Kiedy w sanatorium źle się
dzieje
Pan Władysław z Płocka na
wyjazd do sanatorium czekał prawie dwa lata. Wreszcie
się udało. - Zamieszkałem w pokoju
dwuosobowym na niskim parterze, prawie w piwnicy. Pokoik
był wprawdzie ciasny i nieco obskurny, ale nie
przeszkadzało mi to. Zdenerwowałem się, kiedy
zobaczyłem, że stojące w holu obok recepcji
stolik i dwie sofy, które powinny być do dyspozycji
kuracjuszy, zajmuje pani handlująca odzieżą.
Zapytałem przechodzącą pracownicę
sanatorium, gdzie mogą usiąść pacjenci, i
usłyszałem, że na schodach - pisze pan
Władysław. Następnego wieczoru na sofie nie
siedziała już wprawdzie handlarka, ale jej miejsce
zajął brudny, kompletnie przemoczony pies. Nikogo z
obsługi to nie dziwiło, a kuracjusze dowiedzieli
się, że personel może reagować,
jeśli komuś się coś dzieje i potrzebuje
pomocy, a nie w sprawie psa. Kolejnego dnia ten sam bezdomny
pies biegał już między pacjentami w jadalni.
- Poszedłem więc do kelnerek, zajrzałem
do kuchni, gdzie kucharka paliła papierosa! -
pisze pan Władysław. W odpowiedzi na kolejną
interwencję u kierownika ten stwierdził, że
nic się przecież nie stało i że nasz
czytelnik jest utrapieniem dla personelu. - Gdzie mam
się poskarżyć na obsługę sanatorium?
- pyta rozżalony pan Władysław. Nie ma
najmniejszych zastrzeżeń do strony medycznej,
jednak niedbałość pracowników, brak
szacunku dla pacjentów, nieliczenie się z ich
potrzebami psuły efekty zdrowotne pobytu.