Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Koniec taniego raju

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 25 minut

Od zawalenia się fabryki odzieży w Bangladeszu, w której zginęło ponad 1,1 tys. osób, upłynęło już ponad pół roku, ale w azjatyckim raju producentów ubrań wrze. Od miesięcy trwają strajki, co w końcu może doprowadzić do znaczącej podwyżki płac

Ogień rozprzestrzeniał się szybko, zajmując kolejne pomieszczenia, budynekpo budynku. Blisko 200-osobowa załoga próbowała uciec z fabryki Aswad, tłocząc się na wąskich klatkach schodowych i wyskakując przez okna. Dziesięć osób zginęło. Październikowy pożar był największym, ale niejedynym wypadkiem, do jakiego doszło w Bangladeszu od czasu, kiedy w kwietniu zawaliła się 8-kondygnacyjna fabryka Rana Plaza, grzebiąc pod gruzami ponad 1,1 tys. osób. Tamta nauczka poszła na marne: tylko w pożarach, jakie wybuchły w innych fabrykach w tym roku, mogło zginąć już kilkaset osób.

Będzie jak w rodzinie

Bangladeskie przepisy dotyczące warunków pracy robotników przemysłu odzieżowego są jasne: pomieszczenie, w którym szyte są ubrania, powinno mieć dwa wyjścia ewakuacyjne. Pracownicy powinni siedzieć w określonej odległości od siebie, co ma pozwalać na sprawne poruszanie się w przestrzeni budynku, klatki schodowe powinny być utrzymywane w czystości.

W fabryce Saifura Rahmana to martwe prawo. Z pomieszczeń można wyjść tylko przez jedne drzwi, robotnice potrącają się łokciami na swoich stanowiskach, na stopniach schodów leżą resztki jedzenia, co zmusza wszystkich poruszających się po budynku do zachowania ostrożności nawet przy normalnym poruszaniu się między kondygnacjami. Rahman nie traci jednak rezonu. - Te wszystkie globalne marki, których ubrania szyjemy, nie zawsze zdają sobie sprawę z mojego istnienia - mówi. - Często wierzą, że ich odzież powstaje w odległych, wielkich fabrykach. Tych, w których akceptowali warunki bezpieczeństwa - dodaje.

Olbrzymia część zakontraktowanej przez "reprezentacyjne" fabryki produkcji trafia jednak do podwykonawców, zakładów takich, jak ten Rahmana. To one są kluczowe dla całej branży, bo funkcjonują dzięki bezkarnemu łamaniu standardów bezpieczeństwa: po kwietniowej tragedii w Rana Plaza dziennikarze AP dotarli do analizy bangladeskich inspektorów, z której wynikało, że olbrzymia większość takich zakładów jest w stanie działać dzięki m.in. adaptowaniu budynków mieszkalnych (niedostosowanych do pracy ciężkich maszyn) lub dobudowywaniu do zakładów kolejnych pięter (nie zważając na parametry wytrzymałości fundamentów).

O fabryce Rahmana mówi się za to, że jest "dobrze zmotywowana" - robotnice nie protestują ani w sprawie płacy, ani pracy. Ich szef przyznaje, że nie szafuje nadmiernie dniami wolnymi. - Wiedziałem, że piątki są wolne - przyznaje, nawiązując do muzułmańskiego dnia wolnego od pracy. - Ale o dniach wolnych na celebrowanie świąt lub festiwali nie wiedziałem - dorzuca. Z wypuszczaniem pracowników na chorobowe też nie przesadza.

Od wiosny w fabryce Rahmana wiele się zmieniło, niekoniecznie ku zadowoleniu właściciela. Podwyżki płac, cotygodniowe wizyty lekarza, sprawdzanie stanu gaśnic - wszystko to kosztuje miesięcznie dodatkowe 400 tys. taka (5,1 tys. dol.). Szef ma jednak wizję. - Pewnego dnia otworzę fabrykę pierwszej klasy - mówi. - Robotnicy, pracownicy biurowi i właściciel będą w niej żyć, jeść i wszystko robić razem. Będą tam mieszkania, sztuczne jezioro i mnóstwo parkingów. Będzie jak w rodzinie - deklaruje.

Wojna o 68 dolarów

Idylliczna "fabryka marzeń" bangladeskiego przedsiębiorcy nie powstanie prędko. Kij w szprychy ambicjom lokalnych biznesmenów wkładają związkowcy i obawiający się społecznego wybuchu politycy. Na początku listopada specjalna komisja rządowa zarekomendowała 77-proc. podwyżkę płac minimalnych - co oznacza kolejne, po programach bhp, obciążenie dla fabrycznych budżetów. Rekomendacja nie oznacza jeszcze decyzji ostatecznej, ale zarówno poparcie ministerstwa pracy, jak i szefowej rządu Szejk Hasiny jest niemal pewne. - Jest powszechnym oczekiwaniem wszystkich robotników, że premier zainterweniuje w tej sprawie i podniesie płace - twierdzi jeden z liderów związkowców, Roy Ramesh Chandra. Nic dziwnego, Hasina już raz wstawiła się za robotnikami, gdy trzy lata temu przez kraj ogarnął podobny konflikt.

Jeśli urzędnicy przeforsują projekt, przeciętny robotnik będzie zarabiał co najmniej 5,3 tys. taka miesięcznie. To równowartość 68 dol., wciąż mniej niż w rywalizujących o względy odzieżówki Wietnamie czy Kambodży, mniej nawet niż w największej szwalni świata: Chinach. Ale przeforsowanie projektu komisji może nie zakończyło sporu - strajkujący domagali się podniesienia pensji do 8 tys. taka (102 dol.). Również przedsiębiorcy z tej branży nie zamierzają składać broni. - Będziemy apelować do rządu, żeby wziął pod uwagę nasze możliwości i nie podejmował decyzji na podstawie emocji czy politycznych korzyści - zapowiada dyplomatycznie Arshad Jamal Dipu z Bangladeskiego Stowarzyszenia Producentów i Eksporterów Odzieży (BGMEA).

Biznesmeni mają w sporze kilka mocnych argumentów. Podwyżki mogłyby dobić branżę, która ma strategiczne znaczenie dla kraju. Przemysł odzieżowy odpowiada za 80 proc. eksportu - a w tym roku wyprodukowane tam towary osiągną łączną wartość 22-24 mld dol. Nad Zatoką Bengalską działa 5 tys. fabryk (z tego ok. 2 tys. ma bezpośrednie kontrakty z odbiorcami ubrań, reszta to podwykonawcy) - to dwa razy więcej niż w Indonezji czy Wietnamie. Pracuje w nich 4 mln ludzi, w większości kobiet. Co więcej, przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch dekad branża powiększy się czterokrotnie.

Tyle że w ślad za rozwojem branży nie idzie zyskowność. Ubrania na świecie - w Bangladeszu również - ostatnio staniały. Jak twierdzi amerykański ekonomista Forrest Cookson, średni zwrot z inwestycji w fabrykę w tym biednym kraju w ciągu ostatnich pięciu lat spadł z 50 do 20 proc. W warunkach Bangladeszu oznacza to bezlitosne cięcie wydatków, płac, łamanie wymogów bezpieczeństwa, niemal niewolniczą pracę i desperackie poszukiwanie kapitału.

Nieoficjalnie więc w Dhace mówi się, że lokalni właściciele fabryk spróbują przerzucić część kosztów związanych z podwyżkami płac na zamawiających. Według rozmaitych źródeł ceny usług mogą zostać podniesione od 5 do 15 proc. w stosunku do dotychczasowych cen. W przypadku małych zakładów, takich jak fabryka Rahmana, usługi mogą zdrożeć nawet o 30 proc. Zachodni odbiorcy, przynajmniej oficjalnie, nie mają nic przeciwko temu. - Płace to jedna z tych spraw, które są na szczycie naszej listy priorytetów, jeśli chodzi o poprawianie sytuacji w przemyśle odzieżowym - komentowała dyskusję w Bangladeszu Helena Helmersson, menedżer w firmie H&M. - Zachęcamy rząd Bangladeszu, by potraktował kwestię płac minimalnych w taki sposób, by potrzeby robotników zostały spełnione - sekundował jej Kevin Gardner, rzecznik innego klienta bangladeskich manufaktur, Wal-Martu.

Dzwonię do pana w trudnej sprawie...

Ale to mogą być jedynie pozory jednomyślności - straszą sceptycy. Po tragedii Rana Plaza, gdy o fatalnych warunkach w zakładach nad Zatoką Bengalską napisały wszystkie gazety świata, przedsiębiorstwa odzieżowe z całego świata walczą o swój dobry wizerunek. Stąd mnożą się inicjatywy takie jak projekt nowojorskiej firmy Tau Investment Management, która chce zainwestować po 50 mln dol. w każdą z dużych bangladeskich fabryk, by zapewnić tam standardy bezpieczeństwa pracy, ochrony środowiska i wysoką wydajność. "Kapitalistyczne rozwiązanie dla pomyłek kapitalizmu", jak reklamują swój projekt nowojorczycy, może być jednak zbyt kosztowne dla większości firm z branży.

To jednak dopiero początek długiej listy projektów pomocowych. Pod koniec października jedna z największych brytyjskich sieci handlowych, Primark, zapowiedziała, że przedłuży o kolejny kwartał pomoc dla rodzin ofiar wypadku w Rana Plaza. Kilka tygodni wcześniej sieć Marks & Spencer zawiadomiła, że wraz z organizacjami pozarządowymi rozpocznie program monitorowania warunków pracy w południowoazjatyckich fabrykach - ma on polegać na wywiadach prowadzonych bezpośrednio z robotnikami przy użyciu telefonów komórkowych. Wal-Mart, Inditex, Gap i dziesiątki innych przedsiębiorstw zapowiadają zwielokrotnienie prowadzonych w fabrykach audytów i inspekcji.

Tyle że wizerunek to jedno, a bilans rachunków - drugie. - Równanie jest proste: gdzie zleceniodawcy znajdą niską cenę, tam pójdą - podkreśla prezes BGMEA Mohammad Atiqul Islam. - Oni nie przyszli do Bangladeszu, bo lubią nas czy nasze jedzenie - kwituje lapidarnie. Nie będą się też cackać ze swoim wizerunkiem, gdy koszty produkcji pójdą w górę. Z perspektywy BGMEA potencjalny scenariusz wydarzeń wygląda następująco: z powodu wyższych płac minimalnych oraz kosztów podwyższenia standardów bezpieczeństwa w kłopoty wpadają podwykonawcy. Oznacza to, że wykonawcy - te 2 tys. firm z kontraktami z zachodnimi partnerami - muszą zmniejszyć przyjmowane zamówienia, bo zawalą terminy. W efekcie spadnie wydajność, wzrosną ceny - i w końcu globalne koncerny odzieżowe po cichu uciekną z Zatoki Bengalskiej do innych krajów, które mają coś do powiedzenia w tej branży.

Potencjalnych chętnych na miejsce Bangladeszu nie brakuje, choć kraj ten ma wciąż dwa atuty: możliwość bezcłowego eksportu na rynek Unii Europejskiej (czego mogą jedynie pozazdrościć rywale z Chin czy Indii) oraz niskie płace. 3 tys. taka - obecna płaca minimalna - to jakieś 39 dol. miesięcznie. Dzięki nadgodzinom robotnik jest w stanie wycisnąć 54 dol., ewentualnie dochodzą do tego dodatki, np. z okazji muzułmańskiego Święta Ofiarowania. Ale i o te dodatki trudno: na początku października w jednej z fabryk robotnicy trzymali w zamknięciu menedżera, dopóki "premia na święta" nie została im wypłacona.

Być drugim Bangladeszem

Na razie, jak wynika z sierpniowych badań Międzynarodowej Organizacji Pracy, to stawka dwukrotnie niższa niż w innych krajach Azji Południowej i aż czterokrotnie niższa niż za Wielkim Murem. Problem w tym, że obecna podwyżka jest drugą w ciągu ostatnich trzech lat - i mało kto się spodziewa, że bangladescy związkowcy na tym poprzestaną. Zachodnie koncerny narzekają też na nagminne przekazywanie produkcji podwykonawcom, dominację grup interesu w tamtejszej polityce, nieformalne rządy armii w specjalnych strefach eksportowych.

Co więcej, Bangladesz należy do nielicznych państw - obok Chin - w których wyższe wynagrodzenia w przemyśle zostały zaakceptowane przez władze, by podkręcać wewnętrzną konsumpcję - gdzie płace nieznacznie, ale jednak rosną. Za plecami Bangladeszu czają się Meksyk, Filipiny, Tajlandia, Kambodża, Dominikana, Salwador, Gwatemala czy Honduras. Jak wynika z badania przeprowadzonego wspólnie przez think tank Center for American Progress oraz organizację Just Jobs Network, we wszystkich wymienionych państwach, nawet jeśli dochodziło do podwyżek, to - po uwzględnieniu inflacji - siła nabywcza robotników spadała. W pięciu kolejnych krajach - Indiach, Peru, Indonezji, Wietnamie i Haiti - podwyżki pokryły koszty inflacji. W tym zestawieniu tylko chińscy robotnicy zatrudnieni w przemyśle odzieżowym zarabiali w 2011 r. lepiej niż w 2001 r.

- Najbardziej kłopotliwym wnioskiem z tego raportu jest to, że nawet w krajach takich jak Bangladesz czy Kambodża, gdzie płace są najniższe i najmniej odpowiadają potrzebom robotników, poziom wynagrodzeń wręcz zmalał w ciągu dekady - komentował Ben Hensler, jeden ze współautorów raportu i jeden z szefów Worker Rights Consortium. Bangladesz wkrótce może przesunąć się w tym zestawieniu z pierwszej do drugiej grupy. A zachodni zleceniodawcy być może pogratulują związkowcom zwycięstw, ale rychło przerzucą swoje zainteresowanie na inne kraje.

Proces już się zaczął. H&M rzekomo już poszukuje nowych wykonawców zleceń w Etiopii. Levi Strauss przeniósł do innych krajów azjatyckich niemal całą produkcję dżinsów. Walt Disney całkowicie zabronił produkcji ubrań z wizerunkami gwiazd wytwórni nad Zatoką Bengalską. Z decyzją wycofania się z Bangladeszu nosi się też od wiosny Wal-Mart. - Są co najmniej dwa miejsca, do których gigant mógłby się udać: Kambodża ze średnią stawką 29 centów za godzinę i Wietnam ze stawką 55 centów za godzinę. To oznaczałoby, że koszty pracy pójdą w górę, ale będą temu towarzyszyć oszczędności wynikające z lepszej dostępności infrastruktury w tych krajach - komentował amerykański "Businessweek". Sąsiedzi Bangladeszu już liczą zyski. - Mam nadzieję, że Indie będą mogły przejąć wolumen produkcji wartości miliarda dolarów - szacował po tragedii w Rana Plaza A.S. Sakthivel, szef państwowej Komisji Promocji Eksportu. - Po tych wszystkich wypadkach możliwe jest, że presja zmusi firmy odzieżowe do szukania nowych dostawców - sekundował mu Ken Loo, sekretarz generalny kambodżańskiego Stowarzyszenia Producentów Odzieży. Cóż, natura nie znosi próżni.

Jeśli urzędnicy przeforsują projekt, przeciętny robotnik będzie zarabiał co najmniej 5,3 tys. taka miesięcznie. To równowartość 68 dol.

@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.00000180a.803.jpg@RY2@

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.