Ameryka nie liczy na Londyn
Waszyngton może odetchnąć z ulgą. Rząd Davida Camerona nie przyspieszy wycofania brytyjskich wojsk z Afganistanu.
Po dwudniowej wizycie sekretarza obrony USA Roberta Gatesa w Londynie wiadomo na pewno, że Londyn nie jest w stanie spełnić amerykańskich życzeń tak, jak było to w czasach rządów Tony’ego Blaira. Zarówno dlatego, że wojny rozpoczęte za prezydentury George’a W. Busha są na Wyspach wyjątkowo niepopularne, jak i ze względu na kryzys finansowy, który spustoszył brytyjski skarb.
- To prawda. Wojny w Iraku i pod Hindukuszem są niepopularne. Również sprawy finansowe utrudniają współpracę - przyznaje "DGP" Anthony Dworkin, ekspert Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych. - Trudno jednak mówić o końcu specjalnych relacji, bo wciąż łączą nas wyjątkowe więzy kulturowe i wyjątkowo bliska współpraca wojskowa i wywiadowcza - podkreśla.
Jednak tam, gdzie współpraca jest najbliższa, dochodzi do największych tarć. Udział obu krajów w Afganistanie i Iraku to historia wzajemnych oskarżeń. Brytyjczycy podkreślają, że tuż po obaleniu Saddama Husajna opierali się forsowanej przez Waszyngton polityce "debaasyfikacji" - wyrzucenia ze stanowisk w rządzie, administracji i sferze publicznej wszystkich członków saddamowskiej partii BAAS - jako strategii, która wzmocni rebelię. Amerykanie odwdzięczyli się potem kąśliwymi uwagami o porażce Brytyjczyków w walce z rebelią na południu Iraku.
Podobnie w Afganistanie - im gorsza była sytuacja, tym więcej było też spięć. Amerykanie mieli pretensje do Brytyjczyków o ich względnie łagodną politykę w prowincji Helmand i skarżyli się, że zbyt często w czasie walk proszą o amerykańskie wsparcie. Z kolei brytyjscy wojskowi krytykowali "siłowe" metody USA i niszczenie pól makowych pod Hindukuszem jako podcinanie źródeł dochodu miejscowych rolników. Bardzo często powodem rozgoryczenia były braki w wyposażeniu Brytyjczyków.
Wygląda na to, że z punktu widzenia Pentagonu atrakcyjność wyspiarzy jako partnerów militarnych będzie maleć. Zgodnie z opublikowaną niedawno analizą ośrodka analitycznego Royal United Services Institutes brytyjska armia będzie musiała w ciągu ośmiu najbliższych lat odesłać do cywila co piątego żołnierza i ściąć swój budżet o 20 proc.
Ostateczny cios "specjalnym relacjom" z USA wymierzyli już jednak politycy z Izby Gmin. "Użycie terminu specjalne relacje w jego historycznym sensie obejmującym całościowe stosunki Wielkiej Brytanii z USA jest potencjalnie mylące i rekomendowalibyśmy, by jednak go unikać" - napisali członkowie komisji spraw zagranicznych Izby. "Nadużywanie tej frazy przez niektórych polityków i media może jedynie posłużyć do zdewaluowania jego wartości i rozbudzenia nierealistycznych oczekiwań co do zysków z takich relacji, jakie miałaby mieć Wielka Brytania".
@RY1@i02/2010/110/i02.2010.110.000.012a.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Wojny rozpoczęte przez George W. Busha są na Wyspach niepopularne
Współpraca Marta Kucharska
Mariusz Janik
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu