Dwaj panowie z elity na czele amerykańskiej walki klas
Najbliższe wybory w USA mogą zostać zapamiętane jako walka klas. Amerykanie idą do urn w sytuacji, gdy najbogatsi zbierają niemal wszystkie owoce generowane przez rachityczny wzrost. A lepiej już nie będzie.
Największy podział klasowy w USA nie przebiega pomiędzy partiami, ale pomiędzy dwoma kandydatami na prezydenta. Jednak obaj reprezentują elitarne skrzydło swoich ugrupowań. Czekają ich więc zacięte zmagania przy niskiej frekwencji.
W 2008 roku Obama obraził kurczącą się liczbę białych robotników głosujących na Demokratów, mówiąc że są przywiązani przede wszystkim do broni i religii. Od tego czasu problem prezydenta z klasą robotniczą tylko się pogłębił. Historia Romneya jest podobna. To jego kontrkandydat w prawyborach zgarnął większość głosów republikańskich robotników. Obama reprezentuje wykształconą elitę, zaś Romney elitę pieniądza. Obaj będą robić wszystko, by stworzyć wrażenie, że jest inaczej. Obama raczej nie pojedzie na polowanie do Ohio, jak John Kerry, senator z Massachusetts w 2004 roku, ale usłyszymy jeszcze niejeden szczegół o zabójstwie Osamy bin Ladena. Pojawi się też na pewno niejedno zdjęcie z piwem w ręku na kręgielni. Romney będzie się wypierał elitarnego pochodzenia i udawał, że nie mówi po francusku. On także będzie się fotografował na imprezach sportowych z budweiserem w dłoni.
Jednak obaj kandydaci poświęcają mnóstwo czasu na dopieszczenie bogatych. Tylko w ubiegły piątek Obama spotkał się z sześcioma sponsorami. W ciągu ostatnich 12 miesięcy odbył już ponad 200 takich spotkań. George Clooney był gospodarzem imprezy, na której dla prezydenta zebrano 15 milionów dolarów. Kandydat Republikanów ma z kolei takich przyjaciół, jak Donald Trump, Sheldon Adelson, potentat hazardowy z Las Vegas, i bracia Koch. Czekają nas więc wybory pod hasłem walki klas, w której niepozorni faceci mają odegrać główną rolę w filmie sponsorowanym przez miliarderów.
W ubiegłym tygodniu Obama odsłaniał portret swojego poprzednika George’a W. Busha. Bush przekonał Amerykanów, że jest zwyczajnym facetem, z którym mogliby się napić piwa. O wyniku tych wyborów mogą zadecydować właśnie takie szczegóły. Obama powinien się tego nauczyć.
Edward Luce
publicysta "Financial Timesa"
Tłum. TK
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu