Jeden komisarz i dziewięciu urzędników dla Polski
Od wczoraj unijnym budżetem rządzi Polak. Eurodeputowani zatwierdzili wczoraj skład nowej Komisji Europejskiej.
Polacy będą mieli wpływ jako członkowie gabinetów na pracę ośmiu innych komisarzy oraz szefa Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya.
- To świetny wynik - przekonuje minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz. - Raczej porażka - odpowiada mu europoseł Prawa i Sprawiedliwości Ryszard Czarnecki.
Za powołaniem takiego skladu Komisji głosowało 2/3 eurodeputowanych.
- Spodziewałem się stabilnej większości i taka była. Sądzę, że jest wystarczająca, by zachować zaufanie głosujących na tak, i zdobyć zaufanie tych, którzy głosowali na nie - stwierdził po głosowaniu nowy komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski.
Dodał, że najbliższe działania Komisji skupią się na "sprzątaniu po kryzysie", zapewnieniu Unii bezpieczeństwa energetycznego oraz przygotowaniu nowego budżetu, który zacznie obowiązywać po 2013 r.
Lewandowski nie dostał głosów frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należą politycy PiS. Wstrzymali się od głosu. Oczywiście nie ze względu na Lewandowskiego. - Spośród 500 mln Europejczyków naprawdę można było wybrać lepszą "27" - ironizuje Marek Migalski, rzecznik PiS w europarlamencie. Szczególnie nie spodobała się im Brytyjka Catherine Ashton, która będzie odpowiadała za unijną dyplomację. - To osoba, która ma dość mgliste pojęcie o dyscyplinie, którą ma się zajmować przez najbliższe pięć lat. Najlepszym przykładem tego jest fakt, że w jej ocenie budowa rurociągu Nordstream ma charakter jedynie biznesowy. Ashton nie dostrzega w tym przedsięwzięciu ani grama polityki - tłumaczy Migalski.
Rząd jednak cieszy się z takiego, a nie innego składu Komisji. I z tego, że poza Lewandowskim inni Polacy będą mieli pośredni wpływ na działania Komisji Europejskiej. Jako członkowie gabinetów będą koordynować prace m.in. Ashton oraz komisarzy: rozszerzenia i polityki sąsiedzkiej, energii, konkurencji, polityki regionalnej, sprawiedliwości i wolności obywatelskich, zmian klimatycznych oraz polityki rolnej.
- Jestem bardzo zadowolony. Pięć lat temu, kiedy rozpoczynała pracę poprzednia Komisja Europejska, nie mieliśmy Polaków w żadnym gabinecie. Teraz mamy Polaków w kluczowych miejscach jak stary gracz unijny - zaciera ręce Dowgielewicz. Odmiennego zdania jest Ryszard Czarnecki. Eurodeputowany PiS przypomina, że pod koniec kadencji poprzedniej KE, jeszcze w listopadzie 2009 roku, Polacy pracowali w dziesięciu gabinetach.
- Nie wiem, z czego wynika ta radość. Jesteśmy szóstym co do wielkości krajem w UE, a otrzymaliśmy tyle posad co Węgrzy - twierdzi Czarnecki. Dodaje, że w dodatku stanowiska, jakie przypadły naszym rodakom, nie są specjalnie prestiżowe. - O jakim sukcesie możemy mówić, gdy były wiceminister rolnictwa Andrzej Dych zostaje jedynie członkiem gabinetu komisarza polityki rolnej? Jego kompetencje sugerowałyby stanowisko dyrektora! Rząd miał dwa lata, by negocjować liczbę oraz jakość stanowisk - zaznacza Czarnecki.
O takie posady dla swoich rodaków długimi miesiącami walczą wszystkie rządy. W Komisji Europejskiej, która liczy blisko 25 tysięcy urzędników, pracuje obecnie 1176 Polaków.
To 88 proc. z 1341 miejsc przyznanych Polsce jako cel do osiągnięcia w 2010 r. Niestety, wynika z tego, że to najgorszy wynik spośród wszystkich państw, które wstąpiły do Unii Europejskiej w 2004 r.
Pozostałe kraje wypełniły już swe narodowe pule albo nawet je przekroczyły.
@RY1@i02/2010/028/i02.2010.028.000.0003.001.jpg@RY2@
Fot. Komisja Europejska
Jose Manuel Barroso
@RY1@i02/2010/028/i02.2010.028.000.0003.002.jpg@RY2@
Fot. Komisja Europejska
Janusz Lewandowski
Artur Grabek
artur.grabek@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu