Surowcoholik w delirium
Uzależnienie od łatwych dochodów to bardzo niebezpieczna sprawa, zwłaszcza gdy dotyczy całego państwa. Bo kiedy wchodzi w głęboką fazę, niszczy życie milionom ludzi, nawet przez kilka pokoleń
Choć Bank Rosji wydał na obronę rubla w ciągu ostatniego miesiąca już prawie 30 mld dol., kurs waluty systematycznie leci w dół. A jeszcze na początku lata nic nie zapowiadało takiego rozwoju wypadków. Aneksja Krymu i sprowokowanie wojny na Ukrainie przyniosło nałożenie sankcji przez społeczność międzynarodową na Rosję, jednak nie robiły one na Kremlu specjalnego wrażenia. Zwłaszcza gdy w połowie czerwca za baryłkę ropy płacono na rynkach światowych 116 dol. Po czym nagle wszystko stanęło na głowie. Libia pogrąża się nadal w wojnie domowej, w Iraku kolejne terytoria zdobywają ekstremiści z Państwa Islamskiego, a mimo to nafta błyskawicznie tanieje. Tymczasem niemal połowa dochodów rosyjskiego budżetu to wpływy uzyskiwane za sprawą eksportu ropy i gazu ziemnego. Przy czym w zeszłym roku gaz przyniósł 30 mld, zaś ropa aż 200 mld dol. zysku. Gdy jej cena znalazła się w okolicach 80 dol. za baryłkę, rosyjski rynek walutowy zaczął zdradzać oznaki paniki. Kurs rubla jest już niższy o 16 proc. niż w połowie lata, pomimo rozpaczliwych wysiłków banku centralnego. Na razie mieszkańcy mocniej odczuwają embargo żywnościowe, jakie na własny kraj nałożył prezydent Putin. Ale jeśli nadchodząca zima będzie ciepła, to przyszły rok może być pierwszym, w którym przyjdzie Rosjanom słono płacić za złote czasy surowcowej prosperity.
Zemsta Atahualpy
"Ach, najwspanialsze złoto! Ten, kto je posiada, posiada skarb, który pomaga duszom dostać się do raju" - zapisał Krzysztof Kolumb podczas swej wyprawy w 1492 r. Żeglarz zgodnie z obietnicą daną władcom Hiszpanii - Izabeli Kastylijskiej i Ferdynandowi Aragońskiemu - odkrył drogę do lądu pełnego bajecznych bogactw. Ziemski raj niekoniecznie jednak dobrze przysłużył się doczesnemu życiu Hiszpanów. Choć początkowo wszystko układało się znakomicie. Francisco Pizarro na czele skromnego oddziału awanturników podbił imperium Inków. Zaś za wziętego do niewoli króla zażądał tyle złota, by wypełnić nim po sufit długą na sześć, a szeroką na pięć metrów celę. Zdobyty tak skarb (dziś wart byłby jakieś pół miliarda dolarów) nie ocalił życia Atahualpy. Pizarro złoto zabrał, a potem wytoczył królowi proces o bałwochwalstwo oraz ... marnotrawienie grosza publicznego. Zakończony wyrokiem śmierci. Stosując podobne sztuczki, a także przejmując kopalnie kruszców, Hiszpanie w ciągu stu lat pozyskali ok. 185 ton złota i 16 tys. ton srebra. Tak ubogi kraj na Półwyspie Pirenejskim stał się największym eksporterem złota w świecie, a władający nim cesarz Karol V w pierwszej połowie XVI w. o mały włos nie podporządkował sobie całej Europy Zachodniej. Zupełnie nie zaprzątano sobie wówczas głowy coraz większą liczbą niepokojących zjawisk. Gdy w Europie ilość złota w obiegu nagle wzrosła o jakieś 30 proc., zaczęło ono gwałtownie tanieć. Drożały natomiast żywność i wyroby rzemieślnicze. W Andaluzji przez cały XVI w. ceny wzrosły aż pięciokrotnie. Co to oznaczało? Pierwsi na swojej skórze kryzys odczuli rolnicy. Żywność z importu okazywała się tańsza, a hiszpańska ziemia była marnej jakości. Chłopom uprawa roli przestała się więc opłacać. Masowo wyjeżdżali do miast lub emigrowali do Ameryki Południowej. Kiedy w 1588 r. na polecenie króla Filipa II Wielka Armada, wioząca 20 tys. żołnierzy, wyruszała, by podbić Anglię, na Półwyspie Pirenejskim jedna trzecia ziemi uprawnej leżała odłogiem.
"Nawet poza okresami głodu większość ludności była niedożywiona" - opisują Tadeusz Miłkowski i Paweł Machcewicz w "Historii Hiszpanii". Kolejną ofiarą uzależnienia się gospodarki od złota były włókiennictwo, któremu dostawy wełny zapewniała Mesta - stowarzyszenie hodowców owiec, utworzone jeszcze przez króla Kastylii Alfonsa X Mądrego. Przez trzysta lat znakomicie kooperowało ono z przędzalniami, aż do momentu gwałtownego spadku wartości kruszców, gdy zyski gwarantowała sprzedaż wełny tylko zagranicznym odbiorcom. "Upadek włókiennictwa pociągnął za sobą upadek wielkich centrów handlu" - opisują Tadeusz Miłkowski i Paweł Machcewicz. "Bankructwo państwa (1575 r.) i wzrost podatku alcabala (z grubsza odpowiednik VAT) całkowicie zrujnowały Medinę i nieco później spowodowały upadek handlowy drugiego co do ważności centrum handlu - Burgos" - dodają autorzy "Historii Hiszpanii".
Niedługo potem zbankrutowały nawet stocznie. Zanik rodzimej wytwórczości spowodował, iż pod koniec XVI w. dwie trzecie złota i srebra przywożonego z Ameryki przeznaczano na zakup zagranicznych towarów. Do hiszpańskich portów wpływały tylko obce żaglowce, które przejęły cały handel. Na pokłady zabierały produkty nie wytworzone w Hiszpanii, lecz sprowadzone z innych państw, żeby następnie zawieźć je do kolonii w Ameryce. Tymczasem płynący w drugą stronę strumień kruszców powoli wysychał. W XVII stuleciu Hiszpania bankrutowała pięć razy, ponieważ nie udawało się spłacać starych kredytów, a przyzwyczajone do wystawnego życia i mocarstwowych ambicji elity zaciągały wciąż nowe. Próbowano też podnosić i tak wysokie podatki. Ale to natychmiast wzbudzało ferment w społeczeństwie. Seryjnie buntowały się miasta, zaś na wsiach co chwila dochodziło do wybuchów lokalnych powstań. "Podczas zamieszek atakowano przedstawicieli władz, rozbijano magazyny zbożowe, niszczono dokumenty sądowe i otwierano więzienia" - opisują Tadeusz Miłkowski i Paweł Machcewicz. Na początku XVIII w. w najbogatszym niegdyś kraju Europy 20 proc. mieszkańców żyło z jałmużny bądź żebractwa. Królowie natomiast, straciwszy wiarygodność kredytową, pozyskiwali gotówkę, sprzedając tytuły szlacheckie. Zostanie hiszpańskim hrabią kosztowało 22 tys. dukatów, acz jeśli chciało się, by dzieci odziedziczyły tytuł, należało zapłacić 30 tys. Gdy brakowało chętnych na szlachectwo, sprzedawano stanowiska państwowe. Zdegenerowane państwo podniosło się z upadku dopiero w drugiej połowie XX w.
Kupa nieszczęść
Gdy Hiszpania znajdowała się na samym dnie, tereny dawnego imperium Inków rozkwitły. W dużej mierze przyczynił się do tego niemiecki przyrodnik Alexander von Humboldt, który przebadał w 1804 r. ptasie odchody, gromadzące się przez tysiące lat na skalistych brzegach Peru, Boliwii oraz Chile. Jak odkrył, zawierały one mnóstwo azotu, potasu, fosforu i magnezu. Co czyniło z nich idealny nawóz pod uprawę roślin. Acz doceniono to dopiero trzy dekady później, gdy liczba ludności w Europie gwałtownie rosła, a przed klęską głodu mogło uchronić Stary Kontynent jedynie doskonalenie technologii upraw rolnych. Pierwszy statek z egzotycznym towarem przypłynął z Peru do Liverpoolu w 1841 r. W ciągu następnych czterdziestu lat do Europy sprowadzono 2 mln ton peruwiańskiego guana. Osiągane tą drogą przychody stanowiły ok. 75 proc. wpływów budżetu państwa. Południowoamerykański kraj rozkwitł pod rządami dyktatora Ramona Castilli, finansującego budowę linii kolejowych, wspaniałych gmachów i floty. A gdy pieniędzy z guana nie starczało, zaciągano pożyczki w Londynie, dając w zastaw przyszłe zyski. Banki uznawały to za znakomity interes, bo w połowie stulecia Peru zdominowało światowy rynek nawozów naturalnych. Co pozwalało Latynosom prowadzić bardzo wystawne życie.
"Wszystko trzeba było sprowadzać z Europy po cenach trzy razy większych od ich rzeczywistej wartości" - zauważył zoolog z Uniwersytetu Warszawskiego Jan Sztolcman, który w 1875 r. zwiedzał Limę. "Jedwabie, ubiory, całkowite urządzenia domowe nawet, przychodziły i po dziś dzień przychodzą z poza oceanu, gdy jednocześnie handel wywozowy, oprócz guana, ograniczał się do nieznacznej stosunkowo ilości cukru, kory chinowej lub wełny baraniej i wigoniowej" - notował. W Peru wszelka wytwórczość przestała się opłacać, co oznaczało szczytowe stadium uzależnienia, kiedy odkryto, iż saletra z chilijskich złóż jest także znakomitym nawozem. A pozyskiwanie jej przychodzi dużo łatwiej niż guana. Oba kraje już wcześniej toczyły wojny, lecz po raz pierwszy spór dotyczył nawozu. Chodziło o ogromne złoża saletry w prowincji Tarapaca, do której prawa rościły sobie Chile, Peru oraz Boliwia. Te dwa ostatnie kraje zawarły sojusz, lecz Chilijczycy posiadali znakomitą armię, wzorowaną na pruskiej. Po trzech latach walk w 1883 r. Peru poniosło klęskę i musiało pogodzić się z utratą nie tylko Tarapaca, ale też najcenniejszej części wybrzeża.
"Lima, tak bogata zawsze, znalazła się teraz jeżeli nie w nędzy to przynajmniej w przykrem położeniu człowieka zmuszonego sprzedawać swe kosztowności, aby pokryć wydatki domowe" - zanotował wrażenia ze swojej kolejnej wizyty w Peru Jan Sztolcman. "Wątpię, ażeby wróciła kiedykolwiek do dawnej świetności. Straciwszy swe zasoby głównie wskutek własnej nieoględności, a w części z winy fatalnych losów, nie posiada teraz danych, aby dawny stan rzeczy przywrócić! Kopalnie guana i saletry zabrane zostały przez Chilijczyków" - dodawał bardzo trafnie. Ze swoich obserwacji wysnuwał też celne wnioski na przyszłość. "Dziś więc jedyną dla Peru nadzieją jest oprzeć swe bogactwo na rolnictwie, przemyśle i eksploatacji bogatych leśnych obszarów, rozciągających się we wschodniej części kraju. Może wypadki lat ostatnich posłużą dla Peruwjan za dobrą naukę, jaka im się, bądź co bądź należała" - oceniał polski zoolog. Jednak południowoamerykański kraj po utracie złóż kluczowego surowca pogrążył się w trwającym dekady zastoju. Władzę na drodze zamachów stanu zdobywali kolejni generałowi, niemający zupełnie pomysłu, jak wrócić do dawnej świetności.
"Bogactwa w Peru rozwijały głównie zbytek, lecz mało wpływały na podniesienie dobrobytu kraju. Kilka linij kolei żelaznej, kilka pięknych budynków w stolicy - zostały jako jedyny trwalszy ślad złotego deszczu" - dopisał dwadzieścia lat później Sztolcman.
Światową karierę guana i saletry zakończyli na początku XX w. Fritz Haber oraz Ignacy Mościcki. Przyszły twórca gazów bojowych opracował technologię chemicznej syntezy amoniaku, a przyszły prezydent Polski odkrył, jak za pomocą ładunku elektrycznego z tlenu i azotu uzyskiwać kwas azotowy. Obie substancje nadawały się do tego, by na ich bazie produkować nawozy syntetyczne. Tak o mały włos nie pomszczono Peru. Szczęściem dla Chilijczyków ich kraj okazał się bogaty także w złoża miedzi, od których w pierwszej połowie XX w. uzależniła się tamtejsza gospodarka.
Słodki upadek
Setki milionów ludzi na świecie nie wyobrażają sobie życia bez czekolady, mas kakaowych, polew czy cukierków. A skoro państwa czasami zachowują się jak ludzie, to czemu by także nie miały popadać w uzależnienie od czegoś słodkiego. Tym bardziej że taki nałóg prezentuje się bardzo niewinnie. Do powstania wszystkich wspomnianych przysmaków konieczne są ziarna kakaowca. Idealne warunki bytowe dla tego drzewa znajdują się na terenie Ghany. Na początku XX w. ta część Afryki stała się jedną z najbogatszych brytyjskich kolonii. Anglicy, mając głowę do interesów, dbali o miejscowych producentów, pozwalając im tworzyć wspólnoty nazywane "nnoba", przypominające współczesne spółdzielnie. To pozwalało organizować wydają produkcję, a także pilnować, żeby jej nadmierny wzrost nie obniżał cen. W końcu zamożnym ghańskim elitom zamarzyła się niepodległość. Nie przypadkiem ten właśnie kraj stał się pierwszą afrykańską kolonią, która w marcu 1957 r. przekształciła się w suwerenne państwo. Z czym musiano pogodzić się w Londynie, choć władzę przejęła w Ghanie Ludowa Partia Konwentu, kierowana przez Kwame Nkrumaha. Miłośnika Karola Marksa i Włodzimierza Lenina. Znacjonalizowanie na jego polecenie wspólnot rolnych okazało się wcale nie największym nieszczęściem. Dopóki gospodarka Ghany włączona była w wielki organizm Imperium Brytyjskiego, uzależnienie od jednego surowca niczemu nie szkodziło. Schody zaczęły się, gdy musiano żyć na własny rachunek. Choć na początku wszystko prezentowało się całkiem miło. Dochody ze sprzedaży kakao pozwoliły pierwszemu prezydentowi w zaledwie trzy lata stworzyć sieć bezpłatnych szkół podstawowych i średnich. Równie szybko rozbudowywano służbę zdrowia, a przy okazji postawiono gigantyczną hydroelektrownią Akosombo na rzece Wolcie, by zapewniała prąd do zaplanowanych na następną pięciolatkę hut aluminium. Ale sprzedaż ziaren kakaowca nie gwarantowała możliwości zebrania od ręki całej sumy na tak ambitne inwestycje. Prezydent Nkrumah zaciągał więc kredyty w Wielkiej Brytanii i USA, dając w zastaw przyszłe dochody. Po czym żadnych hut aluminium nie zbudowano, za to powstał wspaniały pałac z salą bankietową na 2 tys. osób, po to aby Ghana zabłysła w 1965 r. jako gospodarz szczytu Organizacji Jedności Afrykańskiej. Ambitny prezydent miał jednak pecha. "Cena kakao była niska w pierwszych latach niepodległości Ghany, co przyczyniło się do gospodarczej katastrofy rządów Nkrumaha" - opisują Roland Oliver i Anthony Atmore w "Dziejach Afryki po 1800 roku". Choć co roku eksportowano 560 tys. ton ziaren kakaowca, kryzys ekonomiczny stawał się coraz dotkliwszy.
Rok po pamiętnym szczycie OJA doszło w Ghanie do zamachu stanu. Ale obalenie Nkrumaha niewiele zmieniło, bo kolejni dyktatorzy nie mieli żadnego pomysłu na wyjście z opresji, natomiast nadzwyczaj łatwo przywłaszczali sobie publiczne dochody. W tamtym czasie produkcja ziaren kakaowca systematycznie spadała. W 1981 r. wynosiła już tylko 150 tys. ton, a kraj znajdował się w kompletnej ruinie. W ciągu dwudziestu lat wzrosło jedynie zatrudnienie w Ghańskiej Agencji Marketingu Kakao - z 50 tys. do ponad 130 tys. ludzi. "Pociągi prawie wcale nie kursowały. Brakowało obcych walut nawet na najpotrzebniejsze towary importowane, takie jak części zamienne do maszyn rolniczych i fabrycznych. Przemysł wykorzystywał około jednej czwartej swoich możliwości produkcyjnych. Występowały nawet niedobory energii elektrycznej, ponieważ poziom wody w jeziorze Wolta spadł drastycznie w następstwie suszy" - odnotowują Roland Oliver i Anthony Atmore. Niegdyś jeden z najbogatszych krajów Afryki znalazł się w gronie najbiedniejszych. Po zdobyciu władzy w bankrutującym państwie porucznik lotnictwa Jerry Rawlings musiał w 1983 r. przyjąć twarde warunki Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który przez wiele lat sprawował nadzór na restrukturyzacją gospodarki Ghany.
Kurowanie holenderskiej przypadłości
Zaskakujące, że dopiero w latach 70. ubiegłego wieku ekonomiści zaczęli dostrzegać, że bogactwa naturalne bardzo łatwo mogą stać się dla ich posiadaczy prawdziwym przekleństwem. Zjawisko to w 1977 r. tygodnik "The Economist" nazwał "holenderską chorobą". Kilka lat wcześniej ten bogaty, europejski kraj z importera gazu ziemnego nagle zmienił się w czołowego eksportera, dzięki ogromnym złożom odkrytym w okolicach Slochteren. Wprawdzie holenderski budżet odnotował wzrost wpływów, ale jednocześnie regularnie szedł w górę kurs guldena i produkowanie przez przemysł towarów na eksport przestało się opłacać. Bankructwo zagroziło fabrykom samochodów oraz włókienniczym. Rząd interweniował, dotując przemył i rozbudowując opiekę socjalną, ale nie wyciągnęło to gospodarki ze stagnacji. Przez 10 lat - do 1982 r. - Holandia znajdowała się w recesji, uzależniona coraz bardziej od stałego dopływu gotówki ze sprzedaży gazu. Dopiero spadek jego cen wymusił wprowadzenie bolesnych reform, obniżających kurs guldena i koszty produkcji. Dzięki czemu Holendrom udało się zerwać z nałogiem.
Co ciekawe, jak sobie z nim radzić na co dzień, by minimalizować ryzyko upadku, pierwsi odkryli Arabowie. Emir Kuwejtu Abdullah III już w 1953 r. założył w Londynie specjalny fundusz, na którym gromadzono część dochodów, jakie przynosiła jego krajowi ropa naftowa. Pomysł emira, by odkładać jak największe rezerwy gotówki i papierów wartościowych z myślą o gorszych czasach (bo one zawsze w końcu przychodzą), zaczęły naśladować od początku lat 70. inne mocarstwa surowcowe. W gronie tym znalazły się: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, ale też uzależnione od miedzi Chile, a nawet Kanada. Jednak prawdziwymi mistrzami inwestowania w przyszłość okazali się Norwegowie. Skandynawskie państwo, zamieszkiwane przez niespełna 5 mln ludzi, jest dziś na świecie szóstym co do wielkości eksporterem ropy i drugim gazu. Kiedy jednak z powodu "holenderskiej choroby" popadło w długi, a deficyt budżetowy w 1977 r. sięgnął tam 14 proc. PKB, wzięło się za siebie. Zrównoważono budżet, a dochody, wypracowywane przez państwowy koncern Statoil, zaczęły trafiać do Rządowego Funduszu Emerytalnego. Obecnie kwota w nim zgromadzona przekroczyła sumę 840 mld dol. Wedle prawa wydawane mogą być jedynie wypracowane przez fundusz zyski. Dzięki czemu wahania cen ropy i gazu nie wywierają dużego wpływu na norweską gospodarkę. Z kolei sam fundusz posiada udziały na cały świecie w ok. 8 tys. spółek, ale nigdy nie mogą one ze względów bezpieczeństwa przekraczać 10 proc. Tak Skandynawom udało się opracować całkiem skuteczną szczepionkę na "holenderską chorobę".
Tą drogą usiłowali pójść Rosjanie, zmotywowani konsekwencjami dwukrotnego bankructwa ich państwa pod koniec ubiegłego stulecia. Przy czym to pierwsze pociągnęło za sobą rozpad ZSRR i wyrwanie się spod kurateli Moskwy Europy Środkowej. Czego Władimir Putin do dziś nie potrafi przeboleć. Na początku swojej prezydentury zadbał, by największe spółki energetyczne znalazły się pod kontrolą Kremla, usuwając z Rosji konkurencję zagraniczną, jak np. konsorcjum Royal Dutch Shell, i przejmując prywatne korporacje naftowe z Jukosem Michaiła Chodorkowskiego na czele. Dzięki zgromadzeniu w zasobach Funduszu Stabilizacyjnego ponad 200 mld dol. kraj przetrwał załamanie światowej gospodarki w 2008 r. Choć PKB spadł wówczas aż o 7,9 proc., na szczęście dla Kremla surowce nie potaniały na zbyt długi czas. Z tej nauczki usiłowano wyciągać wnioski i ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział modernizację rosyjskiej ekonomii, stawiając na rozwój nowoczesnych technologii. Jednak zerwanie z surowcowym nałogiem okazało się zbyt trudne dla Rosjan. Wprawdzie wedle wyliczeń dziennika "Wiedomosti" za wcześnie, by wpadać w panikę, bo pod koniec października rezerwy Banku Rosji wynosiły ok. 214 mld dol., zaś Fundusz Rezerwowy i Fundusz Dobrobytu Narodowego dysponowały zasobami w wysokości 173 mld dol. Co oznacza, że rosyjska gospodarka przetrwa wiele miesięcy niskich cen surowców energetycznych. Jednak o perspektywie lat nikt nie wspominał.
Co może się stać, jeśli dekoniunktura na ropę potrwa, można śledzić już w Wenezueli, posiadającej 18 proc. światowych zasobów nafty, której sprzedaż przynosiła rządowi w Caracas ok. 110 mld dol. rocznie. Cóż z tego, skoro ekipa prezydenta Nicolasa Maduro już wcześniej upłynniła rezerwy finansowe, a wszelkie dobra przemysłowe, włącznie z papierem toaletowym, są sprowadzane z zagranicy. Rynkowe braki dotykają tam nawet nieboszczyków. "Właściciele firm pogrzebowych pożyczają sobie wzajemnie trumny lub sprowadzają je z Kolumbii. Namawiając też klientów na kremację; wtedy trumna służąca jedynie w momencie czuwania przy zwłokach może być ponownie wykorzystana" - donosiła w czerwcu Agencja Reutera. Teraz, gdy ropa staniała o 16 proc., jest jeszcze gorzej. Rząd musiał objąć reglamentacją sprzedaż nie tylko kawy czy ryżu, ale też proszku do prania, pasty do zębów, a nawet... benzyny. W supermarketach wprowadzono skanery odczytujące odciski palców, by klienci nie mogli przychodzić na zakupy częściej niż raz dziennie. Jednocześnie ograniczono dostawy wody do domów. W Caracas jest ona dostępna w ciągu tygodnia przez 108 godzin. Tymczasem ropa nadal tanieje i delirium, jakie grozi uzależnionym od niej państwom, może mieć bardzo bolesny przebieg.
@RY1@i02/2014/221/i02.2014.221.00000210b.802.jpg@RY2@
forum/interfoto
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu