Ekonomiści potrafią wkurzyć
Nie ma żadnego sensu badanie kryzysów w XV w. w poszukiwaniu panaceum na obecny krach. A cały czas jest to robione
Janem Toporowskim
Czy książki ekonomiczne mogą wyprowadzić z równowagi?
Mogą. Nawet tak spokojnego człowieka jak ja. Dzieje się tak, zwłaszcza gdy książka jest z mojej działki i od razu widać, że jej zadaniem jest dowiedzenie fałszywej tezy.
Jakiś przykład?
Ostatnio takie wrażenie miałem przy okazji czytania głośnej książki autorstwa Carmen Reinhart i Kena Rogoffa "This Time is Different. Eight Centuries of Financial Folly" (Tym razem jest inaczej. Osiem wieków finansowej głupoty). I potem jeszcze ich jeszcze głośniejszego wspólnego artykułu "Growth in the time of debt" (Wzrost w czasach długu). Próbują udowodnić, że jak kraj przekroczy pewien poziom długu publicznego, zadłużenie zaczyna spowalniać wzrost gospodarczy. Im wyszło, że ta granica to 90 proc. PKB.
Praca Reinhart i Rogoffa zyskała rozgłos, o jakim większość autorów książek ekonomicznych może tylko pomarzyć. Ich teza o bezpiecznej granicy 90 proc. PKB stała się wręcz intelektualną podbudową realizowanych w większości zachodnich krajów programów ograniczania budżetowych wydatków. Do czasu gdy wiosną tego roku wybuchła afera excelowa.
Po prostu kilku innych ekonomistów sprawdziło ich wyniki i wytknęło im błędy w obliczeniach. Błędy, które podważały sens stawiania granicy zadłużenia właśnie na 90 proc.
Nie bądźmy tacy okrutni. Pomyłka w rachunkach każdemu się może zdarzyć.
Mam podejrzenia, że to było raczej podciąganie wyników pod założoną tezę i eliminowanie faktów niewygodnych. Ale jestem skłonny machnąć ręką i na tę pomyłkę, i na tezę o 90 proc. Bardziej denerwująca jest cała książka.
Dlaczego?
Widać w niej pewien zasadniczy błąd w pisaniu o ekonomii, a zwłaszcza o finansach. Polega to na tym, że bierze się jakieś zjawisko - w tym przypadku wysokie zadłużenie publiczne - stawia je w perspektywie historycznej i proszę, oto mamy wyjaśnienie problemu eksplozji długów publicznych pod koniec XXI wieku. Tym wyjaśnieniem jest kompletnie fałszywa teza o rzekomej skłonności władzy publicznej do rozrzutności. Mają tego dowodzić problemy z wypłacalnością królów Francji i Hiszpanii 800 lat temu, krajów rozwijających się w XIX i XX wieku oraz bogatego Zachodu w wieku XXI.
A nie dowodzą?
Absolutnie nie. Bo tym razem naprawdę jest inaczej. Zacznijmy od tego, że w XV-wiecznej Francji czy XVI-wiecznej Hiszpanii nie było kapitalizmu. Z państwowej kasy nie finansowano, tak jak dziś, dużej części gospodarki, tylko dwory królewskie albo wyprawy wojenne. Inną naturę miały też kryzysy finansowe. Aż do XX wieku problemy suwerenów z wypłacalnością tylko w niewielkim stopniu odbijały się na gospodarce. Było tak dlatego, że nie było produkcji finansowanej przez sektor bankowy na tę skalę co dzisiaj. Gdy więc król ogłaszał bankructwo, to owszem, banki miały kłopoty, czasem dotykało to handlu, ale produkcja pozostawała zupełnie poza tym schematem.
Czyli badanie historii kryzysów w ogóle nie ma sensu?
Można to robić, ale na tej podstawie absolutnie nie należy wyciągać żadnych wniosków dla dzisiejszych czasów. Nawet porównania z okresem międzywojennym są ryzykowne.
Jak to? Przecież dla wielu ekonomistów i polityków kryzysy 1929 r. i 2008 r. to zdarzenia bliźniacze. Sam szef Fedu Ben Bernanke nieraz szczycił się tym publicznie, że jako naukowiec badał dokładnie Wielką Depresję lat 30. i to pomaga mu w organizowaniu walki z obecną gospodarczą zapaścią.
Jeden z moich ulubionych ekonomistów Hyman Minsky miał wręcz obsesję Wielkiego Kryzysu i na długo przed krachem Lehman Brothers kreślił scenariusze powtórki tamtych wydarzeń. Mogę się z nim zgodzić co do tego, że może i mamy dziś te same objawy krachu co w latach 30. Ale cóż z tego, skoro dziś trzeba wskazać na inne przyczyny i inne konsekwencje. Przecież w latach 30. udział wydatków rządowych w PKB wynosił jakieś 20 proc., teraz w rozwiniętym świecie jest to 40-50 proc. Do tego o niebo bardziej rozwinięty jest sam system finansowy, który wykorzystuje zupełnie inne instrumenty. Tego nie da się porównywać. Owszem, miło jest poczytać o historii gospodarczej, nawet o ostatnich ośmiu stuleciach. Ale nie czyni nas to specjalnie mądrzejszymi. To brutalna prawda, ale z obecnym kryzysem musimy poradzić sobie sami. Doświadczenia poprzednich pokoleń nam nie pomogą.
@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.00000280a.802.jpg@RY2@
mat. prasowe
Jan Toporowski, profesor ekonomii i finansów Uniwersytetu Londyńskiego. Jego "Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego" została uhonorowana Economicusem 2013 - nagrodą dla najlepszej książki ekonomicznej opublikowanej na polskim rynku wydawniczym. Urodził się i wychował w Wielkiej Brytanii (jego rodzice osiedli na Wyspach w czasie II wojny światowej)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu