Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Rynek wina: czysta gra podaży i popytu, bez spekulacji

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Rządzi się czysto ekonomicznymi prawami podaży i popytu. Bez wirtualnych transakcji, spekulantów i obaw o załamanie sprzedaży

Rynek wina inwestycyjnego ma w sobie coś z dawnych giełd towarowych, na których kupcy handlowali towarem znajdującym się na składzie na obrzeżach miasta, a za kupiony towar płacono od ręki gotówką. Podaż uzależniona jest przede wszystkim od natury, tj. urodzaju w danym roku i prawnie ustalonych limitów oraz popytu, który ma w efekcie zaspokoić potrzeby konsumpcyjne, a nie inwestycyjne czy służyć spekulacji.

Podaż win inwestycyjnych jest ściśle limitowana. Poszczególne winnice nie mogą wyprodukować rocznie więcej towaru niż wynosi ich określony prawnie limit. I tak, dla Lafite Rothschild, największej winnicy spośród tzw. First Growths (Lafite, Latour, Margaux, Mouton, Haut Brion) wynosi on zaledwie 22 tysiące 12-butelkowych skrzynek rocznie. Natomiast winnica uznawana przez wielu koneserów za producenta najlepszego wina na świecie - Petrus - dysponuje rocznym limitem produkcji w wysokości jednie 3 tysięcy skrzynek.

Mało tego, ta niewielka podaż z upływem czasu systematycznie maleje ze względu na stałą konsumpcję. W rezultacie podaż win określonego rocznika jest z każdym mijającym miesiącem mniejsza. To dla inwestującego w ten towar fakt nie do przecenienia.

Wzrost popytu na rynku wina wiąże się przede wszystkim z rosnącą liczbą zamożnych konsumentów. W ostatnich latach liczba milionerów najdynamiczniej wzrasta w Chinach i Rosji, stad właśnie te rynki (w szczególności chiński) są dla popytu na najlepsze gatunki wina najważniejsze. Wzrost na rynku chińskim jest tak dynamiczny między innymi dlatego, że mamy do czynienia z jednoczesnym wzrostem zarówno ekstensywnym (rośnie liczba konsumentów i kolekcjonerów), jak i intensywnym - rośnie spożycie wina na głowę mieszkańca.

Na rynku wina karty rozdają konsumenci - udział podmiotów niezainteresowanych konsumpcją (czyli inwestorów) szacować można na jedynie 20 proc. Pozostałą część obrotów generują bezpośrednio konsumenci i kolekcjonerzy oraz pośrednio podmioty obsługujące konsumentów, tj. hotele, restauracje czy handlarze winem.

Taka struktura rynku zabezpiecza go przed bańką spekulacyjną. Codziennie cena poszczególnych win jest pozytywnie testowana przez tych, którzy kupują wino, aby je wypić. Każda butelka wina będzie prędzej czy później wypita. To cecha unikatowa dla aktywów inwestycyjnych.

Giełda Liv-ex, stanowiąca najważniejsze miejsce zakupów i sprzedaży win dla inwestorów, miała w 2010 roku obroty w wysokości 50 mln funtów szterlingów (w tym roku zapewne będzie to około 100 mln funtów). Dla porównania, w tym samym 2010 roku obroty na aukcjach, które stanowią podstawowe miejsce handlu pomiędzy kolekcjonerami i konsumentami, wyniosły 400 mln dolarów.

Jak na każdym rynku, także i na tym funkcjonują indeksy (najpowszechniej używane są indeksy regularnie publikowane przez giełdę Liv-ex z Londynu).

Na światowym rynku nie ma natomiast instrumentów pochodnych opartych na indeksach wina. Tym samym nie da się tu zabezpieczać pozycji, nie da się prowadzić działań charakterystycznych dla funduszy hedgingowych, nie można konstruować złożonych, lewarowanych produktów finansowych strukturyzowanych.

Wszystkie decyzje na tym rynku są podejmowane przez człowieka, a nie przez komputer czy odpowiedni algorytm. Zatem zapewnić można, że o ile funkcjonują na tym rynku inwestorzy (będący w mniejszości), o tyle na pewno nie ma na tym rynku spekulantów.

Skala obrotów na rynku wina jest wciąż niewielka. W 2010 roku obroty Liv-exu to 50 mln GBP, ale dzięki temu rynek ten jest nieatrakcyjny dla dużych graczy spekulacyjnych. Nie ma tu także podmiotów o poza-ekonomicznych kryteriach decyzyjnych (jak np. banki centralne grające na rynku złota).

Naturalne dla tego rynku są pewne wahania wartości indeksów i cen - tak jak płynny i zmienny jest popyt na poszczególne rodzaje wina, marki producentów czy roczniki. To naturalne. Ale w praktyce nie ma tu odwrotu od zasadniczego trendu - wzrostu popytu, a to w warunkach ograniczonej podaży w efekcie musi prowadzić do wzrostu ceny, a co teraz staje się niezmiernie ważne to niewielka korelacja tego popytu z kursem euro, czy poziomem oprocentowania niemieckich i greckich obligacji.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.