Smoczek ważny jak pieniądze
Ekonomia dla dzieci - hodowanie klientów instytucji finansowych czy świadomych konsumentów, którzy nie dadzą się zwieść bankom i wybiorą najkorzystniejszą dla siebie ofertę
Sześciolatek-pierwszoklasista przynosi do domu pismo ze szkoły: "Uprzejmie proszę o wyrażenie zgody na udział Pani/Pana dziecka w badaniach z zakresu psychologii ekonomicznej odnoszących się do związku pomiędzy tzw. aktywacją idei pieniądza a chęcią współpracy i dzielenia się nagrodami między dziećmi". Po tym wstępie następuje wyjaśnienie, na czym eksperyment ma polegać, wraz z zapewnieniem, że nikt nie będzie testował osobowości bądź inteligencji dzieci. Wieczorem na klasowej liście mailingowej pojawiają się wpisy zaniepokojonych rodziców: "Czy może ktoś wie, co to za eksperyment psychologiczny, na którego zgodę do ew. podpisu przyniosło dziś moje dziecko ze szkoły? Z pisemka do tego dołączonego niewiele wynika. Czy ktoś coś wie? Bo nie wiem, czy wyrażać zgodę, czy nie".
Warszawa, aula Szkoły Głównej Handlowej. 150 uczniów z 5. i 6. klas szkół podstawowych. Na sali hałas i harmider, nieliczni spokojniejsi zajęci są swoimi smartfonami. Sala cichnie, gdy do mikrofonu podchodzi sympatyczny pan w koszuli w kratę. To Piotr Wachowiak z SGH, który poprowadzi zajęcia "Kim zostanę, gdy dorosnę. Moja strategia na przyszłość". Młodzi słuchacze to uczestnicy Ekonomicznego Uniwersytetu Dziecięcego (działa od 2008 r., partnerem strategicznym jest NBP), a w zasadzie ich część, bo druga grupa - licealistów - ma zajęcia piętro wyżej. Zainteresowanie jest tak duże, że uczestników trzeba wyłaniać w losowaniu.
Wykład jest krótki - do 20 minut, co chwila przerywany pytaniami do i z sali. Dzieci odpowiadają z zaangażowaniem, kim chciałyby być: strażakiem, żołnierzem, lekarzem, nauczycielem, ale i prokuratorem, menedżerem czy programistą. Po wykładzie praca w grupach - zespoły mają opracować plan kariery dla jednej osoby. Na koniec prezentacja - mamy plan dla przyszłego dziennikarza (musi być sprawny, żeby przepychać się z innymi żurnalistami, i mieć szybki samochód), piosenkarza (jest popularny i zarabia kupę kasy, ale żeby zaistniał, musi mieć sponsora i wygrać któryś z telewizyjnych talent show) i brokera (żeby nim być i kupować walutę po najkorzystniejszych kursach i pracować na różnych giełdach, trzeba skończyć najlepsze gimnazjum, liceum, najlepiej studiować za granicą i być cały czas online, bo na giełdzie wciąż dzieje się coś ważnego).
Oprócz najmłodszych uczniów i licealistów jest jeszcze jedna grupa. To ich rodzice. Nie siedzą jednak bezczynnie w oczekiwaniu, aż ich latorośle skończą zajęcia. W trzeciej sali stają się świadomymi konsumentami, dowiadując się, w jaki sposób marketingowcy wymuszają na nich kupno określonych towarów oraz jak ewolucja wpłynęła na strategie zakupowe mężczyzn i kobiet.
Czy uświadamiają sobie już państwo, na czym polega różnica pomiędzy rodzicami pierwszoklasistów a tych z Ekonomicznego Uniwersytetu Dziecięcego? Czy, od kiedy i jak rozmawiać z naszymi pociechami o pieniądzach i ekonomii? Jeśli w ogóle zadajemy sobie takie pytania, nie jest z nami tak źle. Oznacza to, że jesteśmy w grupie, która ma podstawową ekonomiczną świadomość, jest więc i szansa, że nasze dzieci zostaną w tej dziedzinie wyposażone w najpotrzebniejsze narzędzia. Myśleć o tym powinni przede wszystkim rodzice, bo państwo - nie po raz pierwszy zresztą - oddaje punkty walkowerem. Wprawdzie w szkołach ponadgimnazjalnych znajdziemy w programie nauki przedmiot "podstawa przedsiębiorczości" oraz jego rozszerzenie, czyli "ekonomia w praktyce", ale jest on traktowany po macoszemu, uczą go w większości przypadkowe osoby, a wiedza przekazywana młodzieży jest teoretyczna. W szkołach podstawowych przedmiotu związanego z edukacją ekonomiczną nie przewidziano, a wprowadzanie jej elementów zależy od dobrej woli wychowawcy.
Nie ma się co dziwić, że tam, gdzie to możliwe, świadomi rodzice biorą sprawy we własne ręce. Tak było w przypadku Bartosza Majewskiego, z Instytutu Zarządzania SGH. - W przedszkolu, do którego chodzi jedna z moich córek, podczas dyskusji na temat zmiany programu rodzice zasugerowali, że powinna się pojawić edukacja finansowa. Znaleźliśmy programy, które ten element poruszają, oczywiście w mało inwazyjny sposób. Proste sprawy - zrozumienie, czym jest pieniądz, zabawa w sklep. Tego typu działania są przygotowaniem do tej właściwej edukacji finansowej, która powinna nastąpić już w szkole podstawowej - dodaje Majewski.
Zdecydowanie za późno
- Wprowadzenie przedsiębiorczości do pierwszych klas szkół średnich to za mało. Ten przedmiot powinien być nauczany wcześniej i w inny sposób - uważa Majewski. - W programach powinny być treści dotyczące pieniądza, ekonomii gospodarki, dostosowane do percepcji uczniów w danym wieku. Przedsiębiorczość jest przedmiotem traktowanym po macoszemu, jego ranga jest zerowa, nauczyciele sfrustrowani i nie do końca odpowiednio przygotowani - wyjaśnia. Ale to nie wszystko. Zdaniem Majewskiego kolejnym problemem jest to, że przedmiot koncentruje się na aspektach związanych z prowadzeniem firmy. Tymczasem przedsiębiorczość sprowadzona do zakładania własnego biznesu dotyczy jedynie części osób. Większość licealistów nie myśli o tworzeniu firmy, tylko innych ścieżkach kariery.
Cóż mają robić świadomi potrzeb swoich dzieci rodzice? Albo samodzielnie próbować je edukować, albo wywierać presję na nauczycieli. Podstawówka nie musi być ekonomiczną pustynią. Udowadnia to opracowanie Ośrodka Rozwoju Edukacji z 2010 r. "Moje dochody, wydatki, oszczędności - edukacja ekonomiczna w scenariuszach lekcji". We wstępie od wydawcy czytamy: "Nie można nabyć trwałej wiedzy, umiejętności i postaw za pomocą pojedynczych działań, dlatego w pakiecie zaproponowano cykle zajęć opartych na jednym wątku tematycznym do realizacji na lekcjach różnych przedmiotów. W ten sposób wiedza ekonomiczna przenika do programu nauczania wielu zagadnień - tak jak ekonomia wpleciona jest w nasze codzienne życie.
Dlatego ta wiedza w najprostszej postaci pojawia się tak w zajęciach edukacyjnych dla dzieci z klas 1-3, jak i w języku polskim, historii, matematyce, przyrodzie czy nawet w etyce - dla dzieci z klas 4-6. Przykłady? »Lis piecze placek, czyli co jest potrzebne do produkcji«, »Koszyczki na choinkę w Bullerbyn, czyli o producentach i konsumentach«, »Pomocnicy Świętego Mikołaja, czyli rozmowa o tym, co mogę zrobić dla innych« - to tylko niektóre z tematów zajęć dla tych młodszych. Dla starszych nieco trudniejsze zagadnienia: »Sprzedawcy marzeń, czyli co warto wiedzieć o reklamie«, »Złota rybko, proszę cię... czyli o nieograniczonych potrzebach i ograniczonych zasobach« albo »Nasz budżet, czyli jak gospodarować pieniędzmi«".
Założenia szczytne, publikacja bardzo ciekawa. Na jej podstawie w całej Polsce przeprowadzono cykl 5-godzinnych kursów dla nauczycieli szkół podstawowych. - W sumie przeszkolono 360 osób - mówi Grażyna Kurowska, kierownik Wydziału Rozwoju Kompetencji Społecznych i Obywatelskich Ośrodka Rozwoju Edukacji. - Mimo upływu czterech lat od wydania publikacja cieszy się wciąż zainteresowaniem nauczycieli. Dzwonią, pytają się, czy można jeszcze dostać jej książkową wersję. Uważają ją za bardzo interesującą i wartą uwagi - dodaje. Jednak sama przyznaje, że treści w niej zawarte nauczane są głównie na zajęciach dodatkowych czy w kółkach zainteresowań.
Świadomy jest bezpieczny
Problemem w nauczaniu ekonomii jest więc niewątpliwie nasz system oświaty, ale mogą nim też być rodzice. Wróćmy do zaniepokojonych badaniem z pogranicza psychologii i ekonomii opiekunów pierwszoklasistów. Czemu podeszli do tego w sposób tak nieufny? - pytam dr. Roberta Mackiewicza z Wydziału Psychologii Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. To właśnie on wraz ze studentami jest sprawcą zamieszania. - Nie wiem. Może to po prostu błąd w komunikacji, źle sformułowane w prośbie o zgodę zdanie, które wprowadziło jakąś niepewność? - zastanawia się.
Na szczęście parę osób nie miało takich wątpliwości, więc eksperyment zostanie przeprowadzony. - Chcemy zobaczyć, jak u nas wygląda coś, co nazywa się prospołecznością. Badano to w Stanach Zjednoczonych. Odkryto, że u dzieci wraz z wiekiem (od 3 do 8 lat) rośnie skłonność do równego dzielenia się nagrodą, niezależnie od tego, ile pracy ktoś włożył w osiągnięcie celu. Po prostu najsprawiedliwiej jest podzielić się po równo. My chcemy nałożyć na to drugi element, równie intrygujący. Nazywa się to symbolicznym charakterem pieniędzy. Chodzi o to, że na ich widok stajemy się bardziej oszczędni. Chcemy więc zobaczyć, czy prospołeczność jest modyfikowana - wyjaśnia.
Jak więc należy z maluchami rozmawiać, by miały do pieniędzy zdrowy stosunek? - To wbrew pozorom wcale nie jest takie proste. Myślę, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje mają ich słowa. Na przykład ostrzeganie dziecka, by nie mówiło, ile ma pieniędzy, może prowadzić do wzbudzenia w nim lęku, że pieniądze mogą być przyczyną nieszczęścia. Albo stwierdzenie, że kto nie ma pieniędzy, nie ma przyjaciół. Maluchy mogą dojść do przekonania, że pieniądze są narzędziem kontaktów, zdobywania popularności. Jeśli rodzic konsekwentnie powtarza - jestem biedny, nie stać mnie, nie kupię ci tego, generalnie zostawia przekonanie, że pieniądze są czymś nieosiągalnym, trudnym do zdobycia, może to nawet doprowadzić do wzbudzenia w dziecku lęku - wyjaśnia.
- Dojrzałość ekonomiczna w społeczeństwie jest na bardzo niskim poziomie. Może stąd ta nieufność do badań - dodaje Bartosz Majewski. - Nawet osoby, które mają wyższe wykształcenie, są zupełnie zagubione w podstawowych instrumentach finansowych, podatne na sugestie pseudodoradców, którzy są w stanie zrobić z nimi wszystko. Weźmy choćby fundusze inwestycyjne, przedstawiane jako bezpieczne instrumenty bez większego ryzyka. Tymczasem wiele osób, które w nie zainwestowało, podczas kryzysu straciło dużą część oszczędności. Jeżeli mielibyśmy dojrzalsze społeczeństwo w wymiarze ekonomicznym, prawdopodobnie uniknęlibyśmy owczego pędu, a część osób zastanowiłaby się przed wejściem w takie działania - tłumaczy.
- To niestety prawda - wtóruje mu dr Piotr Wachowiak z SGH. - Poziom osób, które chcą studiować na naszej uczelni, z roku na rok jest niższy. Za dużo testów, a za mało logicznego myślenia, wyciągania wniosków - dodaje.
Zdaniem obu naukowców najbardziej dla nas groźne są braki w wiedzy o finansach osobistych. Wciąż mamy zbyt małą styczność z ofertą produktów bankowych, nie potrafimy stosować prostych strategii finansowych, nie wiemy, na co uważać, żeby nie dać się oszukać, jakie zagrożenia czyhają na osoby, które ulegają iluzji zysku bez oceny ryzyka. Mamy kłopoty z zarządzaniem budżetem domowym, utrzymaniem płynności, oszczędzaniem na jakiś cel czy nawet świadomym pomnażaniem zgromadzonego kapitału.
- Argument o tym, że nie mamy z czego odkładać, mnie nie przekonuje - mówi Bartosz Majewski. - Przecież tu nie chodzi o sztywne kwoty, ale o jakiś element świadomego zarządzania budżetem, planowania przychodów i wydatków, odkładania nawet 5 proc. dochodu netto. Niewielkie kwoty odkładane miesięcznie już po jakimś czasie dają poduszkę bezpieczeństwa, bufor, który w różnych sytuacjach spowoduje, że zamiast brać kredyt czy chwilówkę, mamy swoją rezerwę. A to się przekłada na duże oszczędności.
Wróćmy więc do głównego pytania - czy edukacja dzieci nie jest przypadkiem wychowywaniem sobie przez wielkie korporacje klienta, z którego jak najszybciej będą czerpać zyski? - Jeśli mówimy o wychowaniu jako edukowaniu, nie widzę w tym nic złego. Bo jeżeli mamy świadomego klienta, który jest w stanie proste czy nawet bardziej zaawansowane instrumenty przekalkulować pod kontem swoich potrzeb, oczekiwań i ryzyka, to dzieje się tak tylko z korzyścią dla niego - twierdzi Majewski. - Nawet jeśli jest to wspierane przez instytucje finansowe, to ja tu zagrożeń nie dostrzegam - kończy.
Czy korporacje chcą sobie wychować klientów? - To oczywiste, a narażeni na to są zwłaszcza najmłodsi - dodaje Robert Mackiewicz z SWPS. - Są badania dotyczące podejmowania decyzji ekonomicznych w rodzinie. Jest rola decydenta, ale są też osoby, które na niego bardzo silnie oddziałują. Najczęściej to dzieci. Trudno się więc dziwić, że ktoś stara się mieć na nie wpływ.
Czy da się z tym wygrać? Wiadomo, że można ten wpływ silnie ograniczać. - Dzieci kierują się zasadą, którą moi koledzy zajmujący się psychologią zwierząt nazywają: tyle zysku, co w pysku. Fachowo nazywamy to odraczaniem gratyfikacji, a dzieci mają z tym kłopot. Trudno jest dziecko przekonać, więc często dobrym wyjściem jest unikać. Po co stawiać je co kilka dni przed kłopotem - 5-latek w supermarkecie przed wielkim regałem zabawek. Może lepiej nie pójść z nim do sklepu, powoli przekonywać do swoich racji, ustalić jakąś taktykę, np. kupno jednej zabawki i to na końcu, a nie początku zakupów. Ci, którzy potrafią czekać, odraczać gratyfikację, lepiej sobie radzą w codziennym życiu - kończy.
Śledząc brak zainteresowania ze strony państwa do poważnego zajęcia się nauką ekonomii, można dojść jeszcze do jednego, bardzo smutnego wniosku. Może właśnie to jest spiskiem? Przecież nie od dziś wiadomo, że najłatwiej kierować stadem baranów, a ryby łowić w mętnej wodzie.
W przedszkolu, do którego chodzi córka, rodzice zasugerowali, że w programie powinna się pojawić edukacja finansowa. Proste sprawy - zrozumienie, czym jest pieniądz, zabawa w sklep. Tego typu działania są przygotowaniem do tej właściwej edukacji finansowej, która powinna nastąpić w szkole podstawowej
@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001600.803.jpg@RY2@
thinkstock
Mirosław Mazanec
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu