Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Kreml nie ograł Janukowycza

26 czerwca 2018

Kijów nie godzi się na rosyjski model biznesowej współpracy

Lista zarzutów pod adresem Wiktora Janukowycza chyba jeszcze nigdy nie była tak długa. W początkach swojej kariery uchodził za dawnego kryminalistę i niezbyt rozgarniętego cwaniaka z Donbasu, który nie mówi nawet biegle po ukraińsku. Już kiedy był prezydentem, po ostatnich spotkaniach z Dmitrijem Miedwiediewem mówiono o nim niemal jak o zdrajcy narodu, który pcha ojczyznę w objęcia Moskwy. Nic bardziej błędnego.

Janukowycz rzekomo miał sprzedać Rosjanom gazociągi, strategiczne zbiorniki na surowiec, zakłady Antonowa produkujące największy samolot transportowy na świecie, elektrownie atomowe i wodne, koleje. A ponadto zaprowadzić nad Dnieprem dyktaturę na wzór Aleksandra Łukaszenki, która dobije pozostałości po pomarańczowej demokracji. Problem jednak w tym, że kolejne spotkania Wiktora Janukowycza z rosyjskim prezydentem przeczą tezie o jego uległości i zgodzie na gospodarczą wasalizację Ukrainy. Z dziesięciu kontestowanych umów podpisano pięć. Żadna nie wiąże Ukrainy z Kremlem i nie blokuje współpracy (czy w wersji optymistycznej integracji) z Europą. Rozmowy Janukowycz - Miedwiediew i premierów Mykoły Azarowa z Władimirem Putinem pokazują zupełnie odwrotny trend: Kijów dał jasno do zrozumienia, że nie godzi się na model współpracy biznesowej zaproponowanej przez Moskwę. Decyzją numer jeden, która na nowo uczyniła rzekomo Janukowycza kremlowskim lokajem, miała być umowa zawarta pod koniec kwietnia w Charkowie. Jej treść jest klarowna: rosyjska Flota Czarnomorska zostanie na Krymie jeszcze przez co najmniej dwadzieścia pięć lat, a Kijów będzie kupował o 30 proc. tańszy gaz.

Dla krytyków Janukowycza 4 mld dol. rocznie za zgodę na stacjonowanie floty nie tłumaczy decyzji i kwalifikuje jej jako zdradę interesów narodowych. Dla zwolenników to wystarczająco duża kwota, by usprawiedliwić prezydenta.

Pierwsi mówią o ostatecznym zablokowaniu drogi Ukrainy do NATO. Nie odpowiadają jednak na pytanie - jak miałaby wyglądać ta integracja w sytuacji, gdy nie chce jej NATO, dwie trzecie Ukraińców, głowa państwa, szef rządu, a na czele opozycji stoi polityk, który by zdjąć temat z agendy proponował referendum przed ewentualną akcesją.

Zwolennikom tezy o uległości Janukowycza wobec Moskwy trudno również odpowiedzieć na pytanie, jak miałby zostać uchwalony budżet ukraiński, bez umowy charkowskiej? Tańszy o 30 proc. surowiec to mniejszy deficyt budżetowy, większa wiarygodność w oczach MFW i szansa na kolejną transzę kredytu od Funduszu (do tej pory Kijów otrzymał 10,5 mld dol. z 16,4 mld dol.) na wyciąganie ukraińskiej gospodarki z tarapatów. Tarapatów, w które w dużej mierze wpędziła Ukrainę uznawana za prozachodni symbol postępu premier Julia Tymoszenko. Właśnie ona podpisała bezprecedensowo niekorzystną dla Kijowa umowę o cenie na gaz (ponad 300 dol. za tys. m. sześc., czyli więcej, niż płacą Niemcy), którą renegocjował Janukowycz. Ta sama Tymoszenko jeszcze pod koniec ubiegłego roku, przed przegranymi wyborami prezydenckimi flirtowała z Moskwą, używając jako argumentu... Floty Czarnomorskiej. Według rosyjskiego premiera Władimira Putina pytanie nie brzmiało wówczas, czy przedłużać okres jej stacjonowania na Krymie, tylko za ile. Kijowscy rozmówcy "DGP" są przekonani, że w przypadku zwycięstwa Tymoszenko podobnie jak Janukowycz stanęłaby przed koniecznością zredagowania budżetu z postulowanym przez MFW deficytem (na poziomie 6 proc. PKB). Taki wskaźnik można osiągnąć tylko w jeden sposób - obniżając stały i przewidywalny wydatek budżetowy - cenę na kupowany od Rosji gaz. Taki był też cel Janukowycza. Gdy go osiągnął, poza pięknymi słowami o przyjaźni nie miał już Rosjanom zbyt wiele do zaoferowania.

Kolejnym argumentem, który miał być koronnym dowodem na kolaborację Janukowycza z Kremlem, było planowane uznanie przez Kijów dwóch separatystycznych republik na terenie Gruzji - Osetii Południowej i Abchazji. W lutym były szef ukraińskiej dyplomacji, gorący zwolennik NATO, a dziś bliski współpracownik Julii Tymoszenko w rozmowie z "DGP" przekonywał, że to jedynie kwestia czasu. Papiery są już gotowe, sprawa zaś będzie wielkim międzynarodowym skandalem. Wbrew tym deklaracjom MSZ Ukrainy dało do zrozumienia jednoznacznie: o uznaniu separatystów nie ma mowy ani dziś, ani w przyszłości. Kijów sam ma bowiem problemy z tendencjami odśrodkowymi na Krymie i Zakarpaciu.

Jeszcze bardziej kuriozalne były zarzuty przed podpisaniem umowy o demarkacji granicy rosyjsko-ukraińskiej. Opozycja zarzucała prezydentowi, że jej elementem będzie przekazanie Moskwie kontroli nad gwarantującym dostęp do Morza Azowskiego półwyspem Tuzła. Kapitulanctwo, handel terytorium kraju - to najdelikatniejsze określenia, jakie padały pod adresem Janukowycza. Ostatecznie okazało się, że Tuzła zostaje ukraińska. A samą umowę można nazwać sukcesem dyplomatycznym Kijowa.

Zamiast uszczuplać ukraińską suwerenność, daje mu kapitalny argument w rozmowach z Brukselą o liberalizacji ruchu wizowego między Ukrainą a Unią Europejską (nieuregulowana granica była jednym z najważniejszych argumentów przeciw Ukrainie).

Flota, Tuzła czy uznanie separatystów nie jest jednak tym, co czyniło z Janukowycza prawdziwego zdrajcę. Najważniejszy zarzut to próba oddania pod kontrolę Rosji strategicznych gazociągów i połączenie spółki Naftohaz z Gazpromem. Właśnie rury, którymi koncern pompuje 80 proc. surowca na zachód i południe Europy, gwarantują Ukrainie pozycję ważnego gracza na Starym Kontynencie. Dopóki pozostają pod kontrolą Kijowa, Moskwa musi się liczyć ze zdaniem sąsiada. W ubiegły piątek w wywiadzie dla BBC prezydent Ukrainy ostudził zapał Rosjan: "W kwestii fuzji z Gazpromem pięćdziesiąt na pięćdziesiąt byłoby dla nas interesujące, ale jest oczywiste, że do tego nie dojdzie, ponieważ Gazprom nigdy się nie zgodzi. (...) Dla nas fuzja pod jakimikolwiek innymi warunkami jest niemożliwa".

Janukowycz przedstawił alternatywę. Udział Rosjan w infrastrukturze gazowej wchodzi w rachubę, ale w postaci konsorcjum zarządzającego rurami (zarządzającego, a nie przejmującego własność) tworzonego przez Ukrainę, UE i Rosję. Taki układ zapewnia utrzymanie przez Kijów statusu państwa tranzytowego i uderza w rosyjski projekt budowania gazociągu po dnie Morza Czarnego i omijającego Ukrainę - South Stream.

"Kontrola może być przekazana jedynie w zamian za przeprowadzone przez Rosję i Europę inwestycje w przebudowę istniejącego systemu transportu gazu. Ale pełna rosyjska kontrola, nie, to puste słowa" - dodawał Janukowycz w tym samym wywiadzie dla BBC. Podobne stanowisko zajął szef MSZ Konstantin Griszczenko, który potwierdzał słowa Janukowycza w wywiadzie dla dziennika "Financial Times".

Moskwa nie jest zainteresowana takim pomysłem. Zwolennikom tezy o przekazaniu rur jako argumenty pozostają jedynie artykuły w co prawda renomowanym, ale jednoznacznie sprzyjającym Julii Tymoszenko magazynie "Dzerkało Tyżnia". To w nich pojawiają się "kolejne szczegóły" diabelskich intryg i kopie umów, które ma podpisać Janukowycz.

Po trwającej od prawie dwóch miesięcy batalii dyplomatycznej na linii Kijów - Moskwa jedynym punktem, z którego Rosja może być zadowolona, jest podpisanie się Janukowycza pod jej pomysłami budowania tzw. NATO bis.

Moskwa chce zastąpić NATO czymś na wzór euroatlantyckiego układu o bezpieczeństwie zbiorowym i w ten sposób rozmyć sens Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jest tylko jeden problem. Szanse na realizację takiego projektu - nawet z poparciem Kijowa - są niemal równe zeru.

Najpierw musiałby się zgodzić główny zainteresowany - NATO.

Miedwiediew pragnie - jak to sam określa - "zsynchronizować" współpracę gospodarczą Ukrainy i Rosji. Janukowycz nie mówi nie. Ale zaraz dodaje, że ta synchronizacja będzie możliwa tylko przy uwzględnieniu jego warunków.

Po niecałych trzech miesiącach od objęcia stanowiska prorosyjski Janukowycz okazuje się dla Moskwy znacznie trudniejszym partnerem niż prozachodni Juszczenko. Z byłym prezydentem sprawa była prosta: z definicji nie utrzymywano z nim stosunków, dodatkowo okazując mu lekceważenie na forach międzynarodowych. Z nowym trzeba rozmawiać. Do tego mówi się o nim jako o polityku prorosyjskim, zatem trudniej krytykować Ukrainę. Dla samego Janukowycza rozmowy z Moskwą pozostają grą, z której stara się czerpać jak największe korzyści.

Jak mówił w rozmowie z "DGP" ukraiński analityk Wadym Karasiow, jesteśmy świadkami końca miesiąca miodowego w stosunkach ukraińsko-rosyjskich. W ostatniej rozgrywce Ukraina - Rosja prowadzi Kijów. Prorosyjskość Janukowycza kończy się tam, gdzie zaczynają się interesy jego ugrupowania i sprzyjających mu oligarchów. Większość tych interesów jest sprzeczna z interesami rosyjskimi.

@RY1@i02/2010/098/i02.2010.098.000.0019.001.jpg@RY2@

Fot. Itar Tass/Forum

Dmitrij Miedwiediew i Wiktor Janukowycz wznoszą toast za zdrowie weteranów podczas obchodów Dnia Zwycięstwa

@RY1@i02/2010/098/i02.2010.098.000.0019.002.jpg@RY2@

Fot. AFP/East News

Awantura w ukraińskim parlamencie po podpisaniu umowy z Rosją, kwiecień 2010 r.

Zbigniew Parafianowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.