Koniec miesiąca miodowego
W USA rośnie zaniepokojenie ruchami administracji Donalda Trumpa. Nawet w republikańskich bastionach kongresmeni coraz częściej mierzą się z gniewem i rozczarowaniem wyborców.
Otwarte spotkania z wyborcami z okręgu to w USA dość bezpieczna dla polityków formuła. Większość w sali to na ogół zagorzali sympatycy. Jeśli pojawia się jakaś krytyka, to jest ona punktowa i łagodna. Spotkanie republikańskiego kongresmena Mike’a Flooda z Nebraski w ubiegłym tygodniu było jednak inne. Od samego początku przerodziło się we wzburzoną debatę pełną buczenia, głośno wyrażanych wyrzutów, a nawet oskarżeń o kłamstwa. Flood, reprezentujący okręg, w którym demokrata nie wygrał od lat 60. XX w., przez ponad godzinę mierzył się z krytyką, miał wyraźne problemy z odpowiedziami na pytania o Elona Muska, cła czy relacje z Ukrainą. – Mówi Pan, że wspiera NATO, że nie dopuści do cięć w Social Security, że popiera pan Ukrainę. Ale to tylko słowa, nie zrobił pan nic. Kiedy zacznie pan działać? – dopytywał jeden ze zgromadzonych.
Nie jest to epizod. To scenariusz, który się powtarza. Podobny przebieg miały spotkania republikańskich kongresmenów z wyborcami w Teksasie, Georgii czy Wisconsin. Doszło nawet do tego, że kierownictwo ugrupowania odradziło kongresmenom organizowanie rozmów z wyborcami w otwartej bezpośredniej formule, zalecając np. „wiece internetowe”. Jednocześnie najważniejsi politycy z prawej strony przekonują, że za wszystkim stoją związani z demokratami prowokatorzy. Republikański kongresmen Tim Burchett zalecał bardziej wnikliwe sprawdzanie gości pod kątem poglądów politycznych, prezydent Donald Trump obwiniał „płatnych awanturników”, a szef Izby Reprezentantów Mike Johnson mówił o „ludziach opłacanych przez Sorosa”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.