Bezpieczeństwo jest sexy
Na początku stycznia akcje europejskich spółek gwałtownie zwyżkowały, co może stwarzać wrażenie, że w przypadku najważniejszych firm zaczynająca się recesja może nie będzie aż poważna, jak się one obawiały.
Analitycy ostrzegają jednak, że ta zwyżka nie powinna stanowić powodu do zarzucenia ostrożności, która najsprytniejszym inwestorom pozwoliła częściowo uniknąć najgorszych skutków ubiegłorocznego załamania cen akcji. Nie powinna także skłaniać ponownego inwestowania w kuszące niegdyś sektory, jak bankowość czy przemysł samochodowy.
Ponieważ przyszłość europejskich firm jest wciąż niepewna, inwestorzy - jak ustawicznie podkreślają analitycy - powinni skupiać się przede wszystkim na takich cechach spółek, jak stosunkowo mały poziom zapożyczenia, zapewniony dopływ gotówki oraz przychód z dywidendy.
Skoro więc dominujące kiedyś wśród inwestorów nastawienie na wzrost i globalizację spółek ustępuje poszukiwaniu bezpiecznego schronienia dla własnych pieniędzy, ich zainteresowanie zapewne znów się skupi na akcjach „defensywnych”, czyli na pozostających ostatnio w cieniu firmach z takich dziedzin, jak przemysł farmaceutyczny czy telekomunikacja.
- Nudne sektory są w takiej fazie cyklu najlepsze. Nuda nie prowadzi do kupna niepewnych akcji - mówi Nick Nelson, analityk akcji europejskich w banku UBS.
To „odwracanie tendencji” trwa już od pewnego czasu, ale od wrześniowego upadku banku Lehman Brothers znacznie się nasiliło i przyspieszyło.
- W obecnych warunkach makroekonomiczych następuje powrót do sytuacji, kiedy trzeba badać przepływy gotówki, bilans oraz długoterminowe szanse firmy. W takich okolicznościach trzeba kupować akcje spółek, które mogą przetrwać pięć lat i które stać na powiększanie w tym czasie udziału w rynku. Ludzi wracający po przerwie na ten rynek będzie obchodzić głównie stałość przychodów z dywidendy - mówi Andrew Garthwaite, analityk ds. aktywów globalnych w banku Credit Suisse.
Tę opinię podziela Peter Oppenheimer, który w banku Goldman Sachs odpowiada za strategię na rynku europejskim.
- Wśród sektorów defensywnych najbardziej atrakcyjnie kształtują się wyceny akcji firm medycznych i telekomunikacyjnych - mówi.
We wcześniejszej fazie cyklu tymi firmami mało się interesowano. Telekomy - zwłaszcza te wielkie, europejskie - wydawały się na wieki obciążone dziedzictwem wysokich kosztów pracy i niezdolne do konkurowania z nowo powstającymi firmami, jeśli chodzi o połączenia stacjonarne. Z kolei nad każdym liderem sektora farmaceutycznego wisiała chmura, na którą składały się: załamanie innowacji, kurczące się budżety na opiekę zdrowotną oraz wyzwanie ze strony tzw. leków odtwórczych, które po wygaśnięciu patentu może produkować każdy.
Ale zdaniem Andrewa Garthwaite'a, firmy produkujące leki mają dla inwestorów cztery wielkie zalety. Stopień zadłużenia jest w tym sektorze najniższy na całym rynku; przepływy wolnej gotówki zapowiadają się na stosunkowo duże; poza tym akcje firm farmaceutycznych stanowią dobry wskaźnik wyprzedzający zmian cyklu koniunkturalnego. I choć ze względu na wspomniane wyżej wyzwania cała branża tnie koszty, to - jak uważa Andrew Garthwaite - nadal ma ona bardzo duże możliwości radzenia sobie własnymi siłami.
W przypadku telekomów inwestorów przyciąga głównie przychód z dywidendy i duże przepływy gotówki w branży. Podobnie jak w przypadku firm farmaceutycznych, w grę nadal wchodzą „zniechęcacze”, zwłaszcza odziedziczone duże koszty, czasem także - regulowane ceny. Jednak w czasach kryzysu nad te wady branży inwestorzy przedkładają jej zalety: stosunkowo małą wrażliwość na zmiany cyklu koniunkturalnego oraz - ze względu na ogromne wydatki inwestycyjne tych firm - możliwość ochrony zysków poprzez okresowe przyhamowanie rozwoju działalności.
Tradycyjnie na przestawieniu kierunków inwestycji w okresie głębokiego załamania gospodarczego najbardziej powinny skorzystać akcje spółek użyteczności publicznej. Rzeczywiście, w wielu przypadkach ich notowania ostatnio ostro poszły w górę. Ten jednak sektor do uogólniających sądów nadaje się o wiele mniej niż inne.
Wynika to z licznych przejęć, jakie przeprowadziły w ostatnich latach niektóre, zwłaszcza francuskie, firmy użyteczności publicznej. Sprawiło to, że są one obciążone gigantycznymi długami, a firm w takiej sytuacji inwestorzy chcą obecnie unikać.
- Struktura kapitałowa i wielkość dźwigni finansowej to dziś kwestie najistotniejsze - mówi Nick Nelson.
W przypadku firm użyteczności publicznej liczy się ich model biznesowy. Atrakcyjność niektórych grup z tej branży zmniejsza fakt, że ceny usług podlegają regulacji organów nadzorczych. Z kolei przedsiębiorstwa zajmujące się głównie energetyką znajdują się w cieniu firm naftowych, zwłaszcza jeśli chodzi o inwestorów nastawionych na czystą spekulację akcjami spółek energetycznych.
Oczywiście ten tryumf akcji „nudnych” nad akcjami „sexy” nie będzie trwał wiecznie. Analitycy mają jednak rozbieżne opinie co do tego, kiedy przyjdzie odpowiednia pora, żeby znów przestawić się na inwestowanie w niepopularnych dziś dziedzinach.
Niektórzy z nich dowodzą, że zakres ostatnich cięć stóp procentowych a także widoczna determinacja banków i rządów, które chcą zrobić wszystko, co można, żeby tylko przywrócić zaufanie w gospodarce i odepchnąć groźbę recesji na wielką skalę, oznacza, że zmiana fazy cyklu koniunkturalnego może nastąpić szybciej, niż się oczekuje. - Mówimy inwestorom, że powinni stać blisko drzwi - zauważa Nick Nelson.
- Skoordynowana akcja obniżek stóp miała duże znaczenie i wywarła wpływ na rynek. Potrzeba jednak więcej. Rynek kredytów dla przedsiębiorstw nadal czeka na ożywienie. Chodzi o obniżenie stawek kredytowych i odmrożenie rynku pożyczek międzybankowych. Na razie wygląda na to, że warunki działania firm będą jeszcze bardzo długo trudne - podkreśla Peter Oppenheimer z Goldman Sachs.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.