Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Stop loss albo krach

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Stop loss. Ten tajemniczy termin słychać nawet w warszawskich tramwajach. Oznacza "powstrzymaj stratę". Jest doskonale znany inwestorom, którzy próbują sił na foreksie, czyli rynku walutowym. Oznacza narzędzie, które można uruchomić w każdym momencie trwania zakładu na rynku giełdowym czy walutowym. W stop loss jest wyposażona niemal każda obecna na polskim rynku platforma elektroniczna do zawierania transakcji. Niestety jest chyba rzadko stosowane, bo w 2011 r. 82 proc. graczy inwestujących na rynku foreks poniosło stratę - podał kilka miesięcy temu KNF.

A dlaczego stosowanie tego narzędzia jest niezbędne, pokazuje seria przypadków z ostatnich dni. Od wielu miesięcy czy nawet kwartałów pisze się i mówi o tym, że zmienność na rynkach jest większa niż kilka lat temu. Ale jak duża? Oto przykłady.

5 października indeks S&P CNX Nifty grupujący 50 największych i najbardziej płynnych spółek na giełdzie Bombaju w ciągu ośmiu sekund zanurkował o 16 proc., co oznaczało, że stracił na wartości 58 mld dol. - o czym skwapliwie doniosły wszystkie najważniejsze serwisy ekonomiczne na czele z Bloombergiem. W wyniku tego zdarzenia notowania wszystkich indyjskich spółek zostały zawieszone na 15 minut. Przyczyną krachu było wysłanie na giełdę 59 błędnych zleceń przez firmę maklerską Emkay Global. Wprawdzie na koniec feralnego dnia wyszło na to, że indeks spadł tylko o 0,84 proc., ale zapewne wielu niefrasobliwych inwestorów mających otwarte kontrakty terminowe na ten indeks bez uruchomionego stop lossa straciło niemal cały kapitał zgromadzony na rachunku maklerskim. W przypadku tak dużych wahań ceny aktywa, na które opiewa kontrakt, uruchamia się bowiem tzw. margin call, czyli automatyczna realizacja strat chroniąca przed pojawieniem się debetu na rachunku.

Eee tam, raz się zdarzyło - powie laik. A jednak: w ostatnim czasie było więcej podobnych przypadków dynamicznej zmiany ceny. Dwa dni wcześniej, jak przypomniał po indyjskim krachu Huffington Post, na rynku Nasdaq akcje firmy Kraft Foods Group podrożały podczas pierwszej minuty notowań o blisko 30 proc. I tym razem przyczyną były błędne zlecenia jednego z brokerów. A kilkanaście dni temu, zwrócił uwagę Investment Week, baryłka ropy potaniała w ciągu kilku minut o 4 dol., czyli kilka procent. Najbardziej spektakularne tego rodzaju zdarzenie miało miejsce w maju 2010 r., kiedy to tzw. flash crash przecenił największe amerykańskie spółki o 862 mld dol., bo indeks Dow Jones spadł w ciągu kilku minut o 9 proc.

Indyjski ośmiosekundowy krach doprowadził nie tylko do wydrenowania portfeli inwestorów. Zmobilizował też władze giełdy do tego, by wystąpić do regulatora rynku o zmianę dopuszczalnych wahań cen akcji. Nieoficjalne informacje agencji Bloomberg mówią, że widełki dla 216 największych i najbardziej płynnych spółek mogą zostać obniżone z 20 proc. do 9 proc. Oczywiście może to doprowadzić do utraty zainteresowania części inwestorów spółkami indyjskimi, ale to już nie nasz problem. W Warszawie od dawna obowiązują odpowiednio wąskie widełki. Czyli nie tak źle z naszymi instytucjami, jak to się przedstawia.

@RY1@i02/2012/199/i02.2012.199.00000060d.801.jpg@RY2@

Piotr Rosik dziennikarz działu branże i firmy

Piotr Rosik

dziennikarz działu branże i firmy

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.