Płacimy wysoką cenę za rozrost terytorialny Unii
Dziś trzeba się układać z Chinami, Brazylią i Indiami. W negocjacjach musimy mieć mocne karty. Na razie naszym atutem jest tylko wspólna waluta - mówi " DGP" były szef Komisji Europejskiej
Na pewnym poziomie uprawiania polityki słowo "kryzys" staje się chlebem powszednim. Kiedy obserwuje się Unię z gabinetu szefa Komisji Europejskiej, zawsze wszystko wygląda jak plac budowy. Problemy wybuchają jeden po drugim. Nie ukrywam, że ich gaszenie jest zadaniem fascynującym.
W dzisiejszej Europie nie ma hegemonów. Nawet przywódcy największych krajów Unii muszą iść na kompromis. Oczywiście mogą więcej niż mali i średni, ale większa Unia ogranicza nawet ich omnipotencję. Pozycja szefa KE jest specyficzna. Stoi się na czele wielkiej biurokratycznej machiny, która choć od kilkunastu lat wciąż rozwija pole działania, ciągle nie doszła jeszcze do granic swoich możliwości. Zgoda, kluczowe decyzje należą do szefów państw narodowych, ale to szef komisji próbuje znaleźć kompromis pomiędzy ich sprzecznymi interesami. To stanowisko uczy pokory, bo swoje plany trzeba ciągle z kimś uzgadniać. W zamian otrzymuje się uskrzydlającą świadomość tworzenia zupełnie nowej jakości: trzeba przecież podjąć próbę zdefiniowania interesu Unii jako całości. Myślę, że to samo powiedziałby panu Jose Manuel Barroso. Tylko na pewno uznałby, że jemu jest trudniej niż mnie (śmiech).
Traktaty rzeczywiście idą w tym kierunku. Ale mam wrażenie, że w ostatnich latach wewnątrz Unii ruszyło bardzo wiele niepokojących procesów. Jeśli nie stawimy im czoła, mogą zagrozić przyszłości eurointegracji w dotychczasowej formie.
Płacimy naturalną cenę za rozrost terytorialny Unii. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Rozszerzenie było wielkim sukcesem i nikt z pokolenia polityków, które kładło podwaliny pod ten proces, nie powie, że żałujemy naszej decyzji. Ale pamiętam tamte spotkania w gronie przywódców dwunastu państw albo gdy byłem pierwszym szefem komisji w Unii powiększonej do piętnastki. Mam wrażenie, że lepiej się rozumieliśmy. Na dodatek przez ostatnie dwadzieścia lat Unia znajdowała się w ciągłej przebudowie. Znosiliśmy wewnątrzeuropejskie granice, tworzyliśmy wspólny rynek, budowaliśmy podstawy unii politycznej i powołaliśmy do życia wspólną walutę. To dawało nam poczucie misji. Ponieważ wiedzieliśmy, dokąd zmierzamy, łatwiej było wypośrodkować między Berlinem, Paryżem i Londynem, powołując się na pewne nadrzędne europejskie wartości, przezwyciężanie podziałów Starego Kontynentu. Dziś to już oczywiste. Efektem jest narastający w Unii kryzys tożsamości. Nie jesteśmy dziś jeszcze państwem, ale nie stanowimy już 27 odrębnych jednostek. Utknęliśmy gdzieś pomiędzy.
To zależy od politycznych elit krajów Wspólnoty. Na naszych oczach dochodzi do renacjonalizacji europejskiej polityki. Państwa narodowe są dziś mniej skłonne do kompromisu niż jeszcze 10 - 15 lat temu. To bez wątpienia wynik zwiększenia różnic ekonomicznych i historycznych pomiędzy krajami Unii. Dziś są z nami na przykład państwa, które jeszcze do niedawna były częścią radzieckiej Rosji. A świat widziany z Europy Środkowo-Wchodniej wygląda inaczej, niż gdy patrzy się na niego z Beneluksu.
Różnic jest bardzo wiele. Przede wszystkim kiedyś znaliśmy się lepiej. Razem z Helmutem Kohlem i Francois Mitterandem przygotowywaliśmy jednolity akt europejski, a potem powołaliśmy Unię Europejską, kładąc podwaliny pod euro. To nie był proces, który da się zrealizować w czasie jednej kadencji parlamentarnej, bo nowy szef rządu potrzebuje czasu, by się rozeznać na własnym podwórku, a co dopiero w otoczeniu europejskim. My mieliśmy ten komfort. Wiedzieliśmy, czego możemy od siebie oczekiwać. Wiedzieliśmy nawet, jakich argumentów użyje nieskora do pogłębiania integracji Margaret Thatcher, bo też ją świetnie znaliśmy. Mam wrażenie, że dzięki temu Wspólnota była wtedy również bardziej obliczalna dla reszty świata i rynków finansowych. To paradoks, bo choć formalnie poziom integracji nie był tak głęboki jak dziś, na zewnątrz wydawaliśmy się tworzyć bardziej spoistą całość. Obecnie wysyłamy chaotyczne sygnały. Nie mówiliśmy jednym głosem w sprawie Iraku, mamy skrajnie różne wizje operacji w Afganistanie, nasza odpowiedź na kryzys była mało spójna.
Dokładnie tak. Bo prócz tego, że Europa się powiększyła, wewnątrz tzw. starej Unii doszło do poważnych wewnętrznych zmian. I nie są to wcale zmiany na lepsze. Proszę spojrzeć na Belgię, która od miesięcy nie może stworzyć rządu (z powodu konfliktu między Flamandami a Walonami - red.). Spójrzmy na Holandię, gdzie święci triumfy populistyczna partia Geerta Wildersa. Podobnie jest w Niemczech, gdzie słychać głosy podające w wątpliwość naturalny kiedyś proeuropejski kurs Berlina. I nawet jeśli wiemy, że Angela Merkel jest zdeklarowaną zwolenniczką eurointegracji, musi się ona liczyć z tym przesunięciem nastrojów. Nie ma komfortu, jaki miał Helmut Kohl, który zgodził się na zastąpienie marki niemieckiej przez euro, choć sondaże pokazywały, że nie spodoba się to większości Niemców. A bez tej decyzji nie byłoby wspólnej waluty. To samo tyczy się Francji, której elity polityczne od dwóch dekad z rosnącym usztywnieniem obserwują faktyczny wzrost politycznego i gospodarczego znaczenia zjednoczonych Niemiec. To dlatego wyraźniej niż kiedyś akcentują w Brukseli swój narodowy interes.
To kolejny problem Europy. Silnik niemiecko-francuski nie pracuje już dziś tak dobrze jak dawniej. Kiedyś był filarem integracji zbudowanym na powojennym pojednaniu i wizjonerskim planie Schumana, który powoływał do życia Europejską Wspólnotę Węgla i Stali. Proszę mi wierzyć: gdy siedzi się wewnątrz unijnych instytucji, łatwo zauważyć, kiedy na tym filarze pojawia się rysa. Gdy Paryż i Berlin przestają patrzeć w jednym kierunku, zaczyna się chaos.
Niekoniecznie, bo zjawiska, o których rozmawiamy, przenoszą się także do Brukseli. Na przykład na Parlament Europejski. Przez lata byłem przewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej i zawsze potrafiłem z grubsza powiedzieć, co łączy składające się na nią narodowe ugrupowania centroprawicowe. Dziś widzę, że EPL to tylko szyld, za którym nie kryją się już wspólne wartości czy spójna wizja Europy. Na dodatek coraz więcej do powiedzenia mają nowe - zwykle eurosceptyczne - siły polityczne. Efekt jest taki, że tradycyjne partie chadeckie i socjaldemokratyczne nie pełnią dziś już takiej prointegracyjnej roli jak kiedyś.
Pocieszające jest to, że w czasie greckiej gorączki unijne instytucje zareagowały prawidłowo. I nie chodzi mi o stanowiska polityczne, ale głównie o Europejski Bank Centralny. To dowód, że EBC rozumuje już bardziej w kategoriach interesu unijnego, a mniej narodowego. Dokładnie odwrotnie jest wśród państw członkowskich. Podyktowane przyczynami wewnętrznymi długie wahania części z nich nie przyczyniły się do budowy zaufania rynków finansowych do euro. Moim zdaniem trzeba było dużo wcześniej powiedzieć: "Strefa euro to wspólnota losu. Od stanu greckiej gospodarki zależy sytuacja w portfelach Niemców, Francuzów czy Włochów".
Nie wolno wylewać dziecka z kąpielą. Oczywiście trzeba wskazać winnych. W pierwszej kolejności winne są poprzednie greckie rządy. Nie można też jednak zapominać, że kryteria z Maastricht łamali już także ich strażnicy - Niemcy i Francja. Ale prawdziwym problemem greckiego kryzysu nie jest przecież tylko stan ateńskiego budżetu, bo to ostatecznie nie jest największa gospodarka Europy. Kłopot tkwi w tym, że wiosenna panika rynków oznaczała utratę zaufania inwestorów do UE jako wiarygodnego projektu politycznego. Mam nadzieję, że unijni przywódcy zrozumieli tę lekcję płynącą z kryzysu: jeśli chcemy bawić się w integrację, musimy też brać odpowiedzialność za jej skutki. A do nich należy także pomaganie Grekom, mimo że tamtejsi obywatele nie są naszymi wyborcami.
Przetrwa, choć straci jeszcze na wartości. Ale to nie jest tragedia, bo moim zdaniem przez ostatnie lata było za silne. Ważniejszy jest jednak komponent polityczny. Na szczęście politycy w porę sobie przypomnieli, że euro jest cementem integracji.
Moim zdaniem nie. Dlatego też strefa euro musi się dalej rozszerzać, bo bez wspólnej waluty wspólny rynek nie może w pełni działać. Jeśli powiemy sobie, że są w Unii kraje, które nie mają szans na uczestnictwo we wspólnej walucie, pęknie ona nieuchronnie na dwie części.
Polska dobrze przeszła przez kryzys. Dowiodła, że reformy strukturalne z lat 90. dały gospodarce solidne podstawy. Pamiętam wasz kraj sprzed członkostwa w Unii, kłopoty z ogromnym i nieproduktywnym sektorem rolniczym, mało innowacyjną gospodarką i muszę przyznać, że zmiany pozytywnie mnie zaskoczyły. To chyba najlepszy dowód, że droga na Zachód wam się opłaca.
Nie wolno wam popełnić błędu przeskakiwania etapów. Tak zrobili Grecy, którzy nie byli gotowi na przyjęcie euro, i dziś za to płacą. A razem z nimi cała Europa.
Zadaniem numer jeden powinno być tchnięcie życia w traktat lizboński. Bo dziś panuje paradoksalna sytuacja: mamy nowe reguły funkcjonowania Unii, ale nie potrafimy z nich korzystać. Trzeba wykorzystać potencjał tkwiący w nowych instytucjach: prezydencie Rady Europejskiej i budowanej właśnie unijnej dyplomacji. Przy ich pomocy Europa musi szybko włączyć się w budowę pokryzysowego globalnego ładu. To konieczne, bo wkraczamy w świat wielobiegunowy. Kiedyś wystarczyło mieć dobre relacje z USA, poprawne z Rosją i rozwijać się w spokoju. Teraz trzeba będzie się układać z nowymi biegunami: Chinami, Brazylią, Indiami. W negocjacjach z nimi musimy mieć mocne karty. Dziś mamy tylko wspólną walutę, która jest respektowana na całym świecie. Ale już na przykład w międzynarodowych gremiach finansowych jak MFW kraje strefy euro mają z reguły sprzeczne interesy i ciągną każdy w swoją stronę.
Lepiej by się stało, gdyby na czele Unii stały postacie większego formatu. Ale takie są unijne kompromisy. W Europie trzeba pracować w warunkach, jakie są w danym układzie możliwe. Wyciskać z nich to, co się da. Herman Van Rompuy to zręczny i dyskretny dyplomata. Dowodem, że jako jeden z niewielu potrafił zbudować w Belgii w miarę stabilny rząd. A Ashton? Nigdy jej nie poznałem. Ale widzę, że się stara i szybko uczy. To już jest coś (śmiech).
@RY1@i02/2010/187/i02.2010.187.186.0008.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Jacques Santer był szefem Komisji Europejskiej w latach 1995 - 1999, a wcześniej długoletnim premierem Luksemburga i jednym z architektów traktatów powołujących do życia UE i wspólną walutę euro. Przewodniczenie KE miało być politycznym zwieńczeniem jego kariery, tymczasem stało się jednym z największych skandali w historii eurointegracji. Wszystko przez oskarżenia o korupcję, marnowanie publicznych pieniędzy i nepotyzm wobec francuskiej komisarz Edith Cresson. Santer nie mógł jej zwolnić, bo przedstawiciele unijnej egzekutywy są nominowani przez kraje członkowskie. Demonstracyjnie podał się więc do dymisji razem z całą komisją. Zastąpił go Włoch Romano Prodi.
Z Jacques’em Santerem rozmawia: Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu