Dlaczego rosyjscy studenci stali się bolszewikami
My - jako wieloletni korespondent w Rosji mogę zaliczyć siebie do wspólnej grupy z Rosjanami i powiedzieć "my" - jesteśmy już dalecy od euforii, jaka towarzyszyła nam w 1989 r. Zbyt wiele wyborów od tamtej pory zakończyło się zwycięstwem pustego populizmu, zbyt wiele mniejszości padło ofiarami większości, zbyt wiele głosów stało się głosami zarządzanej demokracji. To wszystko wydarzyło się podczas ostatniej dekady pod rządami Władimira Putina.
Jednak nawet jeśli Rosjanie nadal będą go podziwiać, będzie też wzrastała ich irytacja jego rządami. I przy całym cynizmie, jaki cechuje ich podejście do demokracji, jedno naruszenie zasad tego systemu wzbudziło ich szczególny gniew - zakrojone najprawdopodobniej na szeroką skalę fałszerstwo wyników.
W ostatnim tygodniu wybrałem się na Uniwersytet Moskiewski, by porozmawiać z grupą studentów socjologii. Starając się nie poruszać tematów politycznych, mówiłem o kryzysie w Europie, co spotkało się z ich uprzejmym zainteresowaniem. Bo tym, co naprawdę ich pasjonowało, były wybory.
Twierdzą, że wiedzieli, jaki będzie wynik. Wcześniej odbyły się wybory do samorządu studenckiego. W pierwszej kolejności studenci głosowali na komunistów, a na drugim miejscu na liberalne Jabłoko, spychając dotychczasowego lidera w samorządzie, Jedną Rosję Putina, na trzecią pozycję, co odzwierciedla jej wpływy.
Czy to oznacza, że ci młodzi - eleganccy mężczyźni i kobiety - stali się bolszewikami? Z pewnością nie. Ich wybór opierał się na kalkulacji, że komuniści będą stanowić najsilniejszą opozycję dla Jednej Rosji. Tylko w tym sensie można powiedzieć, że stali się bolszewikami. Termin "bolszewik" pochodzi od rosyjskiego słowa "większość". Ci studenci, którzy zdecydowali się wypowiedzieć, byli za większością, czyli za partiami innymi niż Jedna Rosja. Młoda klasa średnia jest więc oburzona.
Głównym celem mojej wizyty w Rosji miało być jednak wystąpienie na konferencji dziennikarzy w Moskiewskiej Szkole Nauk Politycznych. Także tutaj moimi słuchaczami byli przeważnie ludzie młodzi, jednak pochodzący głównie z prowincji, pracujący dla lokalnych stacji telewizyjnych, gazet regionalnych, zatrudnieni w biurach prasowych lokalnych urzędników. Wielu z nich zgadzało się ze stanowiskiem Putina, że winę za obecne zaburzenia ponosi Ameryka lub Zachód. Mimo to wyrażali złość, że świat, w którym żyją, pozbawiony jest liberalnej atmosfery stolicy. Ich kariera zawodowa jest ściśle związana z lokalnymi urzędnikami, których wyznacza Kreml. Dla nich bycie w opozycji może oznaczać utratę pracy.
Nie można powiedzieć, że ludzie, których spotkałem, są ślepo zauroczeni kapitalizmem, Zachodem czy nawet demokracją. Oni raczej czują się urażeni tym, że traktuje się ich jak głupków. Ewidentne sfałszowanie wyników godzi w ich dotychczasowe przekonanie, że istniało przynajmniej jakieś minimalne porozumienie między rządzącymi a rządzonymi.
Tłum. TK
© The Financial Times Limited 2011. All Rights Reserved
John Lloyd
"Financial Times"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu