Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Dwa kryzysowe eksperymenty

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Łotwa i Węgry obrały krańcowo różne drogi wyjścia z gospodarczej zapaści

Dwa małe kraje europejskie i dwa eksperymenty wychodzenia z kryzysu. Łotewski zgodny z wymaganiami MFW i gwarantujący polityczną śmierć rządu wprowadzającego go w życie. Węgierski - kwestionujący zalecenia funduszu, niezłomną wiarę w wolny rynek i dający nadzieję na utrzymanie się u władzy po kolejnych wyborach. Pierwszy zaczyna już przynosić rezultaty - Łotwa powoli wychodzi z kryzysu. Drugi ekonomiści dopiero obserwują. Obydwa przejdą do historii jako skrajne modele wyprowadzania postkomunistycznych państw na prostą po światowym kryzysie finansowym.

Trudno było wyobrazić sobie gorszy start. Gdy zaledwie 37-letni Valdis Dombrovskis obejmował w maju 2009 r. jako najmłodszy w historii Łotysz funkcję premiera, wszystkie wskaźniki pikowały. I choć nie ustrzegł kraju przed 18-proc. spadkiem PKB, zdołał uratować od zapaści finanse publiczne dzięki odważnym, ale wyjątkowo niepopularnym decyzjom. Łotysze nie uznają go jednak za męża opatrznościowego. Według niedawno przeprowadzonego sondażu Nowa Era, ugrupowanie, do którego należy Dombrovskis, może liczyć na poparcie zaledwie 5,1 proc. Łotyszy. Przy 5-proc. progu wyborczym może to oznaczać poważne problemy z wejściem do parlamentu.

Gdy ten młody ekonomista z doświadczeniem w Parlamencie Europejskim obejmował władzę, kraj wciąż leczył rany po dramatycznych zajściach w styczniu 2009 r. Zazwyczaj spokojna Ryga była świadkiem największych od upadku ZSRR zamieszek. Na ulicę wyszło 10 tys. Łotyszy. Przy uwzględnieniu różnicy wielkości to tak, jakby w Warszawie pod Sejmem zebrało się 170 tys. wściekłych na rząd manifestantów. I nie kryzys był główną tego przyczyną. - Gdyby rząd Ivarsa Godmanisa od początku spadków na giełdach nie wykazywał się taką arogancją i gdyby przy okazji nie wybuchło kilka skandali korupcyjnych, być może Łotysze spokojnie obserwowaliby rozwój wydarzeń w domach - mówił nam Talavs Jundzis, w latach 90. dwukrotny minister obrony Łotwy.

Później był już tylko gorzej. Władze w panice oszczędzały na wszystkim. Studenci siedzieli w kurtkach na uniwersytetach, bo wyłączono ogrzewanie. Jedna z największych uczelni ograniczyła tydzień zajęć do dwóch dni w tygodniu i podwyższyła czesne. - Przez ostatnie miesiące zimy 2009 r. kaloryfery grzały u nas tylko przez kilka godzin dziennie - opowiadała nam Irina Starkova z jednego ze stołecznych szpitali. W salach jednej z klinik temperatura spadła do 4 stopni Celsjusza. - Uczcie się na naszych błędach, abyście nie musieli przeżywać tak wielkiej tragedii... - apelowała w rozmowie z "DGP" blogerka Katya, która kryzysowi poświęciła specjalny internetowy dziennik. - Jesteśmy chorym człowiekiem Europy - kręcił głową ryski ekonomista Alf Vanags.

Błędy w wydaniu łotewskim polegały na bezrefleksyjnym zawierzeniu kredytom. Gdy kraj rozwijał się corocznie w tempie dwucyfrowym, wielu Łotyszy uwierzyło, że dobrobyt został dany raz na zawsze. Powszechne stało się zapożyczanie się przy każdej możliwej okazji, ludzie za nieswoje pieniądze trzy razy w roku jeździli na zagraniczne wakacje. Efekt był taki, że w 2008 r. co drugie gospodarstwo domowe było zadłużone. Zdaniem dziennika "Dienas Bizness" w sumie obywatele Łotwy byli winni bankom równowartość 120 proc. PKB. A same instytucje finansowe, należące często do drugorzędnych banków ze Skandynawii, stosunkowo łatwo popadły w poważne kłopoty. Rząd za symboliczne 2 łaty (11 zł) znacjonalizował Parex, największy bank w kraju. - Mam kilka kredytów na głowie i z przerażeniem patrzę, jak inni tracą pracę. Moje dzieci są już w Anglii, brat inżynier stracił niezłą pracę - opowiadała nam Inara Sudare, lokalna dziennikarka z 8-tysięcznego miasteczka Aizkraukle. Rzeczywiście: bezrobocie wzrosło niemal trzykrotnie i do dziś jest poważnym problemem. Z 23-proc. wskaźnikiem ludzi pozostających bez pracy Łotwa wespół z Hiszpanią znajduje się dziś na niechlubnym szczycie unijnych rankingów.

W pewnym momencie władze na serio zastanawiały się nad sięgnięciem po ultraliberalną koncepcję państwa minimum. Gazety powołując się na źródła w otoczeniu Dombrovskisa, pisały o możliwej likwidacji większości ministerstw i posłania ich pracowników na zieloną trawkę. - Po co nam całe MSW, skoro można po prostu podporządkować policję premierowi - zastanawiał się cytowany w lipcu 2009 r. przez rosyjskojęzyczny "Czas" anonimowy polityk koalicji.

Ostatecznie Dombrovskis nie posunął się do tak radykalnych kroków. Bojąc się wpadnięcia w spiralę zadłużenia, wdrożył zdecydowaną politykę zduszenia deficytu. Manko na rachunku obrotów bieżących, pod koniec 2006 r. liczące 27 proc., w pierwszym kwartale 2010 r. zniknęło całkowicie. Za dobry wynik zapłacili jednak obywatele przy kasach supermarketów. VAT podniesiono z 18 do 21 proc. Premier za punkt honoru postawił sobie jednak nie podwyższać podatku dochodowego, aby nie zadusić inicjatywy gospodarczej. Podatek dochodowy został nawet - tymczasowo - obniżony o z 23 do 21 proc.

Program pomocowy, podyktowany przez MFW w zamian za 7,5 mld dol. kredytu jeszcze za rządów Godmanisa, był ekstremalnie kosztowny społecznie: podwyższenie podatków, redukcje w budżetówce, obniżka emerytur o 10 proc. dla niepracujących emerytów i aż o 1/3 dla pracujących. W rezultacie liczba ludzi starszych osiągających własne dochody poza świadczeniem emerytalnym spadła o 42 proc.

O 57 proc. spadły wydatki na szpitale, drastycznie obniżono pensje lekarzom. W efekcie łotewska służba zdrowia jest dziś uznawana za najgorszą w Unii, a na dokładkę przez kraj przetoczyła się największa od 15 lat fala wirusowego zapalenia wątroby typu A, na które zachorowało 3 tys. ludzi. O połowę obcięto też wynagrodzenia w szkolnictwie wyższym.

- W takich krajach jak Niemcy premier Łotwy stał się prawdziwym wzorem determinacji w cięciu nadmiernych wydatków. W takiej sytuacji łatwiej było podjąć decyzję o udzieleniu pomocy - mówi "DGP" unijny komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski. Dombrovskis, chwalony przez rynki międzynarodowe, szybko jednak tracił poparcie we własnym kraju. "To ludobójstwo na własnym narodzie tylko po to, by sprostać ambicjom władz" - krzyczał "Dienas Bizness". Niezadowolenie społeczne wywołało tarcia w koalicji. Na październik rozpisano nowe wybory parlamentarne, które mogą skończyć się całkowitym przemeblowaniem sceny politycznej. Partiom dotychczas rządzącym grozi uzyskanie mało zaszczytnego miana opozycji pozaparlamentarnej, a na szczytach sondaży królują dziś... Rosjanie z Socjaldemokratycznej Partii Harmonia, na której czele stoi Janis Urbanoviczs, który w czasach sowieckich przez siedem lat stał na czele Komsomołu. - Dla nikogo nie jest tajemnicą, że rosyjskie partie na Łotwie wspiera Kreml. Wśród patriotycznie nastawionych Łotyszy wzbudza to poważny niepokój. Niestety, populizm łatwo się tu obecnie sprzedaje - mówi nam jeden z łotewskich urzędników międzynarodowych, proszący o zachowanie anonimowości.

Rosjanie na Łotwie to największy zwycięzca, a zarazem przegrany numer jeden kryzysu. Wśród tej stanowiącej 28 proc. mniejszości bezrobocie rosło najszybciej i zbliżyło się niemal do 40 proc. Gdy pracodawca miał do wyboru zwolnić etnicznego Łotysza i niemówiącego płynnie po łotewsku Rosjanina, wybór był oczywisty. Rosyjska mniejszość podniosła jednak głowę. Latem 2009 r. przełamała dotychczasową izolację i po raz pierwszy w historii jej przedstawiciel został merem stolicy.

Efektem łotewskiego eksperymentu będzie najpewniej wychodzący z kryzysu kraj z rosyjskojęzycznym premierem. I byłym szefem rządu Valdisem Dombrovskisem, którego lepiej będą wspominać światowe rynki finansowe niż mieszkańcy Łotwy.

Przejścia do historii w takim stylu za wszelką cenę chce uniknąć węgierski premier Viktor Orban. Sam o sobie mówi, że należy do klubu wojowników i nie zamierza kończyć na śmietniku historii. Właśnie dlatego wyprowadzając swój kraj z kryzysu, zamierza przeprowadzić eksperyment, na który krzywi się Bruksela, MFW i największe agencje ratingowe.

Niewielu jest w Europie polityków budzących tak skrajne emocje. Dla jednych jest populistą z przerośniętymi ambicjami. Inni przekonują, że tylko jego pomysły na gospodarkę pozwolą Węgrom wyjść z zapaści zafundowanej przez osiem lat rządów i rozdawnictwa postkomunistów.

Sam Orban swój plan nakreślił jasno. Idzie on zupełnie pod prąd trendom panującym w Europie. Z jednej strony wykorzystuje niechęć Węgrów do elit politycznych, balansuje na granicy populizmu, obiecując rząd tylko z ośmioma ministrami. Z drugiej zapowiada twarde negocjacje z MFW i UE o utrzymanie wysokiego deficytu budżetowego, nie zwracając uwagi na wydarzenia w Grecji czy Portugalii. Pierwsza część planu Orbana nie interesuje inwestorów, od których w dużej mierze zależy poprawa sytuacji na Węgrzech. Druga jest wnikliwie obserwowana przez rynki od pierwszych dni jego rządów.

Szef rządu jednoznacznie zakwestionował politykę gospodarczą swoich poprzedników, która była ściśle uzgadniania z MFW. Jak zapewniał w wywiadzie dla "DGP", planuje obniżenie podatków, co ma pociągnąć za sobą wzrost gospodarczy i w konsekwencji zmniejszyć bezrobocie. Następnym krokiem będzie wojna z bankiem centralnym. Premier oskarża jego prezesa Andrasa Simora o zbyt ostrożne cięcie stóp procentowych, co przedłuża recesję. Kolejne posunięcie to uspołecznienie gospodarki, w której nie ma miejsca na "dyktat rynku".

Na zarzuty o brak realizmu w polityce gospodarczej ma jedną odpowiedź. - Monetaryści mówią, że moje pomysły to populizm. Jestem realistą. Udowodnię to - zapewniał w wywiadzie dla "DGP" jeszcze przed zwycięstwem w wyborach. Dodawał, że ma w zanadrzu złoty środek, który pozwoli Węgrom na szybki rozwój. Ma nim być rozprawienie się z szarą strefą, która według jego szacunków wytwarza 25 proc. PKB.

Problem jednak w tym, że nie dają temu wiary ani MFW, ani UE - najważniejsi wierzyciele Węgier. Zapowiadane zwiększenie do 6,5 proc. PKB deficytu budżetowego oznacza ryzyko zerwania współpracy z funduszem, który zaleca jego redukcję do poziomu... 3,8 proc. w 2010 r. (dla porównania średni deficyt budżetowy w Europie Środkowej wynosi 5 proc. PKB, a poprzedni rząd Gordona Bajnaia obiecał, że osiągnie wymagany przez MFW poziom 3,8 proc. PKB.). Orban na pytania, czy nie boi się zerwania z MFW, odpowiada: "Skoro otrzymaliśmy od nich pomoc, powinniśmy renegocjować jej warunki, i tak właśnie zrobimy. Nie podporządkujemy się dyktatowi, lecz wprowadzimy program gospodarczy, dzięki któremu będziemy traktowani przez międzynarodowe instytucje w sposób partnerski". Krótko po tych deklaracjach Fitch zagroził obniżeniem ratingu dla Budapesztu.

Zwiększanie deficytu budżetowego nie jest jednak największym problemem. Po ponad dwóch tygodniach od objęcia stanowiska premiera Orban wciąż zapewnia o reformach, obniżaniu podatków, walce z korupcją i redukcji administracji. Przekonuje, że rynek sam się nie reguluje, że potrzebna jest większa rola państwa w gospodarce. W rozmowie z nami rzucił hasło powołania banku kontrolowanego przez rząd, który będzie wspierał inwestycje węgierskiego biznesu. Precyzyjnych rozwiązań wciąż jednak brak. Jego bliscy współpracownicy komentują, że mimo konstytucyjnej większości w parlamencie coraz bardziej realny staje się scenariusz, w którym Orban reformator i wizjoner staje się jak jego poprzednik Bajnai skrupulatnym nudziarzem księgowym. Podobny scenariusz ma za sobą zresztą również znienawidzony przez Fidesz i uosobienie wszelkiego zła Ferenc Gyurcsany. W czasie swoich rządów doprowadził w 2006 r. do 9 proc. deficytu budżetowego, by później - w obliczu bankructwa państwa - w 2008 r. ciąć go do 3 proc.

Orban ma 2/3 głosów w węgierskim Zgromadzeniu Narodowym. Może zmienić konstytucję. Poprzez parlament wybrać prezydenta. Obsadzić najważniejsze stanowiska w państwie. Wcale nie jest jednak pewne, czy uda mu się najważniejsze - wyprowadzenie Węgier z zapaści.

@RY1@i02/2010/093/i02.2010.093.000.0014.001.jpg@RY2@

Fot. AFP/East News

Viktor Orban przekonuje, że potrzebna jest większa rola państwa w gospodarce

Zbigniew Parafianowicz

Michał Potocki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.