skandaliczną, w okresie międzywojennym mogłoby uchodzić za szczyt luksusu. Tamta rzeczywistość szkoły nazywanej powszechną skutecznie podniosłaby włosy na głowach dzisiejszych rodziców - opowiada dr Monika Piotrowska-Marchewa, badaczka historii społecznej XIX w. i pierwszej połowy XX w. z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego.

Kiedy Naczelnik Państwa Józef Piłsudski dekretem z lutego 1919 r. wprowadził obowiązkową i bezpłatną siedmioletnią szkołę powszechną, jedynie 6 proc. placówek posiadało odpowiednie pomieszczenia dla realizacji powierzonych im zadań.

- Dzieci uczyły się w chłopskich izbach wynajętych przez rząd, przy oświetleniu naftowym. Budowany niemal od zera system edukacyjny tak bardzo potrzebował kadry dydaktycznej, że w początkach II Rzeczypospolitej dawał zatrudnienie każdemu, kto ukończył przynajmniej kilka klas szkoły powszechnej. Co drugi nauczyciel legitymował się takim właśnie wykształceniem. Co trzeci miał ukończone seminarium nauczycielskie. Tytuł magistra należał do rzadkości - opowiada dr Monika Piotrowska-Marchewa. Ci fatalnie opłacani wysłannicy państwa musieli się zmierzyć z plagą analfabetyzmu w kraju zdewastowanym przez wojnę i dopiero co scalanym w jeden organizm. Mimo to odzyskanie niepodległości wprawiało pedagogów w wielki entuzjazm. Tuż po powstaniu Związku Polskiego Nauczycielstwa Szkół Powszechnych jego organ prasowy "Głos Nauczycielski" w kwietniu 1919 r. oznajmiał: "W atmosferze radością i nadzieją przesiąkniętej, roztaczając perspektywy świetlanej przyszłości, pełni zapału przystąpiliśmy do organizowania naszego Związku: cel - odrodzenie Ojczyzny przez rozbudzenie w społeczeństwie niekłamanych uczuć obywatelskich. Wiemy dobrze, że nie my jedyni to czynimy, ale również i to dobrze wiemy, że my właśnie najwięcej uczynić możemy". Szczere chęci często jednak bywały poddane ciężkiej próbie. Natalia Jakubowska, której wspomnienia opublikowano w zbiorze pt. "Pamiętniki nauczycieli" pod red. Józefa Chałasińskiego, miała 26 lat, kiedy po ukończeniu kursu Towarzystwa Opieki Szkolnej w Częstochowie trafiła w październiku 1920 r. do jednej z miejscowych szkół.

Widok uczącej się tam młodzieży wprawił ją w przerażenie. "Niech się pani nas nie boi i wejdzie do klasy, wszyscy będą bardzo grzeczni" - takimi słowami powitali ją uczniowie.

"Weszłam. Wszystkie oczy były pytająco zwrócone na mnie. Panowała grobowa cisza" - wspominała Jakubowska. "W ławkach siedziało po czworo, reszta stała pod ścianami i tłoczyła się po kątach. Stołu i krzesła dla nauczycieli nie było. (...) Zaduch z brudnych, parujących ubrań spowodował u mnie szum w uszach i huk w głowie" - opisywała młoda nauczycielka. Mimo to dała radę przeprowadzić pierwszą lekcję przyrody, a potem kolejne. Szybko przekonała się, że doświadczone przez wojnę dzieci są bardzo samodzielne i solidarne. "Na wycieczki chodziło się wówczas pieszo i boso, butów na zmarnowanie rodzice nie dawali. Bosi przenosili przez kałuże i potoki tych w bucikach. Silniejsi nosili słabszym torebki z żywnością w swoich workowatych plecakach" - zanotował Jakubowska, dodając, że zabierała sama na wycieczki grupy 60- i 100-osobowe. Jej podopieczni musieli bardzo polubić swoją nauczycielkę, skoro zaczęli się nią wręcz opiekować. "Wiedzieli, że nie jestem silna, dbali o to, żebym się nie przemęczała, na przykład mówieniem" - odnotowała wzruszona.

Na rubieżach cywilizacji

Ambitne plany wprowadzenia powszechnej edukacji na dobrym poziomie okazały się nieosiągalne dla biednego państwa. Dlatego w 1922 r. Sejm przyjął ustawę tworzącą różne kategorie szkół powszechnych, w zależności od gęstości zaludnienia danego obszaru kraju oraz liczby zamieszkujących go dzieci. Placówki kształcące uczniów przez siedem lat znajdowały się głównie w miastach. Z kolei na wsiach, zwłaszcza tych położonych na Kresach Wschodnich, działały już tylko jednoklasówki. Dzieci z kilku roczników w jednej klasie przerabiały z nauczycielem program czterech pierwszych lat szkoły powszechnej.

- Na wsi jednoklasówki ulokowane były nawet kilkanaście kilometrów od najbliższej stacji kolejowej. Do wielu szkół nie można było dojechać inaczej niż wozem zaprzężonym w konie, a zimą saniami. Rowery bywały dla nauczycieli szczytem luksusu. Na miejscu zamieszkiwali oni w pokojach mieszczących się przeważnie przy szkole - opowiada dr Piotrowska-Marchewa. Tak swoją karierę pedagogiczną zaczynał młody matematyk Jan Radiukiewicz. Inspektorat Szkolny w Białymstoku na początku 1923 r. przydzielił mu etat we wsi Dudki. "Pan inspektor oznajmił, że jadę na wieś niesforną, gdzie szkoła została zamknięta za karę" - zapisał we wspomnieniach Radiukiewicz, któremu inspektor nakazał ponowne uruchomienie szkoły. Ze stacji kolejowej Mońki do wsi Dudki szedł całe przedpołudnie, aż dotarł na placówkę. "Dookoła wsi rozpościerały się mokradła. Na pastwisku, zalanym jeszcze po roztopach wodą, wałęsały się chude krowy. Chłopcy w połatanych porciętach i brudnych bluzach, najprawdopodobniej moi przyszli uczniowie, uganiali się za krowami i owcami" - opisywał Radiukiewicz. Sołtys na powitanie poinformował go, że do szkoły pójdą jedynie młodsze dzieci, bo starsze wiosną muszą się zająć pasieniem krów. Również władze gminne potraktowały wrogo młodego nauczyciela, nie zamierzając mu w niczym pomagać. Na koniec ciężkiego dnia pedagog przeprowadził inwentaryzację pomocy szkolnych dla 52 uczniów. W bibliotece księgozbiór liczył 30 tomów. Z czego poza "Elementarzem" Falskiego i kilkoma czytankami większość stanowiły nowele o tematyce religijnej. "Pomoce naukowe to zegar tekturowy, metr-linia, uszkodzony cyrkiel, pudełko kredy, kałamarz i obsadka ze złamaną stalówką" - wynotował Radiukiewicz. Mimo trudnego startu udało mu się szybko pozyskać przyjaźń mieszkańców wsi, którzy choć w większości analfabeci, nie mieli nic przeciw edukowaniu swoich pociech. "Przez dzieci nawiązałem kontakty ze wsią. Wytworzyła się atmosfera zaufania i przyjaźni. Mieszkańcy wsi coraz częściej zwracali się do mnie o poradę z różnymi sprawami" - wspominał. To nauczyciel pisał miejscowym wszystkie podania do urzędów, przy okazji udzielając porad w przeróżnych sprawach. Z czasem został nawet domorosłym znachorem. "Przyszła jedna z matek, mocno zachrypnięta, z prośbą o zwolnienie dziecka na jeden dzień. Miałem kwas borny, dałem jej i doradziłem płukać gardło" - zanotował. Kuracja pomogła i wkrótce kobieta przyprowadziła córkę z mocno zaropiałymi oczami. Radiukiewicz umył je rozcieńczonym kwasem bornym i znów pomogło. Odtąd musiał udzielać darmowych porad medycznych, zyskując dzięki temu wielką sympatię mieszkańców Dudków.

A władza wymaga

- Wśród chłopów i ziemian obowiązek szkolny traktowano często jako szkodliwą nowinkę, odrywającą wiejskie dzieci od pożyteczniejszych zajęć. Jego realizacja przebiegała jednak coraz sprawniej. W połowie okresu międzywojennego odsetek uczących się dzieci wzrósł do 90 proc. - opowiada dr Piotrowska-Marchewa.

Ten spory sukces nie oznaczał wcale radykalnej poprawy warunków pracy nauczycieli. Zwykle były one ciężkie, a czasami wręcz śmiertelnie niebezpieczne. W wileńskim "Słowie" z maja 1925 r. można przeczytać o tym, jak w Gimnazjum im. Lelewela podczas egzaminu maturalnego uczniowi Stanisławowi Ławrynowiczowi dyrektor szkoły skonfiskował niedokończone wypracowanie z języka polskiego. "Wówczas to żywiony do dyrektora niechęcią i rozżaleniem wybuchł jak proch lontem dotknięty Ławrynowicz, dobywszy z kieszeni rewolwer dał do niego dwa strzały" - opisywało "Słowo". Postrzelony dyrektor zmarł, uczeń zaś trafił do więzienia. Zmagania z trudnymi uczniami były wówczas na porządku dziennym. Wedle Stefana Ignacego Możdżenia, autora książki "Historia wychowania 1918-1945", ówczesna młodzież: "była mniej odporna na złe wpływy, bardziej skłonna do nadużyć i wybryków". Dostrzegano u niej zanik karności i poszanowania dla starszych. Próby wychowywania jej musiały spełznąć na niczym, skoro u schyłku lat 20. w jednej klasie szkoły powszechnej uczyło się średnio 49 dzieci. Gdy zaczął się Wielki Kryzys i po 1929 r. systematycznie obcinano wydatki na oświatę liczba ta wzrosła aż do 63 uczniów! Codzienna praca z tak wielką grupą nie zawsze grzecznych dzieciaków musiała stanowić nie lada wyzwanie. Ale władzom państwowym niekoniecznie zależało na poprawie jakości edukacji.

Pod koniec lat 20. głównym obowiązkiem pedagogów stało się budzenie w podopiecznych uczuć patriotycznych oraz uwielbienia dla osoby Piłsudskiego. Imieniny Józefa, obchodzone 19 marca, stały się nieoficjalnym świętem szkolnym. We wszystkich placówkach odbywały się uroczyste odczyty lub apele, uczniowie zaś musieli uczestniczyć w przedstawieniach teatralnych oraz wystawach poświęconych Marszałkowi.

Po objęciu w 1929 r. kierownictwa nad Ministerstwem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (MWRiOP) Sławomir Czerwiński ogłosił projekt kształcenia nowoczesnych patriotów. "Wychowanie publiczne w Polsce musi być tak prowadzone, żeby każdy Polak, zanim zostanie narodowcem, socjalistą czy ludowcem, był przede wszystkim państwowcem (...), dobrym obywatelem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej" - polecił nauczycielom Czerwiński. Szkołom nakazano uświadomić uczniom ich obowiązki względem państwa, nauczyć szacunku do symboli narodowych i przywódców, wykształcać w młodzieży zdyscyplinowanie, wytrwałość, samodzielność, a jednocześnie posłuszeństwo. Założenia przyjmowane na górze często nie miały nic wspólnego z tym, co się działo na dole. Natalia Jakubowska po kilku latach pracy została przeniesiona w Częstochowie do nowej szkoły. Tym razem w biednej, robotniczej dzielnicy Zawodzie. W dwupiętrowym budynku na parterze znajdowały się mieszkania kierownika i woźnego, na pierwszym piętrze klasy, a na drugim żeńskie seminarium nauczycielskie. Jednak najważniejszy obiekt zapewniający ciągłość pracy dydaktycznej zlokalizowano nieco obok. "Ogród szkolny pod kierunkiem p. Rumianka (zginął w czasie wojny jako porucznik Wojska Polskiego) nie tylko dostarczał różnych warzyw na cały rok dożywiania w szkole, ale i dochodów, gdyż można je było jeszcze sprzedawać, by za otrzymane pieniądze kupować mięso" - opisywała Jakubowska. W codziennej walce o przetrwanie pewne urozmaicenie wnosiły nowe wytyczne płynące z MWRiOP. Kiedy na początku 1931 r. Piłsudski wyjechał z kraju, by podreperować zdrowie na Maderze, ministerstwo przekazało szkołom specjalne pocztówki, nakazując zapełnienie ich życzeniami od uczniów i wysyłanie Marszałkowi. Postawieni pod ścianą pedagodzy musieli skłonić podopiecznych do tego patriotycznego obowiązku. Opowieści o tym, jakimi metodami osiągano cele, sprawiły, iż w Sejmie opozycja wniosła interpelację do ministra Czerwińskiego. Ten udzielił dość wymijającej odpowiedzi, twierdząc, że MWRiOP odnotowało tylko jedno rażące uchybienie, kiedy we wsi na Pomorzu nauczyciel pobił ucznia, gdy ten odmówił kupienia kartki dla Marszałka. Niedługo potem gazety ujawniły, że kuratoria otrzymały polecenie egzekwowania od dyrektorów szkół sprawozdań z dokładnymi danymi dotyczącymi liczby wysłanych kartek oraz nazwiskami osób, które się w akcji wyróżniły. Protesty partii opozycyjnych zmusiły rząd do odwołania rozporządzenia.

Szkoła z niczego

Dyscyplinowanie nauczycieli okazało się wkrótce ulubionym zajęciem władz. Imieniny Józefa od 19 marca 1931 r. stały się oficjalnie dniem wolnym od nauki, a MWRiOP drukowało instrukcje dla pedagogów, jak najlepiej je fetować. W roku szkolnym nakazano jeszcze obchodzić urodziny Piłsudskiego 5 grudnia i jego przyjazd z Magdeburga do Warszawy 11 listopada. Potem nowy minister oświecenia publicznego Janusz Jędrzejewicz ogłosił w lutym 1932 r. podczas obrad Sejmu, że ci: "których nie będzie stać na szerzenie kultu wielkości bohaterstwa, bezinteresowności, ukochania idei, ci nie są warci być wychowawcami i wychowawcami w odrodzonej Polsce nie będą". Rząd przystępował wówczas do reformy sytemu edukacji, dzieląc jej etapy na siedmioletnią szkołę powszechną oraz sześcioletnią - średnią (cztery lata gimnazjum i dwa lata liceum). Przy okazji nakazując, by placówki oświatowe przede wszystkim zajęły się wychowaniem nowego, bardziej patriotycznego pokolenia Polaków. Zmotywować nauczycieli do cięższej pracy za niższe pensje (systematycznie zmniejszane z powodu kryzysu przez Ministerstwo Skarbu) miała weryfikacja kadrowa. Wszystkie osoby określone mianem "antypaństwowców" postanowiono usunąć ze szkół. Na walnym zjeździe istniejącego od dwóch lat Związku Nauczycielstwa Polskiego w lipcu 1932 r. jego wiceprezes Zygmunt Nowicki skarżył się, że działania rządu zaowocowały plagą donosicielstwa.

"Są tacy, którzy we własnym mniemaniu stali się nadpatrjotami i nadpaństwowcami i sobie sami lub z podjudzania osób postronnych dali dyspensę na kwalifikowanie innych kolegów, którzy w ich mniemaniu do nich nie dorośli, a zatem godni są nie tyle potępienia, co wytępienia - i piszą do wszelkich władz na nich donosy" - mówił z trybuny zjazdowej Nowicki, dodając jeszcze, iż są też: "tacy (tych mamy, niestety więcej), którzy dla osobistych widoków - celem utrącenia kolegów, stojących im na zawadzie, również bawią się w donosicielstwo". Strach przed bezrobociem i biedą skłaniał pedagogów do przyjmowania bardzo niewychowawczych postaw. Choć przecież ich zarobki porównywalne z pensjami robotniczymi w wysokości 130 zł miesięcznie w szkole powszechnej i ok. 210 zł w liceum wystarczały zaledwie na skromne życie.

Jednak pomimo politycznych zawirowań i gospodarczego kryzysu polskie szkoły w latach 30. prezentowały się coraz lepiej. Powoli dorabiano się dobrych budynków i wyposażonych w pomoce naukowe klas. Wielkie znaczenie miały starania wspólnot lokalnych. Jadwiga Wadecka opisała we wspomnieniach zmiany, jakie zaszły w szkole nr 4 w Siedlcach. Jej mąż po objęciu w 1934 r. posady dyrektora placówki stworzył w pofabrycznym budynku godne pozazdroszczenia miejsce do edukowania młodzieży. "Finansowe poparcie ze strony władz szkolnych, społeczna praca komitetu rodzicielskiego, rodziców-rzemieślników zdecydowały, że po paru miesiącach szkoła zmieniła swe oblicze. Jaśniała czystością ścian, politurą stolików i krzeseł, którymi zastąpiono czarne, ponure ławy z pulpitami" - opisywała Wadecka. Sale do ćwiczeń z fizyki i chemii imponowały swym wyposażeniem w sprzęt specjalistyczny, acz i tak nie przebijały gabinetu do lekcji biologii. "Akwaria, terraria, mnóstwo wypchanych ptaków i zwierząt, rozwojowa hodowla roślin w słojach, doniczkach rozbudzały zainteresowania dzieci. Świetlne tablice z kontrolującym systemem określania rodzaju i gatunku ssaków, ptaków, owadów były cennym materiałem poznawczym i jednocześnie zabawą, na wzór dzisiejszych mózgów elektronowych" - wspominała Jadwiga Wadecka. "Żywe okazy flory i fauny powiększały się po wakacjach, bo dzieci znosiły wtedy wszystko, co ich zdaniem mogło wzbogacić pracownię" - dodawała.

Podobnie szkołę im. Józefa Montwiłła-Mireckiego znajdującą się w najgorszej dzielnicy Radomia o nazwie Glinice doposażył nauczyciel matematyki Marian Sołtyk. "Na składki rodziców nie można było w naszej dzielnicy liczyć, do szkoły uczęszczało ponad 300 uczniów z baraków dla bezdomnych i bezrobotnych. Trzeba więc było pomyśleć o innych źródłach dochodu" - zapisał we wspomnieniach, dodając, iż znaleziono dwa podstawowe. "Jednym były zabawy taneczne, a drugim - teatr stworzony przez rodziców i z rodziców" - opisywał. Prawdziwym przebojem okazała się sztuka pt. "Montwiłł" o patronie szkoły wystawiana nawet w radomskim Teatrze Rozmaitości. "W szkole były tylko ławki, stoliki dla nauczycieli i tablice. Poza tym - ani jednej pomocy naukowej. Pod koniec czerwca 1934 roku zaś mieliśmy więcej pomocy naukowych (i to najnowocześniejszych) aniżeli niejedna stara szkoła w Radomiu" - zapisał Marian Sołtyk.

- Śmiało można stwierdzić, że polska szkoła powszechna w okresie międzywojennym swój rozwój zawdzięczała przede wszystkim ciężkiej pracy nauczycieli - twierdzi dr Monika Piotrowska-Marchewa. Dziś zaś mogą oni liczyć na nieustanne wsparcie sypiącego coraz to nowymi pomysłami, jak ułatwić im życie, MEN.

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000001800.101.jpg@RY2@

east news

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.