Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Irlandczycy przejedli swoje osiągnięcia

Ten tekst przeczytasz w 29 minut

Irlandię bezceremonialnie przebudzono z noworocznego kaca. Najpierw było wprowadzenie zarządu komisarycznego w firmie Waterford Wedgwood, do której należą znane marki kryształów i porcelany. Potem Dell - jeden z najważniejszych inwestorów zagranicznych w kraju - oznajmił, że zamyka fabrykę komputerów w Limerick, a produkcję przenosi do Polski.

Był to podwójny szok dla gospodarki, która i bez tego zmaga się z rosnącym bezrobociem, kryzysem bankowym i narastającym deficytem budżetowym. Dziś, po trwającym ponad dekadę okresie wzrostu - kiedy to Irlandia prześcignęła swoich unijnych partnerów - wielu komentatorów zastanawia się, czy również niegdysiejszy „celtycki tygrys” skazany jest - jak niektóre z państw UE - na długi okres pogorszenia sytuacji gospodarczej. W irlandzkich kręgach finansowych krąży dziś gorzki dowcip: „Jaka jest różnica między Islandią a Irlandią? Jedna litera i mniej więcej sześć miesięcy”.

Kryzys, wobec którego stoi premier Brian Cowen i jego koalicyjny rząd, bywa porównywany z kryzysem z lat 80. XX wieku, kiedy to - jeszcze przed reformami ekonomicznymi, które stworzyły podstawy do późniejszego odbicia gospodarczego - nastąpił czterokrotny wzrost długu publicznego. - Znajdujemy się albo w 1982 roku, gdy została już postawiona diagnoza, ale nie było politycznej woli podjęcia działań, albo w roku 1987, kiedy politycy wreszcie odpowiednio do tej diagnozy podeszli - mówi Alan Barrett, główny ekonomista w Instytucie Badań Społecznych i Gospodarczych w Dublinie.

Odwoływanie się do lat 80. - dekady, w której co piąty Irlandczyk nie miał pracy, gdy wyemigrowało 10 proc. mieszkańców i gdy najwyższa stawka podatku dochodowego wynosiła 70 proc. - wywołuje ogromny oddźwięk wśród krajowych polityków. - Upadek nie jest nieunikniony, ale nasza sytuacja gospodarcza jest poważna i wymaga działań - mówi Don Thornhill, szef rządowej agencji planowania gospodarczego Forfas.

W 2006 roku w Irlandii - kiedyś jednym z najbiedniejszych, peryferyjnych krajów Europy - poziom dochodu narodowego na mieszkańca był wyższy niż w pozostałych 27 krajach UE (prócz Luksemburga). Pomoc z unijnego budżetu, niskie opodatkowanie przedsiębiorstw oraz wynikający z dużej stopy urodzeń wzrost liczby ludzi w wieku produkcyjnym - to wszystko sprawiło, że Irlandia stała się głównym w Europie ośrodkiem zagranicznych inwestycji firm z USA. Był moment, gdy uważano, że co piąte z powstających w UE nowych miejsc pracy pojawia się w Irlandii.

Gospodarcze osiągnięcia z lat 90. dotyczą przede wszystkim wzrostu eksportu i przybliżania się kraju do unijnego poziomu dochodów na mieszkańca. W ostatnich paru latach wzrost gospodarczy napędzały jednak głównie inwestycje budowlane na wielką skalę oraz najniższe w historii stopy procentowe. Liam Brewer, dyrektor dublińskiej firmy przewozowej Cargocare i wiceprezes Irlandzkiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych, twierdzi, że obsesja na punkcie nieruchomości „wytworzyła w kraju złudne poczucie sukcesu”.

Na skutek boomu mieszkaniowego rządowe szkatuły puchły od wpływów podatkowych, a udział w nich podatku od nieruchomości wzrósł z 6,9 proc. w 1998 roku do 15,7 proc. w roku 2006. Gwałtownie rosły także wydatki rządowe, a zatrudnienie w sektorze publicznym od 2000 r. zwiększyło się o 40 proc. Jednak konsumenci niebezpiecznie się zadłużali: obecnie irlandzkie gospodarstwo domowe ma przeciętnie 36,5 tys. euro długu, dwa razy więcej, niż wynosi średnia w strefie euro.

W 2006 roku Bertie Ahern, ówczesny premier Irlandii, z zadowoleniem stwierdził, że „boom się wciąż nasila”. Tymczasem już wtedy powinna pojawić się korekta. Gdy przeszła, zaskoczenie stanowiło jedynie tempo, w jakim zmniejszała się liczba oddawanych do użytku nowych mieszkań: w 2006 było ich 88 tys., a szacunki za ubiegły rok mówią o niespełna 30 tys. Progności nie byli na to przygotowani, rząd - nie inaczej. - Błędem było interpretowanie zjawiska rzadkiego tak, jakby występowało stale - mówi Phillip Lane, profesor makroekonomii w Trinity College uniwersytetu w Dublinie.

- Agenci od nieruchomości mogą mówić, co chcą, ale większość tabliczek „Na sprzedaż” wisi tu od sześciu czy siedmiu miesięcy. Na tych nowych osiedlach człowiek czuje się jak w mieście duchów - mówi John Walsh, który w Tralee (hrabstwo Kerry) prowadzi rodzimą firmę obuwniczą. - Nikt nie wie, co przyniosą następne miesiące - dodaje.

Równie pesymistycznie nastrojona jest Liu Qin, która w 2001 roku przeniosła się z Szanghaju do Dublina, gdzie wraz ze swoim chłopakiem Fengiem pracuje w restauracji Unicorn. - Wracam do kraju. Jaki sens tu zostawać? Feng dostaje teraz z napiwków mniej niż 10 euro. A żyje się tu drogo - mówi.

Irlandia już we wrześniu, jako pierwszy kraj UE, znalazła się w tzw. technicznej recesji (tak określa się dwa kolejne kwartały ujemnego wzrostu). Wtedy to irlandzki rząd, zaniepokojony stanem krajowych banków, zignorował zastrzeżenia innych krajów UE i zagwarantował w całości 440 mld euro zobowiązań sześciu krajowych instytucji finansowych.

Gdy władze zaczęły oceniać skutki załamania na rynku nieruchomości dla finansów, Brian Lenihan, minister finansów, przyspieszył (z grudnia na październik) prezentację zmian w budżecie - co natychmiast skłoniło emerytów i nauczycieli do wyjścia na ulice w proteście przeciwko planowanym cięciom wydatków.

Pod koniec grudnia minister Lenihan znów zajął się kryzysem w bankach, ogłaszając dokapitalizowanie ich kwotą 5,5 mld euro: obejmuje ona budzącą kontrowersje pomoc (1,5 mld euro) dla Anglo Irish Bank, który zaledwie parę dni wcześniej przyznał się, że przez osiem lat nie ujawniał udzielania 87 mln euro osobistych pożyczek dla swojego prezesa (okresowo przenosił je do innego irlandzkiego banku).

Przekonanie o niekompetencji władz w połączeniu z narastającą niepewnością co do nieuchronnych cięć w służbach publicznych spowodował spadek ocen rządu do najniższego w historii poziomu. Ruairi Quinn, były minister finansów i były przywódca Partii Pracy, stwierdził niedawno, że Brian Lenihan „zupełnie nie dorasta do swoich zadań”.

Również międzynarodowi inwestorzy wystawiają Irlandii złe oceny. W obejmującej 16 państw strefie euro tylko Grecja ma gorszy rating kredytowy, który wiąże się z wyższymi kosztami zaciągania pożyczek na rynkach międzynarodowych.

Ostatnio Standard & Poor's obniżył - ze stabilnej na negatywną - perspektywiczną ocenę irlandzkiego długu, ostrzegając, że może obniżyć także rating zadłużenia państwowego. Premier Cowen musiał natomiast dementować informację, iż ostrzegł związki zawodowe, że jeśli kryzys będzie się pogłębiał, kraj może być zmuszony zwrócić się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Co złego się stało? Mary Mc Aleese, prezydent Irlandii, twierdzi, że kraj został „zjedzony przez konsumpcjonizm”. - W jakimś momencie zaczęliśmy uważać, że odroczona nagroda nas nie zadowala. Chcieliśmy ją dostać natychmiast - i sądzę, że za tę radykalną zmianę podejścia płacimy naprawdę ogromną cenę - mówiła podczas wykładu w USA.

Obecnie przewiduje się, że deficyt finansów publicznych wyniesie w 2009 roku 9,5 proc. produktu krajowego brutto - i to przy założeniu, że planowane reformy dadzą 2 mld euro oszczędności wydatków. Bez tych oszczędności sięgnąłby, według wyliczeń rządu, 10,5 proc. w 2009 roku, a do roku 2013 utrzymałby się na poziomie 11-13 proc. PKB.

Żeby taki deficyt sfinansować, rząd musi zaciągnąć pożyczki, które mogą spowodować wzrost relacji zadłużenia do PKB z 24,7 proc. w 2007 roku do ponad 80 proc. Taki wzrost stopnia zapożyczenia nie tylko pociągnie za sobą dużo wyższe koszty jego obsługi, ale może drastycznie zmienić podejście inwestorów do Irlandii.

Rząd ma przy tym ograniczone możliwości wyboru. Minister Lenihan mówił niedawno, że na krótką metę niewielkie są szanse wprowadzenia nowych podatków. Ekonomiści są jednak przekonani, że w średnim okresie podwyżki podatków będą musiały stanowić element uzdrowienia finansów publicznych.

Najczęściej uważa się, że w krótkim terminie główną metodą oszczędności będą cięcia publicznych wydatków płacowych. W ogłoszonym we wrześniu zeszłego roku porozumieniu płacowym zaleca się wprowadzenie na poziomie krajowym dziewięciomiesięcznego zamrożenia wynagrodzeń: w ciągu 21 miesięcy ma to dać 6 proc. oszczędności na tych wydatkach.

Enda Kenny, lider Fine Gaela, konserwatywnej partii opozycyjnej, twierdzi, że zamrożenie płac powinno być utrzymane do 2010 roku, ale zaznacza, że jej partia nie poprze propozycji cięć płac - z wyjątkiem tych, które przekraczają 100 tys. euro rocznie. Każdy ruch na rzecz ograniczenia zarobków zapewne wywołałby bowiem strajki pracowników sektora publicznego. Firma bukmacherska Paddy Power proponuje zakłady dotyczące tego, która grupa zawodowa pierwsza podejmie akcję strajkową.

Na to wszystko nakłada się kwestia odzyskiwania konkurencyjności przez Irlandię. Według zespołu analitycznego National Competitivness Council od 2000 do 2008 roku konkurencyjność Irlandii zmalała o 32 proc., głównie w efekcie większych niż u jej głównych partnerów handlowych podwyżek płac oraz umocnienia się euro.

- Bez kolejnych działań, dotyczących problemu konkurencyjności, w Irlandii mogłoby się na wiele lat utrwalić dziedzictwo w postaci bardzo wysokiego bezrobocia - mówi John Fitzgerald, profesor w Instytucie Badań Gospodarczych i Społecznych.

Gdy gospodarka jest w marnym stanie, jeden ze sposobów jej pobudzenia stanowi dopuszczenie do spadku kursu walutowego. Irlandia - jako członek strefy euro - nie może jednak sięgnąć po tę metodę. - Tam, gdzie nie ma niezależnej waluty o swobodnie kształtującym się kursie, kłopoty gospodarcze odczuwa się na ogół poprzez inne mechanizmy cenowe, takie jak ceny aktywów i płace - mówi Michael O'Sullivan, szef działu alokacji aktywów w Credit Suisse Private Bank w Londynie.

Ekonomiści uważają, że skoro inflacja jest niska, płace powinny spaść nie tylko w ujęciu nominalnym, ale i w realnym. Przeprowadzenie tego będzie politycznie trudne. Ministrowie zgodzili się „oddać” 10 proc. swoich zarobków, a liczne firmy prywatne ogłosiły cięcia płac i likwidację premii. Rząd ma najwyraźniej nadzieję, że uda mu się wpłynąć na postawę związków zawodowych z sektora publicznego.

Wygląda bowiem na to, że jeśli w Irlandii do porozumienia nie dojdzie, to sytuacja musi się znacznie pogorszyć, zanim zacznie się poprawiać.

Po wybuchu globalnego kryzysu kredytowego wyszło na jaw, że irlandzkie banki są niedokapitalizowane i zbyt uzależnione od finansowania na rynku hurtowym. Nad bankami brytyjskimi i kontynentalnymi mają tylko tę przewagę, że nie kupowały toksycznych aktywów, związanych z rynkiem nieruchomości w USA - częściowo dlatego, że w kraju miały dosyć ryzykownych okazji. Wraz jednak z wejściem gospodarki w recesję zaczęto skupiać uwagę na jakości pożyczek, udzielonych przez krajowe banki. Szczególnie dokładnie analizuje się kredyty dla deweloperów, z których wielu zostało z niesprzedanymi mieszkaniami i działkami, które kupili za pieniądze pożyczone w okresie rynkowego szczytu. W ostatnich tygodniach Allied Irish Banks, Bank of Ireland i Anglo Irish znacznie zwiększyły rezerwy na ewentualne straty na kredytach. Rząd zgodził się zasilić te trzy banki 5,5 mld euro: ma to im umożliwić poprawę wskaźników kapitałowych i zapewnić jakąś rezerwę, jeśli będą musiały tworzyć kolejne odpisy. Inwestorzy zastanawiają się obecnie, dlaczego banki zniżają skalę zagrożonych kredytów mieszkaniowych. Analitycy sądzą, że skoro do końca 2009 roku bezrobocie ma wzrosnąć do 12 proc., ryzyko niespłacania tych kredytów rośnie i odpisy, i rezerwy powinny być większe.

dbe72a47-f970-4f49-8cf9-13573341b69e-38886027.jpg

Fot. Gideon Mendel CORBIS

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.