Żółty alert już trwa - rezerwa mocy topnieje
Ireneusz Łazor: Jeśli jakaś inwestycja z dzisiejszego punktu widzenia nie wygląda na opłacalną, trzeba ją obudować odpowiednimi zachętami
Czy widzi pan szansę na podźwignięcie cen energii w hurcie? Dziś jest ona tak niska, że kolejne firmy odwołują projekty inwestycyjne, choć wiadomo, że w najbliższych latach będziemy musieli zamknąć najstarsze elektrownie.
Przewidzenie cen energii przypomina dziś próbę wyczytywania przyszłości z kryształowej kuli. Proszę także pamiętać, że spadek cen energii na rynku hurtowym nie jest jedynie wynikiem spowolnienia gospodarczego. Ceny spadły także dlatego, że zmniejszyło się zapotrzebowanie na energię. Stało się tak nie tylko z powodu spowolnienia, lecz także rosnącej skłonności użytkowników do oszczędzania prądu. Proszę zwrócić uwagę, że ogromnym zainteresowaniem cieszył się np. przetarg operatora systemu elektroenergetycznego na tzw. "negawatogodziny". Mają one zapobiec przerwom w dostarczaniu energii w okresach najwyższego zapotrzebowania na prąd.
Jest jakiś sposób na to, żeby ograniczyć ryzyko wynikające z tego, że trudno oszacować ceny energii w przyszłości?
Proszę spojrzeć jak działa rynek obligacji długoterminowych. Do wyliczania oprocentowania podawana jest formuła, według której indeksowana jest wartość kuponu obligacji. Czyli ograniczamy ryzyko w długim horyzoncie czasu. Formuła daje bezpieczeństwo. Podobnie powinno być w energetyce.
Pomóc może wzrost PKB wyższy niż 1-2 proc.
Gdy mamy gospodarczy wzrost, rośnie zapotrzebowanie na energię. Dziś gospodarka zwalnia, więc jest odwrotnie, ale przecież to spowolnienie nie będzie trwać wiecznie. Są instytucje, np. banki, które próbują prognozować zmiany zapotrzebowania na energię, także ze względu na cykle koniunktury gospodarczej. I to, jak będą wyglądały ceny energii za kilkadziesiąt lat. Pamiętajmy, że z tych prognoz wynikają przyszłe przepływy pieniężne kredytobiorców z branży energetycznej, które z kolei rzutują na bieżącą ocenę ryzyka kredytowego.
Opóźnia się przyjęcie trójpaku, czyli pakietu trzech ustaw: energetycznej, gazowej i o odnawialnych źródłach energii. Czy brak nowego prawa wpływa na działalność spółki, którą pan kieruje?
Tak, bo uniemożliwia nam zaoferowanie rynkowi nowych produktów finansowych. Do tego potrzebujemy zmian dotychczasowych regulacji. Dziś giełda towarowa nie może prowadzić rynku finansowego dla produktów, które są notowane na rynku spot. Mamy w grupie kapitałowej kompetencje do zaoferowania dodatkowych instrumentów, np. kontraktów różnicowych dla energii elektrycznej. Tego typu instrumenty funkcjonują na giełdach europejskich i pozwalają uczestnikom rynku zabezpieczać się przed wahaniami cen energii elektrycznej.
Pod koniec grudnia ubiegłego roku ruszył rynek gazu, ale łączne obroty to dziś zaledwie naparstek. Handel nie ruszy na dobre bez obliga skierowanego pod adresem PGNiG, które ma być zawarte w trójpaku. Chodzi o prawne zobowiązanie do sprzedaży konkretnej ilości paliwa za pośrednictwem giełdy. Zwolennicy liberalizacji rynku chcą zacząć od 30 proc. i skończyć w okolicach 70 proc., podczas gdy PGNiG chciałoby zakończyć na poziomie 15 proc. Jakie jest pańskie zdanie w tej sprawie?
Rynek gazu jest w początkowej fazie rozwoju, ale do połowy maja będziemy mieli ok. 200 transakcji, a wolumen przekroczy 350 tys. MWh (1 MWh to mniej więcej 100 m sześc. gazu - red.). W porównaniu z 131 TWh energii elektrycznej, jaka przechodzi przez nasz parkiet, to niewiele. Najważniejsze jest jednak to, że ruszyliśmy w dobrym kierunku. Uruchomienie parkietu gazu było naciśnięciem guzika z napisem "liberalizacja rynku gazu". W drugim rzucie z obowiązku taryfowania zwolnione zostały spółki zajmujące się obrotem, a więc pośredniczą w handlu błękitnym paliwem. Teraz czekamy na trójpak i zawarte w nim obligo. Choć moim zdaniem znacznie ważniejsze od niego będą przepisy o dostępie bezpośrednim do rynku - czyli bez pośrednictwa domów maklerskich. To da możliwość wpuszczenia na giełdę animatorów rynku, którzy pobudzą handel na parkiecie. Jest już nawet kilku chętnych.
Skąd wziął się 30-proc. próg obliga dla PGNiG?
Pierwszy próg obliga na poziomie 30 proc., a nawet nieco powyżej, odpowiada 15-proc. jakie zastosowano w pierwszej fazie liberalizacji rynku energii elektrycznej. Na końcu tego procesu na rynku gazu powinno być 70 proc., czyli poziom zużycia gazu przez przemysł. Istotnym problemem są stare umowy zawarte na wiele lat. Bo jeśli uwalniamy rynek i zmuszamy PGNiG do odsprzedania za pośrednictwem parkietu znaczącej części dzisiejszych wolumenów, to skąd ta spółka weźmie paliwo do zaspokojenia potrzeb kontrahentów, z którymi ma długoterminowe umowy? Ta kwestia będzie musiała zostać rozwiązana. Inna to akcyza gazowa, która może zablokować obrót. Istnieje zagrożenie, że uczestnicy giełdy w niektórych przypadkach płaciliby ją podwójnie.
Co może pomóc zbudować konkurencyjny rynek gazu?
Warto podkreślić, że z punktu widzenia państwa i gospodarki kluczowa jest dywersyfikacja dostaw gazu. Wówczas rynek otrzyma niezbędne impulsy do stworzenia realnej konkurencji. Do tego potrzebna jest rozbudowa infrastruktury wewnętrznej i transgranicznej. Mam nadzieję, że szybko zostanie wybudowany łącznik ze Słowacją, a zmodyfikowany rurociąg Nabucco zostanie połączony z naszym systemem. Za jakiś czas będziemy mieli również fizyczny rewers na Jamale i oczekiwany przez wszystkich port LNG.
Kiedy pańskim zdaniem sytuacja na rynku gazu będzie przynajmniej taka jak na rynku energii, na którym najwięksi odbiorcy mogą przebierać w atrakcyjnych ofertach?
Nawet gdy wejdzie w życie obligo, wolumeny obrotów na giełdzie nie staną się z dnia na dzień dużo większe. Na pewno nie będziemy mieli do czynienia z rewolucją, lecz raczej z ewolucją. Już dziś są małe firmy, które oferują paliwo na rynku. Pierwszy krok został już zrobiony. Będą i następne, jestem o tym przekonany.
Jak zlikwidować gigantyczny nawis zielonych certyfikatów, które miały wspierać producentów czystej energii, a dziś z powodu nadwyżki i spadku cen wywołują jedynie ból głowy?
Przez giełdę w ramach transakcji sesyjnych przechodzi od 15 proc. do 20 proc. zielonych certyfikatów, a reszta jest przedmiotem umów dwustronnych. Czy to oznacza, że system jest zły? Moim zdaniem nie. Wymaga jedynie dostosowania do aktualnej sytuacji. Można wykorzystać do tego np. nowy indeks dla całego rynku zielonych certyfikatów. Od końca kwietnia poza indeksem sesyjnym publikujemy dwa dodatkowe indeksy: dla transakcji pakietowych i łączny dla całego rynku. To pozwoli znaleźć prawdziwą wartość rynkową certyfikatu oraz lepiej konstruować umowy na sprzedaż energii elektrycznej wraz z certyfikatem. Oczywiście od chęci uczestników rynku zależy, czy ten indeks będzie brany pod uwagę. Przeprowadziliśmy szereg konsultacji z przedstawicielami branży OZE, członkami Rejestru Świadectw Pochodzenia i z naszych rozmów wynika, że będą oni wykorzystywali nowe indeksy.
Jak zlikwidować nadwyżkę certyfikatów?
Jestem zwolennikiem pozytywnego stymulowania rynku do rozwoju. Naśladowanie Komisji Europejskiej w sprawie wycofania nadwyżki uprawnień do emisji CO2, której Polska się sprzeciwia, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Uważam, że stare uprawnienia powinny zostać, ale już nowe powinny być czasowe. W uregulowaniu rynku pomoże podniesienie wysokości opłaty zastępczej. Moim zdaniem dzisiaj zamiast być karą, jest alternatywą dla kupowania lub wytwarzania certyfikatów, a przynajmniej było tak zanim spadły ceny zielonych certyfikatów. Nawet gdy ceny certyfikatów dostępnych na giełdzie zaczęły być atrakcyjne, dużym graczom i tak wygodniej było uiszczać opłatę zastępczą, która i tak zawarta była w ich taryfie. Rozwiązania są dwa. Jedno: wysokość opłaty drastycznie idzie w górę. Drugie: tak długo, jak na rynku dostępne są certyfikaty, możliwość wypełniania celów uiszczaniem opłaty zastępczej powinna być zablokowana. Przypomnę, że już w 2005 r. ostrzegaliśmy, iż opłata zastępcza może spowodować kłopoty.
Kiedyś branża energetyczna nie inwestowała, bo nie miała pieniędzy. Dziś je ma, ale nie chce inwestować. Energetyka znalazła się na zakręcie?
To jest dziwny stan. Bo jak sobie wszystko dokładnie policzymy w Excelu, to okaże się, że momentów, w których za 3-5 lat może nam zabraknąć mocy, nie będzie wiele. Każdorazowo dla gospodarki to jednak kosztowna zawierucha. Już teraz rezerwa mocy jest mała. Analizy leżą na stole. Trzeba tylko podjąć decyzje.
Jedną z nich podjęła właśnie PGE, rezygnując z budowy nowych bloków energetycznych w Opolu. Tymczasem w ocenie Ministerstwa Skarbu i Ministerstwa Gospodarki to projekt potrzebny Polsce.
Każdy zarząd musi działać w interesie swojej spółki. Ale moim zdaniem dzisiaj nie brakuje narzędzi do podejmowania decyzji zgodnych z interesem państwa. Jeśli jakaś inwestycja z dzisiejszego punktu widzenia nie wygląda na opłacalną, trzeba ją obudować odpowiednimi zachętami. Czas na podejmowanie decyzji jest właśnie teraz. Za 3 lata może być za późno. Żółty alert już trwa, bo z powodu dekapitalizacji elektrowni rezerwa mocy topnieje.
@RY1@i02/2013/091/i02.2013.091.21400020b.101.gif@RY2@
Ireneusz Łazor, prezes Towarowej Giełdy Energii
Rozmawiał Maciej Szczepaniuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu