Czerwony Ed odcina się od trzeciej drogi Blaira
NOWY SZEF brytyjskich laburzystów krytykuje Tony’ego Blaira i Gordona Browna za wpędzenie kraju w finansowy kryzys. Związkowcy liczą, że dzięki niemu odzyskają wpływy
Czy przydomek "Red Ed" (czerwony Ed) jest tylko zgrabną grą słów ukutą przez media dla nowego lidera brytyjskiej opozycji Edwarda Milibanda, czy wyrazem ostrego skrętu Partii Pracy na lewo? Po pierwszym programowym przemówieniu wygląda na to, że raczej to drugie.
- Zastanawiacie się, jak to możliwe, że rządzący laburzyści nie potrafili zapobiec kryzysowi, dając przyzwolenie na deregulację rynków finansowych w zgodzie z interesami londyńskiego City? Doskonale was rozumiem - mówił wczoraj w Manchesterze 41-letni Miliband, który po sobotnim zwycięstwie w partyjnych wyborach został najmłodszym liderem laburzystów od II wojny światowej.
Jego słowa odebrano jako bezpośrednią krytykę Tony’ego Blaira i Gordona Browna, którzy przez 13 lat rządów Partii Pracy realizowali w Wielkiej Brytanii projekt tzw. trzeciej drogi, czyli godzenia socjaldemokratycznych pryncypiów z wymogami współczesnego kapitalizmu. Zwłaszcza w pierwszej fazie zaowocowała ona obniżeniem stawek podatkowych dla przedsiębiorców, poluzowaniem kontroli systemu bankowego i powierzeniem wpływowych pozycji w administracji ludziom z biznesowym doświadczeniem.
Odcięcie się Milibanda od ojców chrzestnych dzisiejszej Partii Pracy nie było dla nikogo zaskoczeniem. Wiadomo bowiem, że mający polskie korzenie polityk swoje zwycięstwo zawdzięcza poparciu udzielonemu przez sześć związków zawodowych, w tym największą na Wyspach centralę Unite. W ten sposób związkowcy są na najlepszej drodze do odzyskania wpływów, które utracili, gdy w 1994 roku przywódcą laburzystów został Tony Blair. - Ed od początku przedstawiał się jako kandydat partyjnych dołów, który odsunie od władzy blairowsko-brownowski establishment reprezentowany w partyjnych wyborach przez jego starszego brata Davida - mówi "DGP" Nicholas Allen, historyk Partii Pracy. Młodszemu Milibandowi nie zaszkodziło nawet to, że przez trzy ostatnie lata sam zasiadał w rządzie Gordona Browna.
Nowy szef laburzystów nie zamierza jednak opierać się tylko na partyjnej lewicy. W pierwszym wywiadzie po objęciu funkcji powiedział m.in., że uważa przypiętą mu przez media etykietkę "czerwonego Eda" za "męczące bzdury". Miał to być czytelny znak, że nie zamierza się odcinać od klasy średniej, której głosy między 1997 a 2010 rokiem trzykrotnie dały Partii Pracy wyborcze zwycięstwo.
Co tak naprawdę kryje się za wyborczą taktyką Milibanda, przekonamy się z pewnością już w ciągu najbliższych miesięcy: jutro prawdopodobnie zostanie podany skład gabinetu cieni, który przez najbliższe cztery i pół roku ma recenzować reformy gospodarcze, a zwłaszcza plan oszczędnościowy konserwatywnego premiera Davida Camerona.
We wcześniejszych wypowiedziach Miliband obiecywał wprawdzie, że nie będzie się ślepo sprzeciwiał wszystkim cięciom. Ale związek Unite już ogłosił, że nie zgadza się na tak daleko posunięte oszczędności, a Londyn może udźwignąć bez trudu nawet jeszcze większy dług publiczny. Jak zachowa się lider Partii Pracy, gdy Unite wezwie do strajku?
Na razie brytyjscy wyborcy są łaskawi dla nowego szefa opozycji. W najnowszym sondażu laburzyści wyprzedzili Partię Konserwatywną. Jednak zaledwie o jeden punkt - 40 do 39.
Wielka Brytania to niejedyny kluczowy kraj Europy, w którym do głosu dochodzi nowe pokolenie odnowicieli lewicy. Również w niemieckiej SPD trwa stopniowe odsuwanie ludzi związanych z byłym kanclerzem Gerhardem Schroederem, który pod koniec lat 90. do spółki z Tonym Blairem lansował koncepcję trzeciej drogi i przesunięcia socjaldemokracji w kierunku politycznego centrum. Od roku partią kieruje 51-letni Sigmar Gabriel, który w ostatnich miesiącach sprzeciwił się na przykład podwyższeniu wieku emerytalnego do 67 lat i ostro krytykował lansowane przez Angelę Merkel cięcia wydatków socjalnych. Jeszcze bardziej radykalna jest szara eminencja partii i jej sekretarz generalna, 40-letnia Andrea Nahles, która domaga się cofnięcia schroederowskich reform niemieckiego rynku pracy (poluzowanie ochrony pracownika) i państwa socjalnego (redukcja zasiłków dla bezrobotnych). Nowe przywództwo SPD opowiada się też za podwyższeniem podatków dla najbogatszych. Najstarsza niemiecka partia ma spore szanse na odzyskanie władzy po wyborach w 2013 roku. Obecne sondaże dają im do spółki z Zielonymi bezpieczną parlamentarną większość.
@RY1@i02/2010/190/i02.2010.190.000.011a.001.jpg@RY2@
Fot. EPA/PAP
Milibanda popierają największe związki zawodowe
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu