Klimatyczne eldorado
Handel uprawnieniami do emisji CO2 przez pięć lat zwiększył obroty od zera do 125 miliardów dolarów. Jeśli porozumienie w Kopenhadze dojdzie do skutku, natychmiast wzrosną one do kilkuset miliardów - piszą Fiona Harvey i Ed Crooks
Maklerzy siedzą przed rzędami komputerów i przebiegają wzrokiem po liczbach, które migają na monitorach. Od czasu do czasu ktoś wstaje i rzuca niezrozumiałe dla laików pytanie - "Ktoś się łapie na EUA 09?" - na które odpowiada osoba z drugiego końca sali.
Niewtajemniczonym trudno byłoby się domyślić, że ci ludzie są na pierwszej linii frontu walki ze zmianami klimatycznymi. Handel uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla, prowadzony w biurach maklerskich i bankach inwestycyjnych na całym świecie, ale głównie w Londynie, przez pięć lat zwiększył obroty od zera do 125 mld dol. w ubiegłym roku, mimo recesji i spadku cen uprawnień.
Jeśli, jak zasugerował w niedzielę prezydent Barack Obama, grudniowe rozmowy w Kopenhadze doprowadzą do porozumienia, które w przyszłym roku zaowocuje wiążącym traktatem międzynarodowym, tych maklerów czeka prawdziwe eldorado: obroty poszybują do góry. Jak szacuje instytut analityczny Point Carbon, jeśli amerykański Kongres uchwali ustawę energetyczną, która przewiduje między innymi powstanie systemu handlu zezwoleniami na emisję, rynek natychmiast wzrośnie do kilkuset miliardów dolarów, a w 2020 r. przekroczy 3 bln.
Mimo pozorów sukcesu obraz jest jednak bardziej złożony. Zwolennicy tego systemu uważają, że ocali on świat: jest to najlepsza, a może nawet jedyna realna metoda na obniżenie produkcji CO2. Krytycy, do których należy z jednej strony największy amerykański koncern naftowy ExxonMobil, a z drugiej strony organizacja ekologiczna Friends of the Earth, twierdzą, że rynek jest zdecydowanie za bardzo niestabilny jak na podstawową broń w walce ze zmianami klimatu. Działacze Friends of the Earth porównują handel zezwoleniami do bańki spekulacyjnej na rynku kredytów hipotecznych subprime.
Unijny System Handlu Emisjami (ETS), największy tego typu rynek na świecie, działa tak, że przedsiębiorstwa wytwarzające gazy cieplarniane - przede wszystkim elektrownie i przemysł ciężki - otrzymują zezwolenia na emisję określonej ilości dwutlenku węgla w danym okresie rozliczeniowym. Jeśli chcą wydalać do atmosfery więcej CO2, muszą kupić na rynku dodatkowe zezwolenia. Jeśli emitują mniej, niż im wolno, mogą sprzedać nadwyżkę.
- Chodzi o wyznaczenie ceny w przejrzysty sposób - mówi Paul Newman, dyrektor energetycznej firmy maklerskiej Icap. - Dopóki nie ustalimy, ile powinna kosztować tona dwutlenku węgla, nie będziemy w stanie racjonalnie alokować kapitału.
Zwolennicy tego systemu przekonują, że handel uprawnieniami jest najtańszą metodą zmotywowania firm do redukcji emisji: im mniej gazów cieplarnianych produkujesz, tym więcej zarobisz na sprzedaży uprawnień. Poza tym taki system jest łatwiejszy do wdrożenia niż inne mechanizmy, na przykład globalny podatek od emisji.
Od samego początku pojawiają się jednak problemy. Krytycy mówią, że uciążliwości administracyjne, wahania cen i uzależnienie rynku od uwarunkowań politycznych są zbyt duże, aby przedsiębiorstwa inwestowały w redukcję emisji.
Opóźnia się realizacja odrębnego oenzetowskiego systemu o nazwie Mechanizm Czystego Rozwoju, który polega na tym, że firmy realizujące projekty ekologiczne otrzymują tzw. jednostki poświadczonej redukcji, którymi można handlować. System nie jest sprawiedliwy, ponieważ niektóre przedsiębiorstwa mogą tanim kosztem przeprowadzić zmiany, które dają w wyniku nieproporcjonalnie dużo jednostek. Część ekspertów twierdzi, że inne sposoby finansowania redukcji emisji albo po prostu wprowadzenie administracyjnego limitu emisji mogłyby być lepsze.
Krytycy podnoszą też kwestię, że rynek handlu zezwoleniami zależy od koniunktury politycznej. Dobitnie się o tym przekonaliśmy w 2006 r., kiedy unijny rynek załamał się zaledwie rok po debiucie. Maklerzy odkryli, że na skutek nacisków politycznych przedsiębiorstwa otrzymały znacznie więcej zezwoleń, niż potrzebowały, wybuchła panika i ceny runęły.
Mimo że kwoty emisji zostały obniżone i na rynek powróciło zaufanie, ceny uprawnień nadal mocno się wahają. Od początku recesji spadły z ok. 30 do zaledwie 8 euro za tonę CO2 w najgłębszym tegorocznym dołku. Teraz oscylują wokół 13 euro, co według przedsiębiorców jest za mało, aby stymulować inwestycje w obcięcie emisji.
Jak oblicza Międzynarodowa Agencja Energii (IEA), cena zezwoleń musiałaby wynieść ok. 50 dol. w 2020 r. i 110 dol. w 2030 r., aby opłacalne były duże inwestycje w takie kosztowne technologie jak elektryczne samochody i sekwestracja dwutlenku węgla w elektrowniach węglowych. Europejscy energetycy i politycy coraz częściej podkreślają, że niestabilność cen zezwoleń odbiera motywację do podejmowania długookresowych przedsięwzięć kapitałowych, takich jak budowa siłowni jądrowych. - Cena zezwoleń jest zbyt niska, aby przyspieszyć inwestycje w redukcję emisji - ostrzega Wulf Bernotat, prezes niemieckiej grupy energetycznej Eon. - Każda inwestycja musi się zwrócić.
Odnawialne źródła energii - przede wszystkim wiatrowej i słonecznej - są dotowane, dzięki czemu inwestycje w ten sektor szybko rosną, choć również tutaj dała o sobie znać recesja. Wszystko wskazuje więc na to, że rynek zezwoleń nie stanowi skutecznego mechanizmu motywującego do inwestycji.
Na przykład Wielka Brytania ogłosiła w ubiegłym tygodniu najambitniejszy w Europie plan ekspansji energetyki jądrowej - w pierwszym rzucie miałoby powstać do 12 nowych reaktorów. Analitycy ostrzegają jednak, że przy obecnych uwarunkowaniach ekonomicznych budowa elektrowni jądrowych jest ryzykowna i może okazać się nieopłacalna.
Vincent de Rivaz, prezes EDF Energy, czyli brytyjskiej filii francuskiego koncernu, który zamierza wybudować na Wyspach co najmniej cztery nowe reaktory, przekonuje: - Cena emisji CO2 uchodzi teraz za najważniejszą kwestię związaną z inwestycjami niskowęglowymi. Powinna być bodźcem dla inwestorów, i to już w przyszłym roku. Liczenie przez rząd na to, że ETS ustali cenę zachęcającą do inwestycji, to "stawianie wozu przed koniem" - ocenia de Rivaz.
Podejmowane są działania w sprawie słabości rynków zezwoleń. Reforma systemu oenzetowskiego będzie omawiania w Kopenhadze, ale raczej nie zapadną tam żadne decyzje. ONZ przyznaje, że można liczyć tylko na porozumienie polityczne w najważniejszych kwestiach, a nie na prawnie wiążący traktat. Na to trzeba zaczekać do przyszłego roku i dopiero wtedy wypracowane zostaną szczegółowe reformy systemu handlu emisjami.
UE planuje obniżenie kwot emisji po 2012 r., zgodnie ze swoim zobowiązaniem do obcięcia emisji o 20 proc. w porównaniu do 1990 r. w ciągu najbliższych 11 lat - a nawet o 30 proc., jeśli inne kraje też wyznaczą sobie taki cel w Kopenhadze. Według unijnych urzędników powinno to podnieść ceny uprawnień do poziomu, który byłby dla przedsiębiorstw jednoznacznym sygnałem inwestycyjnym. Komisja doradcza rządu brytyjskiego ds. zmian klimatycznych prognozuje jednak, że do 2020 r. cena prawdopodobnie wyniesie zaledwie ok. 30 dol. za tonę, czyli znacznie poniżej poziomu, który według szacunków IEA motywowałby do inwestycji.
Tymczasem w USA wydaje się niemożliwe, aby Kongres zdążył uchwalić ustawę energetyczną, którą teraz rozpatruje Senat, przed kopenhaskim szczytem. Emilie Mazzacurati z Point Carbon przewiduje, że do głosowania nad projektem dojdzie w styczniu, a szanse na to, że ustawa przejdzie, wynoszą 50 na 50. A jeśli przejdzie, to w znacznie okrojonej postaci - dodaje Mazzacurati - z mniejszą redukcją emisji niż planowane obecnie 20 proc. w stosunku do poziomu z 2020 r. Prawdopodobne wyznaczony zostanie górny i dolny limit cen emisji, aby ograniczyć niestabilność rynku, ale według Mazzacurati górny pułap wyniesie ok. 30 dol. za tonę.
Można się spodziewać, że światowy rynek handlu emisjami, który wyłoni się z senackich przepychanek i negocjacji po Kopenhadze, będzie wyglądał zupełnie inaczej niż obecny. - Rynki w USA będą kwitły, ale niekoniecznie powielą unijny ETS - przewiduje Mitchell Feierstein, prezes londyńskiej firmy inwestycyjnej Glacier Environmental Funds. - Obecnie stosowane rozwiązania raczej nie pozwolą na skoordynowaną budowę globalnej gospodarki niskowęglowej.
Neil Eckert, dyrektor wykonawczy giełdy CO2 Climate Exchange, ocenia, że jeśli amerykański projekt ustawy energetycznej padnie, "powstanie cały szereg inicjatyw regionalnych". Regionalne systemy handlu emisjami już działają w kilku stanach ze wschodniego wybrzeża USA i w Kalifornii, a wkrótce mają do nich dołączyć Floryda i Teksas. Gdyby obecny rozgardiasz, na który już teraz narzekają inwestorzy, jeszcze się pogłębił, paradoksalnie mogłoby to doprowadzić do powstania lobby przedsiębiorców, które domagałoby się wyrównującego szanse dla wszystkich rozwiązania federalnego.
Jak mówi Feierstein, Stany Zjednoczone powinny wyciągnąć wnioski z błędów UE i ONZ, tworząc taki system handlu emisjami, który pozwoliłby osiągnąć cele ekologiczne, a jednocześnie był względnie stabilny i przewidywalny. Maklerzy mogą tylko trzymać kciuki za to, żeby Kongres posłuchał rady Feiersteina. Przez następne kilka miesięcy będą patrzyli nie tylko w monitory, ale także w kryształowe kule.
- Niewątpliwie jesteśmy na rozdrożu - mówi Simon Shaw, doradca inwestycyjny Trading Emissions, firmy specjalizującej się w handlu emisjami. - Mamy nadzieję, że czeka nas wielki skok do przodu. Kluczowy będzie okres poprzedzający szczyt w Kopenhadze.
@RY1@i02/2009/225/i02.2009.225.000.0012.001.jpg@RY2@
Przedsiębiorstwa mogą emitować więcej CO2, jeśli kupią dodatkowe zezwolenia
iStock
© The Financial Times Limited 2009. All Rights Reserved
Financial Times
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu