Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Tygrysy straciły kły

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 31 minut

Powtórka kryzysu, który spustoszył azjatyckie gospodarki w latach 1997-1999, to tylko kwestia czasu. I to niezbyt odległego

Niedzielny poranek na autostradzie między Delhi a miastem Dźajpur mógłby uchodzić za sielankowy, gdyby nie czerwone autko, które wyskoczyło znienacka przed jadącą tą trasą ciężarówkę. Kierowca samochodu zmusił szofera ciężarówki do zatrzymania się i, gdy tylko do tego doszło, wyskoczył w asyście dwóch towarzyszy z auta, oskarżając adwersarza o porysowanie wozu. Szofer dał się wciągnąć w pyskówkę: wysiadł z kabiny, by zobaczyć rzekome zniszczenia. W tej samej chwili dwaj pasażerowie czerwonego auta wskoczyli do ciężarówki i w ciągu kilkunastu sekund oba pojazdy zniknęły za horyzontem. Nie chodziło o ciężarówkę - tę policja odnalazła już kilka godzin później. Ale o jej ładunek: 40 ton świeżutkiej cebuli.

Brawurowy napad na indyjskiej autostradzie może wyglądać absurdalnie z punktu widzenia mieszkańców subkontynentu - sprawa jest poważna. Cebula jest nieodzownym składnikiem niemal każdej potrawy, warzywem kultowym. Tymczasem tylko w ciągu ostatniego roku jej ceny wzrosły ponad trzykrotnie i jak kwitują miejscowi, "dziś rzeczywiście wyciska łzy z oczu". Restauracje zaczęły skreślać z menu "talerze cebuli", indyjscy użytkownicy Twittera wypatrują informacji o wyprzedażach warzywa. Brzmi śmiesznie? Braki cebuli w sklepach doprowadziły w ciągu ostatnich trzech dekad do upadku dwóch rządów na subkontynencie, a ich następcy potrafili nawet przełamać swoją tradycyjną wrogość do Pakistanu, by łatać dziury w dostawach importem od zachodniego sąsiada. - Obecna sytuacja w oczywisty sposób może mieć polityczne konsekwencje - mówi, jak najbardziej poważnie, ekonomista CLSA Rajiv Malik. - Przecież nie da się zrobić curry bez cebuli - dodaje.

Problem w tym, że ceny cebuli to jedynie wierzchołek góry lodowej, na którą składają się wszystkie kłopoty państwa, które nie tak dawno temu aspirowało do roli nowego mocarstwa. Czynnikiem, który podbija ceny na subkontynencie, jest nieubłaganie słabnący kurs rupii - w sierpniu osiągnął on rekordowy poziom: za dolara Hindusi musieli zapłacić ponad 64 rupie. Mimo mniej lub bardziej dyskretnych interwencji banku centralnego niewiele się od tamtej pory zmieniło. Co gorsza, spora część analityków, zwłaszcza tych spoza Indii, wieszczy, że za kilka miesięcy za dolara trzeba będzie zapłacić nawet 100 rupii.

Indie więc zwalniają. Odnotowany w II kwartale wzrost gospodarczy rzędu 4,4 proc. PKB jest najniższy od 2009 r. Poszczególne branże donoszą o nadciągającej dekoniunkturze: produkcja przemysłowa i wydobycie surowców spadł, w pierwszym półroczu o kilka procent zmniejszyła się sprzedaż samochodów. Skokowo wzrósł za to import srebra - tyle że przy indyjskiej specyfice to sygnał kryzysowy: w jesiennym sezonie ślubów mieszkańcy subkontynentu obdarowują się złotą biżuterią. Słabnąca rupia i cła na złoto, podnoszone w tym roku już trzykrotnie, zniechęciły Hindusów do żółtego kruszcu. W jego miejsce zaczęli kupować srebro: od stycznia do sierpnia sprowadzono go ponad 4 tys. ton, to przeszło dwa razy więcej niż w całym 2012 r.

Nic więc dziwnego, że nastroje w Indiach dołują. - Nie chcemy brzmieć alarmistycznie, ale obawy o gospodarkę trudno podważyć - dyplomatycznie komentuje dane Chandrajit Banerjee, szef Konfederacji Indyjskiego Przemysłu. Inni w dyplomację się nie bawią. - Drugi azjatycki kryzys finansowy jest już w drodze. I nie przejdzie szybko - zagrzmiał kilka tygodni temu na łamach indyjskiego dziennika "The Economic Times" szanowany ekonomista i publicysta Swaminathan Aiyar. Jego zdaniem bezpośrednim impulsem do nadejścia krachu będą działania Fed. Amerykański bank centralny cały czas pompuje w rynek tani pieniądz, co prowadzi do słabnięcia rupii i odpływu zagranicznego kapitału. - Wszystkie azjatyckie kraje, ucząc się na doświadczeniach z lat 1997-1999, zbudowały olbrzymie rezerwy walutowe i wprowadziły płynne kursy wymiany. To czyni je bardziej odpornymi na wstrząsy, więc nie upadną, jak stało się to w 1997 r. Ale bez względu na to, bardzo poważnie ucierpią - kwituje indyjski analityk.

Uspokajająco próbowali za to zabrzmieć ekonomiści, którzy uczestniczyli w debacie dziennika "The Economic Times". Ich zdaniem kryzys wartości rupii prawdopodobnie dobiegł końca, tyle że inflacja, zwłaszcza w przypadku cen żywności, pozostanie wysoka. Będzie to dalej destabilizować finanse i spowalniać gospodarkę. Biorąc pod uwagę ucieczkę kapitału z subkontynentu, rządowi nie pozostanie nic innego, jak ciąć wydatki. Ale zaciśnięcie pasa może się okazać niemożliwe: już w przyszłym roku rządzący Indyjski Kongres Narodowy czekają wybory parlamentarne, mało kto spodziewa się więc reform.

Puste Państwo Środka

- Obecne spowolnienie chińskiej gospodarki odbywa się w sposób kontrolowany, nie ma powodów do obaw przed twardym lądowaniem - powiedział na początku tygodnia prezydent Chin Xi Jinping. - Całkowicie wierzę w przyszłość naszej gospodarki - dorzucił na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości. Jego zdaniem odnotowane w pierwszym półroczu 2013 r. tempo wzrostu rzędu 7,6 proc. PKB mieści się w prognozach rządu i jest wciąż najwyższe wśród największych globalnych gospodarek.

To prawda, choć słuchacze Xi musieli ją przyjąć z mieszanymi uczuciami. Według analiz Asian Development Bank wciśnięcie hamulców przez władze w Pekinie niekorzystnie odbija się na gospodarce całego regionu. Bank niedawno obniżył prognozy wzrostu PKB w całym regionie - z zapowiadanych wcześniej 6,6 proc. PKB do 6 proc. PKB. Eksperci najwyraźniej nie przywiązują wielkiej uwagi do zapewnień Xi o reformach, które mają doprowadzić do stworzenia stabilniejszych podstaw rozwoju, przede wszystkim opartych na popycie wewnętrznym. Za to zwracają uwagę na spadek obrotów handlowych z zagranicą, mniejszą produkcję przemysłową i słabnącą konsumpcję - mającą stanowić podstawę nowej chińskiej gospodarki. Fakt, że zapowiadany na ten rok wzrost PKB rzędu 7,5 proc. to najniższy wynik od 20 lat, też nie nastraja optymistycznie

W świetlane perspektywy wątpi nawet chiński biznes. Z badania nastrojów w branży usługowej przeprowadzonego we wrześniu przez Markit/HSBC wynika, że biznes stopniowo przestaje wierzyć w przyszłą koniunkturę. To, co napędzało dotychczas gospodarkę za Wielkim Murem - handel zagraniczny, inwestycje lokalnych władz w poszczególnych miastach i prowincjach, łatwo dostępne kredyty - zaczyna być przeszłością. W ramach reform Pekin chce ograniczyć przedsiębiorcom dostęp do pożyczek, drastycznie cięte są też wydatki lokalnych dygnitarzy, m.in. od lipca obowiązuje pięcioletnie moratorium na budowę nowych budynków rządowych. I nic dziwnego, lokalni włodarze poczynali sobie dotąd nie gorzej niż arabscy szejkowie. W niemalże prowincjonalnym Jinan powstał największy budynek municypalny w Państwie Środka: gigantyczny blok biurowy, którego nie powstydziłby się pekiński Komitet Centralny. W Ganzhou wzniesiono największą wieżę zegarową na świecie za jedyne 45 mln dol. Jednak fantazje goniących za prestiżem urzędników - poza marnotrawstwem środków publicznych i towarzyszącej przedsięwzięciom korupcji - miały też pozytywne skutki: napędzały koniunkturę rynkową i częściowo konsumpcję.

Teraz wszystko się zmienia. - W obecnej sytuacji gospodarka długo jeszcze nie wyjdzie z lasu, bo napędzają ją stare silniki: rządy w prowincjach i rynek nieruchomości - podkreśla Dong Tao, ekspert oddziału Credit Suisse w Hongkongu. - Oba sektory mają jednak problemy i w dłuższej perspektywie żaden nie jest w stabilnej sytuacji. Na dłuższą metę Chinom potrzebne są nowe motory wzrostu - kwituje. Konsumpcja wewnętrzna, na którą stawia administracja Xi, może się tu okazać złudną obietnicą. Choćby ze względów demograficznych: chińskie społeczeństwo błyskawicznie się starzeje. Już dziś w Państwie Środka jest 185 mln ludzi powyżej 65. roku życia (12 proc. całej populacji). Co czwarty z nich żyje poniżej granicy ubóstwa, z emerytury równej kwocie 10 dol. W 2053 r. grupa ta będzie liczyć 487 mln ludzi, czyli ciut ponad trzecią część populacji. I nic nie wskazuje na to, by chińscy seniorzy mieli zamiar oddać się na starość rozpasanej konsumpcji.

Ale ciemne chmury nad Chinami gromadzą się już dziś. Tak jak Indie borykają się z zakłóceniami w dostawach prądu, co odbija się na produkcji przemysłowej, tak za Wielkim Murem zaczyna brakować wody. Rosnące temperatury wywołują na przemian susze i powodzie, niszcząc uprawy - i wpływając m.in. na podwyżki cen żywności. Na dodatek kilka miesięcy temu Chińczycy opublikowali pierwszy od niemal dwóch dekad "spis powszechny" rzek w Państwie Środka. Jego lektura może wywoływać dreszcze: od lat 90. w kraju zniknęło 28 tys. rzek. To więcej niż połowa, bo Chińczykom zostało ich ok. 23 tys. Sytuacja pogarsza się z każdym rokiem, zarówno ze względów klimatycznych, jak i wskutek realizowanych z zapamiętaniem megaprojektów, od Tamy Trzech Przełomów począwszy, na wielomilionowych miastach widmach skończywszy.

A na wszystkim kładzie się cieniem bańka na rynku nieruchomości. Chińczycy bronią się przed porównaniami z sytuacją w USA. - W miastach o pierwszorzędnym znaczeniu wciąż jest znaczny popyt na lokale, w miastach o drugo- i trzeciorzędnym znaczeniu mogą być jakieś bańki. Ostrożnie obchodzimy się z tym problemem, analogie z USA są chybione - zapewniał pod koniec września były szef rady nadzorczej państwowego funduszu China Investment Corp. O problemie mówi się jednak od lat, w poszczególnych prowincjach powstają osiedla, nawet całe miasta, które zieją pustką - tymczasem zarówno w podejściu władz, jak i kupujących mieszkania zmienia się przerażająco niewiele. - Ceny domów rosną, więc raczej włożę swoje pieniądze w mieszkanie niż w giełdę - zapewniał dziennikarzy Bloomberga 30-letni Matthew Zhou, informatyk z Szanghaju. Wraz z żoną wydał zaoszczędzone ćwierć miliona dolarów na apartament z dwiema sypialniami w jednej ze wschodnich dzielnic miasta. Tyle że para nadal mieszka z rodzicami 30-latka, a mieszkanie stoi puste. Zhou liczy, że trend wzrostowy utrzyma się na tyle długo, że zaliczy na swojej inwestycji wysokie przebicie.

Tak samo kalkulują miliony innych mniejszych lub większych ciułaczy, a Pekin nie za bardzo wie, co z tym zrobić. - Rząd nie ma zamiaru ogłaszać nowej polityki w sprawie sektora nieruchomości, zanim nie znajdzie dobrego rozwiązania dla tego sektora. Odpowiada on za zbyt wielką część gospodarki - twierdzi Ding Shuang, ekonomista chińskiego oddziału Citigroup. Fakt, z danych Societe Generale wynika, że na rynku nieruchomości wypracowywane jest 20 proc. chińskiego PKB. - Ale Chiny dotarły już do tego momentu, kiedy nie mogą sobie pozwolić na to, by ceny domów swobodnie rosły - dorzuca.

Jeśli poprzednia ekipa w Pekinie wydawała się to rozumieć, to administracja Xi wybrała strategię na przeczekanie. Poprzedni premier Wen Jiabao tuż przed odejściem ze stanowiska zaostrzył politykę dotyczącą kredytów hipotecznych i naciskał na władze poszczególnych prowincji, by ograniczały rozbuchane inwestycje mieszkaniowe. Obecna ekipa nie kontynuowała jednak tych działań - i w sierpniu ceny były ok. 8,6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Przy słabnącym przemyśle i kulejącej giełdzie do sektora nieruchomości uciekają kolejni inwestorzy. Dla tych bogatszych liczy się szybko rosnący zwrot z zainwestowanego kapitału, dla biedniejszych nieruchomość to namiastka funduszu emerytalnego. - Dlatego właśnie ceny rosną nawet w sytuacji, gdy mieszkania stoją puste, a stawki za wynajem dołują - tłumaczy Liu Yuan z szanghajskiej Centaline Property Agency Ltd. Problemu nie kryją nawet ludzie z branży. - Definitywnie mamy do czynienia z bańką - potwierdził niedawno Wang Jianlin, szef największej firmy deweloperskiej za Wielkim Murem i, cóż za zaskoczenie, najbogatszy Chińczyk. - Ale ta bańka nie jest taka duża - dorzucił lekceważąco.

Żaden nie przyzna, że jest bankrutem

- Nie ma tu nikogo, z kim mógłby pan porozmawiać - poinformowała reportera Reutersa recepcjonistka Vietnam National Coffee Corporation, gdy ten zadzwonił z prośbą o komentarz. I nie chodziło o blokadę informacji. W biurach Vinacafe, nie tak dawno jednej z największych wietnamskich firm eksportujących kawę, z blisko setki pracowników zostało kilku. W kącie olbrzymiego pomieszczenia biurowego grają na swoich komórkach. Branża, która kilka lat temu wytwarzała 17 proc. spożywanej na świecie kawy i eksportowała towary za 3 mld dol. rocznie, dziś jest cieniem dawnej potęgi. Ze 127 firm tego sektora prawie połowa - 56 - zawiesiła działalność lub przebranżowiła się.

Powody tej mizerii można by długo wyliczać: złe zarządzanie, wysokie stopy procentowe, unikanie podatków, zaostrzanie polityki kredytowej. Przez ostatnią dekadę Wietnam rósł w błyskawicznym tempie, stojąc się rywalem Chin w walce o zagranicznych inwestorów i największe firmy świata. Zachłyśnięci nagłym sukcesem polityki doi moi (wietnamska wersja kapitalizmu) menedżerowie - zarówno niewielkich prywatnych firm, jak i państwowych korporacji - ustawili się w kolejce po kredyty bankowe, z których mieli zamiar finansować dalszą ekspansję. 20-punktowe oprocentowanie pożyczek nikogo nie odstraszało. Dzisiaj banki masowo zabierają to, co im zostało: towary, ciężarówki, nieruchomości, zaskórniaki. - Nikt nie przyzna, że zbankrutował - kwituje anonimowo kupiec kawowy z Ho Chi Min. - Bo jak zbankrutuje, nigdy nie będzie mógł wziąć kolejnej pożyczki z banku, jego firma jest skończona.

Pół biedy, kiedy chodzi o niewielkie prywatne przedsiębiorstwa. Jedne padły, inne zmienią profil działalności, jeszcze inne odrodzą się pod nową nazwą. W kłopoty wpędza niedoszłego azjatyckiego tygrysa grupa państwowych molochów. Z dostępnych danych wynika, że te firmy odpowiadają za 60 proc. wziętych w Wietnamie kredytów i połowę złych długów, jakie zaczęły ostatnio ciążyć sektorowi bankowemu. Rządzącym Wietnamem komunistom nie pozostało nic innego, jak spróbować zaadaptować rozwiązania z Europy - m.in. stworzyć "zły bank", który ma pozbierać niespłacalne kredyty z całego sektora Vietnam Asset Management Company.

Ale kryzys sektora bankowego to jedno, a przepływy finansowe - drugie. Łańcuszki długów potrafią wiązać dziesiątki firm, a jedno niespłacone zobowiązanie przewraca kolejne, jak kostki domina. W warunkach ostrej rynkowej konkurencji byłby to proces bolesny, ale też oczyszczający. W warunkach wietnamskich - państwowe firmy nie mogą upaść. Zadłużenie państwa jest szacowane na 50 proc. PKB - ale drugie tyle stanowią długi należących do niego przedsiębiorstw, co tylko utrudnia wyjście z impasu. Na dodatek rząd nie spieszy się z pozbywaniem się tego balastu: w zeszłym roku miały pójść pod młotek 93 należące do państwa firmy. Jak wynika z badań Banku Światowego, wyprzedaży udziałów doczekało się zaledwie 12.

Nic też dziwnego, że sąsiedzi Wietnamu i międzynarodowe organizacje gospodarcze są coraz bardziej zaniepokojeni sytuacją. - Dosyć duże znaczenie miałby proces wprowadzenia reform, które tutejszy rząd zapowiedział - ostrożnie komentuje Sanjay Kalra, przedstawiciel Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Hanoi. - Reformy strukturalne posuwały się wolniej niż ktokolwiek oczekiwał czy pragnął - dodaje. Ba, na szumnych zapowiedziach - m.in. restrukturyzacji państwowych firm i oczyszczenia systemu finansowego - na razie się skończyło. Już wiosną MFW obniżył też prognozy dotyczące wzrostu PKB - w tym roku ma on nie przekroczyć 5,2 proc. (wcześniej spodziewano się raczej 5,8 proc.). Analogiczny wzrost jest oczekiwany w przyszłym roku (wcześniejsze prognozy zakładały, że będzie to 6,4 proc.).

Najciemniej pod latarnią

Widmo krachu krąży jednak po całej Azji. Indonezja próbuje uporać się z szybko rosnącym deficytem bieżących obrotów, najgorszym od 1996 r. W Tajlandii rośnie zadłużenie: z danych banku HSBC wynika, że sięgnęło ono 180 proc. PKB. Teoretycznie Malezja czerpie znaczne zyski z wydobycia ropy - w praktyce służą one do utrzymywania koniunktury w sektorze nieruchomości i nakręcania wydatków konsumenckich, a jednocześnie handel zagraniczny tego kraju stopniowo zamiera: w tym roku znajdzie się po raz pierwszy od dekady na minusie. - Polityka luzowania polityki pieniężnej przez Fed doprowadziła do powstania potężnej inflacyjnej bańki w Azji - komentuje Kevin Lai, ekspert międzynarodowej firmy Daiwa Securities. - Zbrodnia została popełniona, teraz możemy jedynie próbować sobie poradzić z jej skutkami. W trakcie tego procesu będzie mnóstwo zniszczeń: gospodarstwa domowe będą musiały się wyprzedawać, zniknie wiele z nagromadzonych przez nas bogactw - wieszczy.

Z drugiej jednak strony, przemiany w większości krajów regionu miały bezprecedensowy charakter. Chiny tylko w latach 90. przerzedziły sektor publiczny, redukując liczbę firm państwowych z 10 mln do 300 tys. Dzięki reformom zapoczątkowanym na początku tej samej dekady przez obecnego premiera Indii - Manmohana Singha - wyrosły pierwsze gigantyczne koncerny z subkontynentu: imperia rodziny Tata, braci Ambanich czy znanego Polakom Lakshmiego Mittala. Jeszcze kilka lat temu Wietnam ustępował pod względem tempa wzrostu jedynie Chinom.

Dlatego i dziś są tacy, którzy wierzą, że dobra passa azjatyckich mocarstw wciąż trwa. - Rynek jest teraz oczywiście sparaliżowany swoistą paniką i z natury rzeczy nie zwraca uwagi na fundamenty tamtejszych gospodarek - kontruje Jan Dehn, szef londyńskiej firmy inwestycyjnej Ashmore Group. Dla niego oraz dla podobnych do niego inwestorów obawy konkurentów oznaczają wiatr w żagle. Dehn jest przekonany, że państwa azjatyckie zbyt wiele zrobiły przez ostatnie półtorej dekady, by teraz doświadczyć kolejnego krachu. Innymi słowy - kiedy inwestować, jak nie teraz, gdy wszyscy rywale oddają pole? W każdym z wymienionych państw wzrost gospodarczy będzie przekraczać poziom 5 proc. - a to wciąż znacznie więcej niż np. w Brazylii czy RPA, które do niedawna były pieszczochami międzynarodowych rynków, a teraz mogą liczyć co najwyżej na 2-proc. wzrost. - Wciąż inwestuję w pozycje, które w dłuższej perspektywie będą zwycięzcami tego zamieszania, jak firmy farmaceutyczne, spółki IT i wybrane banki wysokiej jakości - deklaruje Teera Chanpongsang z Fidelity Emerging Asia Fund. Cóż, jak mówi hinduskie przysłowie: "Cierpliwość, cnotę, przyjaciela i żonę można wypróbować tylko w niedoli". Być może do tego zestawienia warto dorzucić dziś i rynki.

Fed doprowadził do powstania inflacyjnej bańki. Zbrodnia została popełniona, teraz możemy próbować sobie poradzić z jej skutkami. Będzie mnóstwo zniszczeń: gospodarstwa domowe będą musiały się wyprzedawać, zniknie wiele z nagromadzonych przez nas bogactw - wieszczy Kevin Lai z Daiwa Securities

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000001400.802.jpg@RY2@

Kham/Reuters/Forum

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.