Trzecia lekcja trumponomiki
Dlaczego trumpowcy mają nabożny stosunek do ceł? Czy Ameryka nie przejedzie się na ich wprowadzeniu? I czy gorzej sytuowani wyborcy miliardera nie zawyją z wściekłości, gdy będą musieli płacić więcej za towary? To kilka kluczowych pytań dotyczących przyszłości największej gospodarki globu. A odpowiedzi na nie szukamy u Stephena Mirana, głównego doradcy ekonomicznego amerykańskiego prezydenta.
Argument krytyków nieliberalnej polityki ekonomicznej Trumpa głosi, że cła są złe. A złe są dlatego, że mają prowadzić do podwyżek cen importowanych dóbr, co uderzy w najsłabsze gospodarstwa domowe pod postacią inflacji. Na to trumpiści odpowiadają odesłaniem do lekcji z lat 2018–2019, kiedy trwała pierwsza wojna handlowa z Chinami. Wówczas cła na import towarów z Państwa Środka Trump podniósł do 17,9 proc. Czy ceny poszybowały wówczas w USA? Nie. Amerykański CPI, wskaźnik cen konsumpcyjnych, podniósł się w tym okresie z niecałych 2 proc. do lekko ponad 2 proc. Czyli właściwie wcale.
Miran tłumaczy to w sposób następujący, gdy silny gospodarczo kraj podwyższa cła, to poprawia się jego bilans handlowy. W rezultacie pojawia się presja na umocnienie narodowej waluty. I tak właśnie stało się w relacji dolara do juana (dolar poszedł w górę o 14 proc.). Co w zasadzie osłoniło cały wzrost cen importu z Chin. Oto cała tajemnica bezinflacyjnej wojny handlowej.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.