Rosyjskie społeczeństwo też odczuwa skutki cyberataków
W yemitowany sfabrykowany materiał (deepfake) z prezydentem Rosji Putinem informował widzów rosyjskiej telewizji o wprowadzeniu stanu wojennego. Była to fałszywka stworzona przez „nieznanych sprawców”, którzy zhakowali rosyjską telewizję. Co ciekawe, wydarzenie to – atak hakerski – oficjalnie potwierdził Kreml. Zwykle takie wydarzenia zbywano milczeniem.
Ostatni rok jest pierwszym, kiedy Rosja boryka się z cyberincydentami, cyberatakami, cyberoperacjami, paraliżem systemów, wykradaniem danych i ich wyciekami w takiej skali. Przez długi czas władze państwowe problemu nie dostrzegały, a właściwie go ignorowały lub udawały, że go nie ma, w nadziei, że problem sam się rozwiąże. Do czasu, bo w pewnym momencie problem dostrzeżono oficjalnie. Było to widoczne przy okazji rozważań dotyczących odcięcia się od internetu. W 2022 r. rosyjskie ministerstwo ds. cyfrowych wydało wytyczne, by nie stosować do tworzenia stron internetowych zachodnich bibliotek programistycznych dostarczanych z serwerów poza Rosją. To akurat zrozumiały argument – w przypadku odcięcia Rosji od internetu te mogłyby przestać działać. Zachodni analitycy interpretowali to jako ewentualne przygotowania do odłączenia się od światowej sieci.
W początkowym okresie wojny w Ukrainie próbowano w Polsce budować historię o rzekomym wielkim zaangażowaniu grup hakerskich w wojnie. Było to mylące, a nawet błędne. W żadnej mierze działania takich grup nie mogły stanowić znaczącego wkładu w wojnę. Działania takie są nieporównywalne z kinetycznymi operacjami podczas wojny. Z bombardowaniami, ostrzałami, z morderstwami, także cywilów. Nie było szans, by element cyber mógł tu przeważyć, mieć znaczenie. Nie wszyscy zachowali tutaj właściwy dystans analityczny. Choć trudno powiedzieć, na ile opinia publiczna to odnotowała.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.