Cienka granica między demokracją walczącą a reżimem hybrydowym
Călin Georgescu – zdyskwalifikowany kandydat na prezydenta Rumunii i lider czegoś, co określa się mianem ruchu suwerenistycznego – jest politykiem prorosyjskim. Ma kontrowersyjne poglądy dotyczące szczepionek. Z sentymentem spogląda na tradycje faszyzującej Żelaznej Gwardii i rządy Iona Antonescu. Do swoich wyborców mówi jak mag albo kaznodzieja, który walczy z „demonem” ujawnionym „w jego ohydzie”.
To polityk również niebezpieczny z punktu widzenia funkcjonowania Rumunii w Bukareszteńskiej Dziewiątce (choć ten proatlantycki format, do którego należy także Polska, nie jest zbyt żwawy). Do tego ma fantastyczną wizję „geopolitycznej gry”, w której jego państwu udaje się odebrać Ukraińcom wielonarodowy, przyklejony do Delty Dunaju, Budziak. Jego poglądy to zbiór mitów i legend na temat tego, czym jest i czym była Rumunia. Program zaś stanowi szereg czarno-białych rozwiązań, które mają dać godność Rumunii powiatowej i Rumunii w diasporze, czyli wszystkim tym, którzy w latach dwutysięcznych pokończyli studia, ale z powodu bezrobocia, wszechobecnych układów, imposybilizmu państwa i bizantyjskiej korupcji musieli wyemigrować na zmywak do Wielkiej Brytanii, Włoch czy Hiszpanii.
Georgescu to populista. Ale cieszący się poparciem wyborców. Wygrał pierwszą turę wyborów prezydenckich zimą ubiegłego roku, lecz ją unieważniono. W niektórych sondażach miał szansę na sukces w powtórce zaplanowanej na maj. Jego sukces nie wynika jedynie z umiejętnego posługiwania się TikTokiem i nie stoją za nim rosyjskie pieniądze. System polityczny Rumunii „wypluł” Georgescu za to, że jest populistą, a nie za to, że złamał prawo. Bo jak do tej pory niczego mu nie udowodniono ani za nic nie skazano.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.