Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Osiedla - pułapka na Izrael

26 czerwca 2018

Szwecja, nawet Kuba, wycofuje się z wydatków socjalnych drenujących ich budżety, tymczasem Izrael brnie w budowę żydowskich osiedli na ziemiach Palestyńczyków - to projekt, który pochłonął 17 mld dol.

Kiedy w poniedziałek, po dziesięciu miesiącach przerwy, w Ariel - jednym z największych osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu - buldożery zaczęły wyrównywać grunt pod 50 domów, na Izraelczyków spadła fala krytyki. Nie tylko ze strony władz palestyńskich, ale też Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Dotyczyła zastopowania rokowań z Palestyńczykami, o pieniądzach nie wspominano. Szkoda, bo Waszyngton wspomaga państwo żydowskie prawie trzema miliardami dolarów rocznie. Pomoc idzie głównie na cele wojskowe, ale pośrednio także finansuje osiedla. Rząd izraelski księguje wydatki na osadnictwo w różnych rubrykach budżetowych, prawdopodobnie, by utrudnić ich zsumowanie. Najwięcej wykłada jednak ze swojego budżetu, z podatków Izraelczyków.

Na ziemiach okupowanych - Zachodni Brzeg Jordanu, wschodnia Jerozolima, Wzgórza Golan - mieszka około pół miliona Izraelczyków. Marsz na ziemie arabskie rozpoczął się na wielką skalą pod koniec lat 70., kiedy władzę zdobył Menachem Begin. Nie było żadnego ekonomicznego uzasadnienia osadniczej inwazji, projekt miał i ma nadal wyłącznie charakter polityczny, wręcz cywilizacyjny. Prawica izraelska chciała, by naród żydowski powrócił na historyczne ziemie Judei i Samarii, skąd się wywodzi, czyli na Zachodni Brzeg Jordanu i do wschodniej Jerozolimy. W pierwszych dekadach Izraela socjaliści z Partii Pracy drenowali budżet, by wspierać nieefektywne ekonomicznie kibuce, teraz prawica czyni dokładnie to samo, by promować równie nierentowne osadnictwo. Z podobnym rozmachem. Kiedy w 1977 zaczęła się wielka fala osadnicza na Zachodnim Brzegu Jordanu (bez Jerozolimy) mieszkało 7 tysięcy Żydów, dziś - 300 tys. Prawie pięćdziesiąt razy więcej.

Osadnictwo w myśl prawa międzynarodowego jest nielegalne. Nawet rząd Izraela uważa Zachodni Brzeg za terytoria okupowane, tymczasem konwencja genewska zabrania dokonywać na takich ziemiach transferów ludności, które zmieniają strukturę etniczną. Dotyczy to tak wysiedleń i deportacji, jak i nasiedleń.

Jednym z osiedli na Zachodnim Brzegu jest grupa kilkudziesięciu budynków w centrum Hebronu zamieszkanych przez 700 Żydów. Jeśli chcielibyśmy ujrzeć absurd ruchu osadniczego w czystej formie, to najwłaściwsze miejsce. Każdej nocy i każdego dnia setki żołnierzy strzegą enklawy otoczonej przez 240 tysięcy palestyńskich mieszkańców Hebronu. Tego widoku łatwo się nie zapomina. Obwarowane workami z piaskiem stanowiska ogniowe na dachach, kilkuosobowe patrole z bronią gotową do strzału, trzask krótkofalówek w wojskowych samochodach przebijających się przez wąskie ulice. A wszystko po to, by chronić religijnych fanatyków, którzy uparli się, że zamieszkają w najstarszej stolicy Izraelitów, jeszcze zanim król Dawid przeniósł ją do Jerozolimy.

Hebron jest może najskrajniejszym przykładem, większość osiedli to w miarę normalnie funkcjonujące miasteczka, ale jeśli nawet są spokojne, wojsko musi patrolować drogi dojazdowe do nich i obsadzać posterunki na skrzyżowaniach. Płaci izraelski podatnik oraz amerykańscy darczyńcy.

Rząd dofinansowuje budowę osiedli, szkół, dróg, infrastruktury. Na ziemiach okupowanych domy i mieszkania można kupić o połowę taniej niż we właściwym Izraelu. Apartament z dwoma sypialniami w Tel Awiwie kosztuje około 400 tysięcy dolarów, ale w Modi''in Illit, około 30 kilometrów od miasta, na ziemiach okupowanych - 180 tysięcy. A wynajem mieszkania od władz to już prawdziwe grosze, nawet mniej niż 150 dolarów miesięcznie.

Rząd częściowo refunduje także osadnikom wydatki bytowe. Na przykład przez cztery lata dopłaca nauczycielom na ziemiach okupowanych 80 procent kosztu wynajmu i pokrywa 100 procent wydatków na podróże. W efekcie przeciętna rodzina żydowska może liczyć na profity rządowe wyższe rocznie o 10 tysięcy dolarów niż rodzina w Izraelu właściwym, jak wyliczył dziennik "Haaretz".

Ile to wszystko kosztuje? Ośrodek analityczny Macro Center for Political Economics, używając zdjęć satelitarnych i innych technik, dokładnie pomierzył powierzchnię zajmowaną przez osiedla i oszacował ich koszt, chodzi o cenę wybudowania, a nie wartość rynkową. Wyszło 17 miliardów dolarów. Osiedla ochrania izraelska armia, koszt okupacji to kolejne miliardy, dochodzi do tego jeszcze mur oddzielający osiedla położone bliżej granicy z Izraelem od reszty ziem okupowanych na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Osadnicy, choć mają w swoich osiedlach pola uprawne, a nawet fabryki, w większości pracują we właściwym Izraelu, do którego dojeżdżają specjalnie dla nich wyłączonymi drogami, Arabowie nie mogą się po nich poruszać. I tam pomnażają majątek narodowy. W efekcie niewielki procent PKB Izraela powstaje na ziemiach okupowanych, polityka osadnicza z ekonomicznego punktu widzenie nie ma sensu. Tym bardziej że nawet premier Benjamin Netanjahu z prawicowego Likudu zrozumiał, że prędzej czy później trzeba będzie opuścić większość tych terenów i pozostawić tam znaczną część infrastruktury. Główny sponsor Izraela Stany Zjednoczone popierają plan "ziemia za pokój", który zakłada powrót do granic sprzed wojny sześciodniowej w 1967 r., kiedy Izrael podbił ziemie arabskie, ewentualnie z drobnymi korektami, w zamian za podpisanie przez nowe państwo palestyńskie układu pokojowego z Izraelem. Klamka zapadła, pytanie nie brzmi, czy dojdzie do ewakuacji, ale kiedy.

Są zresztą precedensy. Pięć lat temu Izrael wycofał wojska ze Strefy Gazy, wraz z nimi musiało odejść osiem tysięcy osadników. Ich domy pozostały i starszą dziś opuszczonymi, zrujnowanymi murami. Pierwszych zniszczeń dokonali sami osadnicy siłą ewakuowani przez wojsko, dzieła dokończyli potem Palestyńczycy ziejący nienawiścią do wrogiej sobie enklawy. Woleli spalić budynki, niż mieszkać w żydowskich domach. W latach 80. podobny los spotkał osiedla na półwyspie Synaj, który po piętnastu latach okupacji oddano Egiptowi.

Tym razem ewakuacja może przebiegać spokojniej niż w Gazie, wystarczy bowiem najpierw zlikwidować wszelkie przywileje dla osadników, a większość z 300 tysięcy Żydów z Zachodniego Brzegu sama wyjedzie, poza korzystnymi warunkami finansowymi bowiem nie mają powodów, by mieszkać na wrogiej im ziemi. Pozostaną fanatycy, ale będzie to garstka łatwa do spacyfikowania. Wpompowanie 17 miliardów dolarów w projekt, który u zarania był skazany na niepowodzenie i od trzydziestu lat obciąża budżet państwa, trudno uznać za udany eksperyment socjotechniczny. Jeśli rozpoczęcie go było błędem, czym jest kontynuowanie budowy osiedli po upływie terminu memorandum?

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0016.001.jpg@RY2@

Izraelskie osiedle na Zachodnim Brzegu

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0016.002.jpg@RY2@

Fot. AP

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0016.003.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.