Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Czy Chiny są odporne na kryzys?

Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Niemal gwarantował, że wzrost gospodarczy Chin utrzyma się w 2009 roku na poziomie ponad 8 proc. Dla znękanych recesją słuchaczy - globalnych przywódców politycznych i biznesowych - słowa Wena były jak miód na rany. Czy jednak chiński rząd dysponuje narzędziami, potrzebnymi do utrzymania odporności gospodarki na kryzys? Może - ale wcale nie jest to pewne.

Pogłębiająca się recesja dusi sektor eksportowy w Chinach, jak zresztą w całej Azji. Najpilniejszy problem stanowi niedostępność kredytu, odczuwalna nie tyle w Chinach, ile w Stanach Zjednoczonych i w Europie, gdzie wiele małych i średnich firm importujących nie może uzyskać kredytów handlowych, potrzebnych na kupno zapasu towarów z zagranicy.

W efekcie kwitnące niedawno przybrzeżne rejony Chin wyglądają dziś jak miasta-duchy, bo dziesiątki tysięcy zwolnionych pracowników spakowały swoje węzełki i wróciły na wieś. Są również informacje, że z koreańskiej dzielnicy Pekinu do domu wyjechała chyba z połowa jej 200-300 tysięcy mieszkańców - głównie robotników (z rodzinami), opłacanych przez koreańskie firmy, produkujące w Chinach towary na eksport.

Dysponując prawie 2 bilionami dolarów rezerw zagranicznych Chińczycy naprawdę mają z czego sfinansować zarówno zwiększenie wydatków rządowych, jak i zapobieżenie wstrzymaniu pożyczek bankowych. Wielu czołowych chińskich analityków jest przekonanych, że rząd zrobi, co tylko można, żeby utrzymać tempo wzrostu powyżej 8 proc. W tym jest jednak pewien haczyk. Nawet jeśli w krótkim okresie takie postępowanie odniesie sukces, to tak znaczny zwrot w kierunku finansowania przez państwo doprowadzi w kilku następnych latach do spowolnienia wzrostu.

Mówiąc wprost, wcale nie jest oczywiste, czy te dodatkowe projekty infrastrukturalne warto budować, zwłaszcza że już dziś Chiny przeznaczają na inwestycje ponad 45 proc. swojego dochodu, a większość z tego idzie właśnie na infrastrukturę. To prawda, że na część chińskiego pakietu stymulacyjnego składają się pożyczki dla sektora prywatnego, udzielane za pośrednictwem ściśle kontrolowanego sektora bankowego. Czy jednak są powody, by wierzyć, że te nowe pożyczki pójdą na wartościowe projekty, a nie na te, których inwestorzy mają dobre koneksje polityczne?

Właściwie bowiem dotychczasowe sukcesy Chin wynikają z utrzymania równowagi między ekspansją sektora rządowego i prywatnego. Gwałtowny wzrost i tak już nadmiernej obecności państwa w gospodarce naruszy tę delikatną równowagę, prowadząc do wolniejszego wzrostu w przyszłości.

Dla Chin lepszym rozwiązaniem byłoby zastąpienie prywatnej konsumpcji amerykańskiej konsumpcją rodzimą, ale wydaje się, że tamtejszy system niezdolny jest do szybkiego przestawienia się w tym kierunku. A jeśli już inwestycje państwowe mają być kołem zamachowym, to lepiej przeznaczyć je na rozpaczliwie potrzebne drogi i szpitale, a nie „mosty donikąd” - o czym świadczy słynny przykład Japonii, która na początku lat 90. XX wieku podążała podobną ścieżką. Niestety, lokalnym władzom chińskim - które chcą być docenione wyżej - potrzebne jest osiągnięcie dobrej pozycji w ogólnokrajowym turnieju wzrostu. No a szkoły i szpitale nie dają szybkich wyników w postaci wpływów podatkowych czy tempa wzrostu, jakich wymaga dążenie do przyćmienia politycznych rywali.

Silne powody, by wątpić w trwałość chińskiego paradygmatu wzrostu gospodarczego, istniały jeszcze przed ujawnieniem się globalnej recesji. Degradację środowiska naturalnego dostrzegają nawet przypadkowi obserwatorzy. A ekonomiści zaczęli wyliczać, że jeśli Chiny miałyby utrzymać swoją fantastyczną stopę wzrostu, to wkrótce ich udział w gospodarce światowej stałby się za duży na to, by mogły utrzymać tempo wzrostu eksportu z ostatnich lat. Zwrot ku zwiększeniu konsumpcji krajowej był więc tak czy owak nieunikniony. Globalna recesja spowodowała po prostu, że ten problem pojawił się kilka lat wcześniej.

Ciekawe, że Stany Zjednoczone stoją wobec wielu podobnych wyzwań. Przez całe lata USA osiągały szybki wzrost gospodarczy, ponieważ nie zwracały uwagi na różnorodne problemy, od stanu środowiska naturalnego po infrastrukturę i opiekę zdrowotną. Zajęcie się tymi brakami w tych dziedzinach spowodowałoby, że - nawet bez kryzysu finansowego - wzrost gospodarczy w USA byłby zapewne wolniejszy.

Nie chcę przez to powiedzieć, że problemy USA i Chin są takie same. Jedno z ważniejszych wyzwań przyszłości stanowi znalezienie sposobu dopasowania do siebie oszczędności w obu krajach, zwłaszcza ze względu na ogromną nierównowagę w handlu, która - zdaniem wielu - leży u źródeł kryzysu finansowego.

O tym wyzwaniu przypomniano mi niedawno, kiedy to jeden z chińskich badaczy wyjaśniał, że mężczyźni w Chinach czują się obecnie zobowiązani oszczędzać po to, żeby móc znaleźć narzeczoną. W tym samym tygodniu mój były student - który właśnie stracił lukratywną posadę w sektorze finansowym - mówił mi, że nie ma żadnych oszczędności, bo randki w Nowym Jorku są bardzo kosztowne! Wprawdzie te społeczne odmienności mają niewielki związek z kursem wymiany yuana na dolara, ale też się liczą.

Tak czy inaczej, kryzys finansowy prawdopodobnie znacząco ograniczy tempo wzrostu gospodarczego Chin w średnim okresie. Czy jednak przywódcom tego kraju uda się ustabilizować sytuację w krótkim okresie? Mam nadzieję, że tak, choć byłbym co do tego bardziej przekonany, gdyby plan stymulacji gospodarki - zamiast opierać się na strategii wzrostu takiej samej, jak w ciągu minionych trzydziestu lat - był w większym stopniu ukierunkowany na krajową konsumpcję prywatną, na ochronę zdrowia i na edukację.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.