Kapitał kontra Biały Dom
Amerykański biznes jest rozczarowany polityką Baracka Obamy
Siedemdziesiąt pięć lat temu Franklin Delano Roosevelt, jeden z bohaterów Baracka Obamy, był bliski wypowiedzenia wojny amerykańskim liderom biznesu. - Wiemy, że rząd kierowany przez zorganizowany kapitał jest równie niebezpieczny jak rząd kierowany przez motłoch - grzmiał. - Jednoczy ich nienawiść do mnie - i szczycę się tą nienawiścią - mówił.
W przypadku Obamy sprawy nie wyglądają tak źle, jednak skoro chodzi o prezydenta, który 18 miesięcy temu doszedł do władzy, dysponując największym budżetem wyborczym w historii, w tym rekordowymi datkami od przedstawicieli zorganizowanego kapitału z Wall Street, rozczarowanie jest głębokie.
Niezadowolenie nie ogranicza się do sektora finansowego, który przerzucił swoje uczucia na Republikanów obiecujących uchylenie ustawy o nadzorze finansowym. Od hutnictwa po telekomunikację liderzy biznesu dołączają do chóru tych, którzy uważają, że prezydent jest antybiznesowy.
Wskazując na retorykę korporacyjnej chciwości wytoczoną przez Obamę przeciwko Wall Street, ubezpieczycielom zdrowotnym i branży naftowej, Amerykańska Izba Handlu oskarżyła go o demonizowanie sektora prywatnego. Do Izby dołączyły takie organizacje, jak Business Roundtable (BRT), reprezentujący największe firmy w USA. Członek BRT i prezes General Electric Jeff Immelt twierdzi: - USA jako eksporter są żałosne. Musimy znów stać się potęgą przemysłową, ale nie zrobimy tego, jeżeli rząd i przedsiębiorcy nie będą działać zgodnie. Ivan Seidenberg, prezes operatora komórkowego Verizon i szef BRT, oskarżył Obamę o zwiększanie bezrobocia poprzez nakładanie kolejnych regulacji na firmy. - Negatywne efekty tej polityki są zbyt znaczące, by je ignorować - mówił.
Nawet ci, którzy, jak Jim McNenrey, prezes Boeinga, podpisują się pod inicjatywami Białego Domu w rodzaju podwojenia amerykańskiego eksportu w ciągu pięciu lat, deklarują zaniepokojenie. Wyrażając zdanie przedstawicieli sektora prywatnego, mówi on, że Obama robi zbyt mało w celu odnowienia umów handlowych z Koreą Południową, Kolumbią i Panamą, nie wspominając o rundzie Doha, która utknęła w martwym punkcie.
Narzekania na Obamę można podzielić na trzy kategorie. Po pierwsze nakłada on zbyt wiele regulacji na sektor prywatny. Na początku listy znajdują się ustawy o reformie systemu zdrowia i rynków kapitałowych. Liderzy biznesu mówią, że wytworzyły one atmosferę niepewności. Tym tłumaczą, że w korporacyjnych skarbcach spoczywa rekordowa suma 1800 mld dol. niezainwestowanej gotówki.
Drugim powodem do obaw jest wzrost podatków. Oprócz opłat nałożonych przy okazji reform mówi się o zniesieniu obniżek podatków wprowadzonych przez George’a W. Busha dla osób zarabiających ponad 200 tys. dol. rocznie. Gniew budzą również próby uchylenia odroczenia podatku od zysków zagranicznych, mimo że niemal każda rozwinięta gospodarka utrzymuje reżim terytorialny, w którym firmy są opodatkowane tylko od rodzimych przychodów. Doug Oberhelman, prezes Caterpillar, mówi, że USA w dziedzinie stawek podatkowych idzie w przeciwnym kierunku niż wszyscy. - Kiedy zaczynałem pracę w Caterpillar w 1975 r., USA miały najniższy podatek w wysokości 35 proc. W Japonii było to 60 proc., a w Niemczech 65 proc. - powiedział Oberhelman w niedawnym wywiadzie. - Dziś wszyscy mają niższy podatek od nas.
I wreszcie, organizacje gospodarcze narzekają, że w administracji nie ma nikogo, kto miałby doświadczenie biznesowe. Oprócz Valerie Jarrett, przyjaciółki i doradczyni, która kiedyś kierowała agencją nieruchomości, Obama opiera się na Timie Geithnerze, sekretarzu skarbu, który zawsze pracował w administracji, i Lawrensie Summersie, który poza epizodem w funduszu hedgingowym pracował albo jako wykładowca, albo urzędnik. - Nie chodzi o to, że są wobec nas wrogo nastawieni, tak naprawdę są bardzo przyjaźni - mówi jeden z doświadczonych lobbystów. - Ale po prostu nie rozumieją, w jaki sposób działamy.
Tak wyglądają zarzuty. Jednak sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, a oskarżenie równie pełne dziur jak ustawy, które krytykują liderzy biznesu. Wielu ekonomistów utrzymuje, że firmy wstrzymują się z inwestycjami z powodu braku popytu, a nie niepewności co do regulacji.
Profesor Jeffrey Sonnefeld z Uniwersytetu Yale wskazuje na paradoks, jakim jest to, że wspólnota biznesowa protestuje przeciwko nadaktywności administracji, a jednocześnie prosi ją o pomoc - co zresztą Obama zrobił w zeszłym roku, wprowadzając pakiet stymulacyjny i tworząc fundusz ratunkowy dla banków. Rząd zapewnia również długoterminowe wsparcie takim sektorom, jak rolnictwo, przemysł obronny i lotniczy. - Jeżeli chcą, by władze robiły dla nich więcej, nie mogą się skarżyć na "wielki rząd" - mówi.
Trudno odmówić mu racji. W niedawnym wystąpieniu Seidenberg przekonywał, że krokiem, który może ustabilizować gospodarkę, byłoby obniżenie deficytu. Jednocześnie wymienił pięć priorytetów - w tym zwiększenie wydatków na infrastrukturę i edukację oraz ulgi podatkowe dla biznesu - które zwiększyłyby krótkoterminowy deficyt.
Jak na ironię, wysocy rangą urzędnicy Obamy zgodziliby się z większością tych sugestii. W wywiadzie udzielonym "Financial Timesowi" Seidenberg przyznaje, że różnice polityczne nie powstrzymują firm od współpracy z Białym Domem. - Nie prowadzimy wojny z administracją Obamy - mówi. - To najbardziej otwarty Biały Dom, z jakim miałem do czynienia w ciągu 15 lat w Verizonie. Możemy skutecznie współpracować, jak w przypadku reformy zdrowotnej. Chcielibyśmy widzieć ten sam poziom współpracy przy ustawie o rynkach kapitałowych, reformie podatkowej i na innych obszarach.
Obrońcy Białego Domu wskazują też na szerszy kontekst zwycięstwa Obamy po kampanii, w której obiecywał ukrócić korporacyjne ekscesy epoki Busha. Nawet krytycy przyznają, że jego mandat obejmuje ograniczenie swobody działania Wall Street. - Firmy mówią, że Obama nie rozumie biznesu - zauważa jeden z zewnętrznych obserwatorów. - Ale czy biznes rozumie demokrację? Czy rozumieją rolę, jaką odegrali w tej klapie?
Ponieważ bezrobocie jest wciąż niemal dwucyfrowe, a opinia publiczna zniecierpliwiona, Demokraci mogą przegrać listopadowe wybory uzupełniające. Firmy też nie mają łatwo. Jednak jeżeli jakaś część USA przeżywa odrodzenie, jest to sektor prywatny.
Zyski wzrosły w tym roku o 36 proc. W ubiegłą środę JP Morgan ogłosił, że w drugim kwartale prawie podwoił zysk w porównaniu z rokiem poprzednim, do 4,8 mld dol. Producent aluminium Alcoa i wytwórca mikroprocesorów Intel ogłosili równie imponujące rezultaty. - Z gospodarki płyną pozytywne sygnały - mówi Jarrett. - Ale bezrobocie pozostaje za wysokie. I nie spoczniemy, dopóki nie zacznie spadać.
W przeciwieństwie do Roosevelta Obama nie jest znienawidzony przez większość liderów biznesu. Jednak jego partia budzi niechęć coraz większej liczby zwykłych Amerykanów. To im, a nie Amerykańskiej Izbie Handlu prezydent będzie musiał poświęcić uwagę w nadchodzących burzliwych miesiącach.
@RY1@i02/2010/142/i02.2010.142.000.0015.001.jpg@RY2@
Fot. Pete Souza The White House
Nawet krytycy amerykańskiego prezydenta przyznają, że jego mandat obejmuje ograniczenie swobody działania Wall Street
Tłum. TK
© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved
Edward Luce
Francesco Guerrera
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu