Przyszłość to zawsze ryzyko
Nicholasem Barrem
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.00000060a.802.jpg@RY2@
mat. prasowe
Nicholas Barr brytyjski ekonomista i znawca systemów emerytalnych związany obecnie z London School of Economics. W latach 1990-1992 był doradcą Banku Światowego odpowiedzialnym za reformę systemu wydatków zdrowotnych i emerytalnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Dał się wówczas poznać jako krytyk pospiesznej prywatyzacji emerytur. Odszedł ze stanowiska, gdy centrala BŚ podjęła decyzję o promowaniu takiego rozwiązania w całym regionie. Jest (razem z Peterem Diamondem) współautorem książki "Reformy systemu emerytalnego. Krótki przewodnik"
Polacy mogą teraz wybierać, czy zostawiają część swojej składki w prywatnych OFE, czy przenoszą ją w całości do państwowego ZUS. Jakimi kryteriami powinni się kierować obywatele, podejmując tę decyzję?
Po pierwsze niech każdy spojrzy choćby na koszty administracyjne, które ponosi w związku z funkcjonowaniem filara prywatnego.
Te koszty są znacznie niższe niż na początku.
Ale wciąż istnieją. Nawet jeśli fundusz emerytalny pobierze za swoją usługę, powiedzmy, 1 proc. przekazanej im składki, to w toku całej kariery uzbiera się z tego całkiem spora sumka. Co oznacza, że cała zaoszczędzona w tym filarze emerytura będzie o jakieś 20 proc. niższa, niż gdyby tej opłaty nie było. Jest jeszcze drugie kryterium, na które warto zwrócić uwagę.
Jakie?
Ryzyko. Przyszłość to generalnie niepewna sprawa. I nie ma czegoś takiego jak oszczędzanie bez ryzyka. Dotyczy to również oszczędzania na emeryturę. Kluczowe pytanie brzmi tutaj: w jaki sposób ryzyko jest podzielone w ramach systemu emerytalnego. Niestety prywatne indywidualne konta emerytalne mają to do siebie, że całe ryzyko spada tutaj na oszczędzającego. Inaczej niż w starym systemie solidarystycznym, gdzie obecnie pracujący płacą na obecnych emerytów. Podam przykład. W latach 2007-2008 wybuchł kryzys finansowy, który doprowadził do mniej więcej 20 proc. spadku aktywów prywatnych funduszy emerytalnych. Oznacza to, że ktoś, komu zdarzyło się akurat wtedy przechodzić na emeryturę, dostał emeryturę z indywidualnego konta niższą o taką właśnie wielkość. Tymczasem w systemie państwowym uderzenie w konkretnego pechowego emeryta było dużo niższe. Bo chroniły go automatyczne indeksacje. Ryzyko zostało więc rozłożone w sposób szerszy. Bardziej solidarny.
Ale w Polsce mamy system, w którym tylko mniejsza część składki emerytalnej trafia do OFE. Czy to samo w sobie nie ogranicza ryzyka?
To w niczym nie zmienia faktu, że w systemie emerytur prywatnych ryzyko jest rozłożone w mało rozsądny sposób. Dlatego gdy obserwowałem polską reformę reformy emerytalnej, od początku było dla mniej jasne, że obniżenie części składki przekazywanej do OFE nie jest rozwiązaniem długofalowym. Miała raczej dać czas potrzebny na przygotowanie takiego długofalowego rozwiązania.
Skąd u pana ta niechęć do prywatyzacji emerytur?
To nie jest żadna niechęć, tylko trzeźwe krytyczne spojrzenie. Prywatne konta emerytalne to jedna z odpowiedzi na problem starzenia się społeczeństw. Kryją się w nim pewne szanse. Ale nie można traktować ich jako "jedynie słusznego" rozwiązania. A tak niestety było.
Gdzie?
W Banku Światowym, a więc instytucji, dla której pracowałem na początku lat 90. Bank bardzo mocno zaangażował się wtedy w promowanie prywatyzacji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W tym również w Polsce. Oczywiście podejmując tę pracę, jeszcze o tym nie wiedziałem.
Jak to możliwe?
Bank Światowy poszukiwał konsultantów zajmujących się tematem emerytalnym. Czyli tym, co robiłem w London School of Economics przez większą część mojej kariery. Zgodziłem się im pomóc, wziąłem na uczelni dwuletni urlop i zacząłem jeździć do Polski w imieniu Banku Światowego. Na początku 1991 r. dostałem do zaopiniowania projekt reformy emerytalnej przygotowanej przez zespół Andrzeja Topińskiego (wówczas wiceprezesa NBP - red.). To w nim po raz pierwszy pojawiła się koncepcja prywatyzacji polskiego systemu emerytalnego. Wtedy wręcz według radykalnego modelu chilijskiego.
I jaka była pańska opinia?
Napisałem dla Waszyngtonu raport pod hasłem: interesująca propozycja, ale jeśli miałaby zostać przyjęta, to należy ją wprowadzić razem z radykalnym podniesieniem wydatków na zasiłki dla bezrobotnych i pomoc społeczną. Inaczej Polskę czeka społeczna katastrofa, bo tylko bardzo niewielu zdoła za pomocą takiego schematu uzbierać na godziwą emeryturę.
I jak zareagowała centrala?
Wtedy nie wiedziałem zbyt wiele o stosunkach panujących w Banku Światowym i myślałem, że oparta na zdrowym rozsądku konstatacja zostanie przyjęta za dobrą monetę. Zamiast tego doszło jednak do wielkiej awantury. Oni się zupełnie nie spodziewali, że ktokolwiek może kwestionować doskonałość rozwiązania prywatyzacyjnego dla takiego kraju jak Polska. Niespecjalnie się tym przejąłem, bo miałem ten komfort, że robienie kariery w Banku nigdy mnie nie interesowało. Dobrnąłem do końca kontraktu, przekonując, kogo mogłem, że rozwiązanie prywatyzacyjne to nie tylko same plusy. I wróciłem na uczelnię. Bank Światowy pozostał przy swoim. Popełniając dalej ten sam błąd. Przeceniano korzyści płynące z tej reformy. A jednocześnie lekceważono zagrożenia, które mogą się pojawić. Kilka lat później Polska miała już sprywatyzowane emerytury. Które teraz trzeba było reformować.
Załóżmy, że jest tak, jak mówicie - pan czy Peter Diamond (rozmowa obok). I że prywatyzacja emerytur to rozwiązanie mocno niedoskonałe. Czy to znaczy, że systemów emerytalnych w ogóle nie należy reformować?
Na pewno nie należy tego robić za pomocą rozwiązań szkodliwych. Wielu ludzi uważa, że prywatyzacja systemów emerytalnych pomoże przygotować się na zmiany demograficzne w zachodnich społeczeństwach. W tym twierdzeniu jest trochę racji. Ale jednocześnie jeszcze więcej fałszu. Bo prawdziwym rozwiązaniem problemu powszechnych emerytur nie są i nigdy nie będą aktywa finansowe. Tylko produkt narodowy. To na nim i tylko na nim może się oprzeć zdrowy system. Cała reszta to ledwie kosmetyka.
To co robić?
Rozwiązania są cztery. I tylko cztery. Rozwiązanie pierwsze to podwyższenie składek. Pozwoli mieć w systemie więcej środków. Rozwiązanie drugie: obniżenie wysokości emerytur. Wtedy pieniędzy wystarczy. Rozwiązaniem trzecim jest pozostawienie emerytur i składek na tym samym poziomie. Ale wtedy muszą być one wypłacane dopiero od późniejszego wieku. Co oznacza w praktyce podniesienie wieku emerytalnego. A czwarte: szybszy wzrost gospodarczy. Który pozwoli na finansowanie wyższych świadczeń mimo mniejszej liczby pracujących. To w tej puli szukać należy pomysłów na reformę. Za każdym razem dostosowując je do lokalnej specyfiki. Żaden z nich nie będzie skuteczny w wersji solo. Trzeba je z sobą mądrze zestawiać.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu