Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Sukcesy, oszustwa i zagrożenia dla indyjskich firm usługowych

23 stycznia 2009
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

W bagnistym kanale przy moście w wiosce Gargaparru - wiosce położonej około ośmiu godzin jazdy od południowoindyjskiego miasta Hyderabad - rolnik pławi bawoły. To Krishnan Raju, mieszkaniec wioski. Z mostu pokazuje, gdzie jako dziecko kąpał się często ze swoim kolegą, B. Ramalinga Raju. - Ojciec mówił mu, żeby nie skakał z mostu do kanału, tylko wchodzi do wody z brzegu - opowiada rolnik, który - podobnie jak magnat usług informatycznych - nosi nazwisko kasty miejscowych posiadaczy ziemskich.

Tej ojcowskiej lekcji ostrożności okryty dziś hańbą założyciel Satyam Computer Service nie wziął sobie jednak do serca. Rezygnując na początku stycznia ze stanowiska prezesa i dyrektora naczelnego, Ramalinga Raju napisał do zarządu list, wyznając, że „przez kilka lat” manipulował księgowością czwartej co do wielkości indyjskiej firmy usług dla zagranicy, zawyżając jej zyski i „tworząc” zasób gotówki wartości 50 mld rupii (1 mld dol.).

Tym listem zniszczył mit dobrego rządzenia we własnej firmie i w znacznym stopniu podważył wiarygodność indyjskiego sektora przedsiębiorstw, zwłaszcza zaś branży usług dla zagranicy, która jest jednym z największych w kraju źródeł wpływów eksportowych. List ten obnażył nagle istnienie sprzyjającej niejasnym transakcjom kultury korporacyjnej świata, w którym wielkie rodziny kontrolują największe firmy i są za pan brat z politykami, a instytucje nadzorcze zajmują się wszystkim tylko nie tym, czym powinny.

Co więcej, twierdząc, że swoje oszustwa uprawiał przy pełnej świadomości ze strony PwC (międzynarodowego audytora Satyama), obsługujących firmę banków, a także władz giełdy w Indiach oraz w USA i Holandii, gdzie jego spółka była notowana - wytworzył przekonanie o zawodności systemu nadzoru nad firmami wielonarodowymi. Skala i bezczelność tego oszustwa tak bardzo zagroziła pozycji indyjskiego biznesu, że premier Monmohan Singh - żeby pohamować rozprzestrzenianie się jego następstw - osobiście interweniował na rzecz zmiany zarządu spółki.

- Wizerunek kraju dozna uszczerbku, jeśli nie będzie można mieć zaufania do finansów spółek notowanych na kilku giełdach. To zagrożenie systemowe - mówi Sandeep Perekh z Indyjskiego Instytutu Zarządzania, dawny szef rady indyjskiej giełdy.

Zaledwie miesiąc temu Ramalinga Raju był z honorami przyjmowany w Hyderabad, stolicy stanu Andhra Pradesh. W tym właśnie mieście Raju ulokował główną siedzibę Satyamy i - wraz z poprzednim premierem stanu - przyczynił się do przekształcenia go w pokazowy ośrodek IT.

Miejscowi politycy fetowali go do tego stopnia, że gdy w 2000 roku miasto odwiedził Bill Clinton, Ramalinga Raju zaproszono na scenę wraz z prezydentem USA.

Bliskie kontakty między politykami i biznesmenami występują w całych Indiach, zarówno na poziomie stanowym, jak i w Delhi. Wielkość kraju i zróżnicowane pochodzenie najbardziej liczących się ludzi oznaczają, że chodzenie do elitarnej szkoły nie wystarczy, żeby zyskać wpływy. Wielu pracowników pochodzi z klasy pracującej, a niektórzy magnaci to przedsiębiorcy w pierwszym pokoleniu.

Choć w dziedzinie IT Ramalinga Raju uważano za takiego właśnie magnata, główną pasją jego pochodzącej ze wsi rodziny była zawsze ziemia. Mieszkańcy Garagaparru wspominają, że uprawiający winorośl jego ojciec pod zastaw swoich 100 akrów pożyczał pieniądze na zapewnienie dzieciom wykształcenia i pomoc w rozkręceniu biznesu. Po ukończeniu wiejskiej szkoły - gdzie uczył się przy lampie naftowej - Raju uzyskał dyplom MBA w Ohio University w USA i w latach 80. XX wieku utworzył Satyam (w języku hindi znaczy to „prawda”).

Pierwszy wielki sukces odniósł w 1991 roku, gdy namówił producenta traktorów Deere do korzystania z usług jego firmy. W tym samym roku wprowadził Satyam na giełdę w Bombaju; do 2000 r. miał już 10 tys. pracowników. Sześć lat później przychody firmy przekroczyły 1 mld dol., a w zeszłym roku sięgnęły - jak twierdzi Satyam - 2 mld dol. przy 53 tys. zatrudnionych.

Osoby stykające się z Raju mówią, że nie wyglądał ani na bohatera, ani na oszusta. Łagodny głos, sumienność, zawsze w garniturze - sprawiał wrażenie osoby tak spokojnej, że aż nudnej. Przeznaczał pieniądze na przedsięwzięcia związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu: zorganizował sieć ambulansów, której honorowym przewodniczącym został A. P. J. Kalam, cieszący się szacunkiem były prezydent Indii.

Niektórzy twierdzą, iż już wcześniej pojawiały się oznaki, że Raju jest oszustem. W 2000 roku Satyam zapłacił wygórowaną cenę za pewną witrynę internetową, a rok później przeprowadził fuzję, na której - zdaniem krytyków - nadzwyczajnie skorzystała jego rodzina. W 2000 roku w wywiadzie dla „FT” Raju - fan Alberta Einsteina - mówił: - Z teorii względności można się wiele nauczyć o podejmowaniu decyzji: nie o wyborze między białym i czarnym, ale między odcieniami szarości.

Nikt jednak nie mógł przewidzieć, tego co się stanie. W grudniu Raju ogłosił, że Satyam zapłaci 1,6 mld dol. za Matyas Infra i Matyas Properties, dwie firmy kontrolowane przez jego rodzinę. Transakcja miała zapewne na celu ukrycie problemów w Sataymie, ale Raju musiał od niej odstąpić wskutek buntu akcjonariuszy.

Bez ich powiadomienia zastawił udziały swojej rodziny (około 8 proc.) w firmie. Gdy w zeszłym roku, wraz z załamaniem indyjskiej giełdy, notowania Sataymu spadły, pożyczkodawcy zaczęli te akcje sprzedawać, żeby odzyskać swoje pieniądze.

Wskutek groźby utraty kontroli nad własną firmą Raju zmuszony był przyznać się do wszystkiego. Wyznał, że manipulował zapisami księgowym po to, żeby ukryć marne wyniki kwartalne, a nie żeby ukraść. Z biegiem lat jednak te oszustwo wymknęły się spod kontroli. To było jak „jazda na tygrysie” - nie da się z niego zsiąść, bo się zostanie zjedzonym.

Prowadzący śledztwo muszą teraz stwierdzić, czy ten list zawiera prawdę. Ma kluczowe znaczenie dla ustalenia, jak głęboko sięga zgnilizna systemu. Skoro Raju preparował księgi przez siedem lat, tworząc - jak twierdzi - zasoby gotówkowe, to jakim sposobem obsługujące Satyama banki (w tym HSBC i Citogroup) mogły tego nie zauważyć? Jak firma audytorska PwC mogła nie wpaść na ślad trwającego tak długo oszustwa?

- Jeśli ktoś porusza się utartym szlakiem, trudno zakładać, że coś jest nie tak - mówi Hugh Young, dyrektor Aberdeen Asset Management Asia.

Według innej teorii Raju ukradł pieniądze dopiero w zeszłym roku, gdy jego rodzina wpadła w kłopoty na skutek załamania na rynku nieruchomości, a podane w liście fałszerstwa księgowe wymyślił, żeby przestępstwo wyglądało na mniej poważne.

E. A. S. Sarma, były urzędnik stanu Andhra Pradesh, od dawna krytycznie podchodzi do zbyt bliskich jego zdaniem związków między lokalnym rządem i Satyamem, Maytasem i innymi firmami. Maytas Infra oraz Maytas Properties przydzielono wiele flagowych inwestycji, w tym projektowane metro w Hyderabad, port i elektrownię.

- W Indiach istnieje „kapitalizm kolesiów”, a rząd daje tanio grunt swoim biznesowym znajomym - mówi. Obie firmy Maytas zaprzeczają tym oskarżeniom.

Jednocześnie pojawia się istotniejsze pytanie: ile w Indiach może być takich przypadków? Charakterystyczny dla tego kraju system własności - wiele firm znajduje się pod kontrolą wpływowych rodzin - utrudnia działanie normalnych mechanizmów nadzoru korporacyjnego. Tylko nieliczni niezależni dyrektorzy mają odwagę przeciwstawić się krajowym tytanom biznesu. Większość dyrektorów to zresztą starannie dobrani przyjaciele i znajomi.

Władze nie są przygotowanie do zajmowania się takimi przestępstwami - dopiero dwa dni po wyznaniach Raju organ nadzorczy wysłał do Hyderabadu swoich ludzi. Sam Raju oddał się w ręce policji trzy dni po wysłaniu listu.

Luki w przepisach o rachunkowości i niedbałe ich stosowanie to kolejny problem. Firmom uchodzi płazem niekompletne i spóźnione sporządzanie bilansów. W bilansach kwartalnych często nie uwzględnia się spółek zależnych, a informacje o zobowiązaniach pozabilansowych są rzadko ujawniane. Zdaniem Nielsha Jasaniego z Credit Suisse w Bombaju rząd powinien szybko zaostrzyć przepisy, zmuszając rodzinnych właścicieli do ujawnienia strat.

Rok podatkowy kończy się w Indiach 31 marca: kolejne wstrząsy wydają się wówczas nieuniknione, bo firmy podczas boomu mocno się zapożyczyły i będą musiały pokazać straty, a audytorzy nie będą skłonni do podpisywania spreparowanych sprawozdań.

Ramalinga Raju siedzi w areszcie policyjnym wraz z bratem i dyrektorem finansowym, a władze przekopują się przez dokumentację Satyamu. Dla rodzinnej wioski nadal jest jednak ukochanym synem - który może i okradał obcych, ale troszczył się o swoich.

55d8ee3c-da38-470d-b748-b72e564b07a1-38886032.jpg

Fot. Istock

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.