Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Biliony dolarów utopione na chińskiej prowincji

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Tylko niewielka część ogromnych sum wpompowanych w pobudzenie popytu wewnętrznego w Chinach przynosi efekty.

- Prawie jedna czwarta z 1,1 bln dolarów pożyczonych przez banki władzom lokalnym może nigdy nie zostać zwrócona - ostrzega w raporcie Chińska Komisja Regulacji Bankowych. Chodzi zwłaszcza o fundusze pożyczane na budowę nowych autostrad, dróg i mostów.

Pieniądze popłynęły na prowincję po 2008 r., gdy pogrążony w kryzysie Zachód ograniczył import z Chin. By zachować tempo wzrostu gospodarczego, Pekin postanowił inwestować w pobudzanie popytu wewnętrznego. Miały temu służyć tanie kredyty konsumpcyjne oraz pakiet nakręcania koniunktury poprzez wspieranie projektów infrastrukturalnych w całych Chinach. Modernizacja infrastruktury w regionach miała być wręcz kołem zamachowym uniezależniającym gospodarkę Państwa Środka od eksportu.

Szacuje się, że do końca 2009 r. Pekin wydał na ten cel ok. 13 bln juanów (ok. 2 bln dol.). Z powodu niskiej przejrzystości życia publicznego nie ma mowy o rozliczeniu się władz z tych projektów. Koncesjonowane media nie kwapią się, by nagłaśniać porzucone lub mało rozsądne projekty. Raport komisji regulacji bankowych stanowi pierwszy dowód, że plan pobudzania wzrostu za pomocą państwowej interwencji nie przebiega po myśli chińskich komunistów.

Chiny tylko z daleka przypominają sprawny, centralnie zarządzany monolit. W rzeczywistości partia komunistyczna próbuje godzić ogień z wodą, łącząc elementy centralnego zarządzania gospodarką z wymogami wolnego rynku. - Pekin zażądał, by władze lokalne wyłożyły 1/3 środków na inwestycje w ramach pakietu stymulacyjnego. Problem w tym, że zgodnie z prawem nie mogą się one zadłużać. W związku z tym na prowincji powstawały fikcyjne firmy, które brały kredyty na budowę dróg i mostów. Dziś nikt nie ma specjalnej ochoty spłacać ich zobowiązań - mówi nam Waltraud Urban, badaczka chińskiej gospodarki z Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Studiów Ekonomicznych.

Na dodatek chińska prowincja często nie słucha Pekinu, przysyłając jedynie raporty o wykonaniu planu gospodarczego, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.

Innym problemem są tarcia wewnątrz samej partii co do kierunku rozwoju gospodarczego kraju. Choć na zewnątrz komuniści prezentują się jako jedność, obserwatorzy chińskiej polityki mówią o frakcji pekińskiej i szanghajskiej. Ci pierwsi dążą do zrównoważenia rozwoju kraju za pomocą metod administracyjnych. Drudzy uważają, że więcej sensu ma dalsza liberalizacja gospodarki. Nawet kosztem równości społecznej.

Zdaniem obserwatorów jest zbyt wcześnie, by rozstrzygać, czy Chinom nie uda się wyjść z problemów bez wpadnięcia w ostrą recesję. By tego uniknąć, władze już zaczęły delikatne przekłuwanie bańki na rynku nieruchomości poprzez wprowadzanie ograniczeń w zakupie nowych mieszkań. Oba zjawiska mają ratować chińskie banki przed poważnymi tarapatami podobnymi do tych, które doprowadziły do wybuchu kryzysu w USA i Europie.

Gra toczy się o wysoką stawkę. Kryzysu mogliby nie przetrwać komuniści. Z pewnością wyjątkowo mocno odczułby go też świat.

@RY1@i02/2010/145/i02.2010.145.000.009a.001.jpg@RY2@

Fot. AFP

W Chinach nikt nie kwapi się do rozliczania władz regionalnych z mało rozsądnych projektów

Czerwień na chińskiej fladze ma od dawna już tylko symboliczne znaczenie. W rzeczywistości władze w Pekinie prowadzą ekonomiczny eksperyment łączenia komunizmu z kapitalizmem.

Zainicjowana w roku 1958 przez Mao Zedonga kampania społeczna mająca na celu przekształcenie Chin w potęgę opartą na centralnie zarządzanym przemyśle ciężkim. Jego symbolem stały się dymarki, w których Chińczycy przetapiali wszelkie metalowe przedmioty, by osiągnąć założone normy wytopu stali. Po czterech latach, gdy z głodu zmarło od 10 do 40 mln osób, kampanię zakończono.

Nauczony tymi doświadczeniami były towarzysz Mao Deng Xiaoping zerwał z socjalistycznym wzorcem rozwoju i rzucił hasło "nie ważne, czy kot biały, czy czarny, ważne, żeby myszy łapał". Od końca lat 70. zaczęto otwierać w Chinach specjalne strefy ekonomiczne mające dzięki obniżonym stawkom podatkowym i taniej sile roboczej przyciągać inwestycje. Ich napływ został zatrzymany po zdławieniu protestów na placu Tiananmen (1989), ale w latach 90. szybko odzyskał impet.

Ponieważ na tle prywatnych przedsiębiorstw i różnych form joint ventures większość przedsiębiorstw państwowych przynosiła straty, prezydent Jiang Zemin zaproponował w 1997 roku faktyczną prywatyzację części z nich. W 2000 roku Chiny jeszcze bardziej otworzyły się na świat kapitalizmu, dołączając do WTO, co ułatwiło im dostęp do światowych rynków zbytu oraz zapewniło środki na zakup amerykańskich papierów rządowych.

Rafał Woś

Karolina Romej

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.