Grecy biorą się do reform, ale euro i tak się załamuje
Ateny nie chcą pomocy MFW, spodziewając się zbyt drakońskich warunków ze strony Funduszu - te słowa anonimowego greckiego urzędnika wystarczyły, aby kurs euro do dolara spadł wczoraj o 0,85 proc.
Nie pomógł nawet przedstawiony przez rząd Georgiosa Papandreu scenariusz reform.
Zamieszanie wybuchło, gdy agencja MNI zacytowała informatora z rządu w Atenach. Ujawnił on, że Grecja zamierza renegocjować porozumienie zawarte na ostatnim szczycie UE. - Środki (które narzuciłby MFW - red.) są zbyt ostre i mogą wywołać niepokoje społeczne i polityczne. Dlatego różni członkowie rządu są przeciwni wkładowi MFW - tłumaczył urzędnik. Zamiast tego Ateny wolałyby, aby pomocy udzieliła im wyłącznie Unia. Wypowiedź informatora potraktowano tym poważniej, że już wcześniej rzecznik rządu Jorgos Petalotis deklarował pod nazwiskiem, że władze będą dążyć do ulepszenia porozumienia z UE.
Depesza MNI wywołała burzę na rynkach - i to w przeddzień pierwszej wizyty ekspertów MFW w Atenach. Euro straciło do dolara 0,85 proc. Tzw. cena CDS, czyli płatny w skali roku procent wartości greckich zobowiązań, skoczyła z 344 do 400 punktów bazowych. Innymi słowy, wzrosło ryzyko, że władze nie będą zdolne do spłaty długów. 2,2 proc. straciła też ateńska giełda.
W ten sposób kilka zdań niepodpisanego urzędnika przyćmiło ostatnie zapowiedzi Papandreu w sprawie reform. Chodzi m.in. o otwarcie zawodów, do których dostęp jest ograniczony. Takich branż jest ok. 70 - nie tylko notariusze czy lekarze, ale i obsługa transportu morskiego między greckimi wyspami. Gdyby te zapowiedzi udało się zrealizować, zmniejszyłaby się też korupcja. Tajemnicą poliszynela jest bowiem fakt, że zdobycie koncesji bez łapówki w wielu zawodach jest niemal niemożliwe.
Otwarcie mogłoby dać ożywczy impuls gospodarce. Tegoroczny PKB spadnie o 2 do 4 proc., więc byłoby to zbawienie. Papandreu jest jednak świadomy, że pełna liberalizacja rynku pracy w tak krótkim czasie nie jest możliwa. Dlatego na pierwszy ogień pójdzie sektor transportowy. Efektem ma być obniżka cen, a to polepszyłoby sytuację producentów przegrywających konkurencję z resztą UE. Jak wyliczył "Handelsblatt", przewiezienie towaru tirem z Aten do oddalonych o 500 km Salonik kosztuje tyle samo, co przesłanie go trzykrotnie dłuższą drogą z Monachium do Aten. - Z naszych analiz wynika, że deregulacja sektora transportowego zwiększyłaby grecką produktywność nawet o 2,5 proc. - mówi nam Angelos Tsakanikas z ateńskiej Fundacji Badań Ekonomicznych i Przemysłowych.
Drugim filarem rządowych reform ma być przyspieszenie prywatyzacji. Ma ona przynieść nie tylko dodatkowe 2,5 mld na spłatę sięgającego już 300 mld euro zadłużenia, ale także uwolnić rząd od obciążeń ze strony nierentownych firm. Obecnie władze szukają inwestora dla OSE, czyli kolei państwowych. Konsorcjum przynosi budżetowi prawie 4 mln euro straty dziennie, a dochody ze sprzedaży biletów pokrywają zaledwie 1/4 pensji pracowników.
Głównym przeciwnikiem Papandreu jest czas. Nie chodzi tylko o przekonanie eurokratów, że rząd ma pomysł na zasypanie deficytu. - Rynki wciąż czekają na sygnał, że Grecja nie próżnuje - mówi nam Simon Tilford, główny ekonomista Centre for European Reform w Londynie. Tymczasem sprzeczne sygnały płynące z Aten tylko pogłębiają ich nieufność, przez co Grecji grozi czarny scenariusz upadku w spiralę zadłużenia i - mimo zaciskania pasa czy pomocy międzynarodowej - utraty wiarygodności kredytowej. Wtedy może mieć ona problem nie tylko ze spłatą samego zadłużenia, ale nawet przyrastających odsetek. Kłopoty Aten odbiją się zaś na kondycji gospodarki całej strefy euro. - Negatywne informacje o Grecji będą skutkować obniżaniem wartości wspólnej waluty - mówił Lutz Karpowitz z Commerzbanku.
Rafał Woś
Michał Potocki
dgp@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu