Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bliski Wschód

Arabia nieszczęśliwa

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Biały Dom alarmuje: Jemen to nowy bastion bojowników Al-Kaidy

Jemen stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa całego świata - ogłosiła na początku tego tygodnia sekretarz stanu USA Hillary Clinton. "Osłabiona w Pakistanie Al-Kaida została zmuszona do ucieczki do Jemenu i Somalii" - zapewniał nieco wcześniej brytyjski premier Gordon Brown. "To jeszcze nie jest państwo upadłe, ale już upadające. Gospodarka już jest w zapaści, a ideologiczne, polityczne i plemienne uwarunkowania pchają Jemen w stronę wojny wszystkich ze wszystkimi" - ostrzega z kolei szanowany specjalista ds. Bliskiego Wschodu profesor Fawaz Gerges.

- Nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie jak w Jemenie - mówi nam Łukasz Wróbel, polonista z Warszawy, który co roku spędza kilka tygodni, podróżując po kolejnych państwach arabskich. - Mogłem tam bez obaw zostawić plecak w dowolnym miejscu i pójść na godzinny spacer, co nie zdarzyło mi się nigdzie indziej. Nie czułem zagrożenia ze strony miejscowych, choć oczywiście wiele słyszałem o porywaniu turystów - dodaje.

- Sytuacja zmienia się bardzo szybko - ostrzega jednak Elżbieta Krawczyk, orientalistka, która przez rok mieszkała w Jemenie. - Jeszcze dwa lata temu można było bez większych problemów podróżować po tych regionach kraju, w których dzisiaj trwa rebelia. Mimo zdarzających się od czasu do czasu uprowadzeń cudzoziemców nie czuło się zagrożenia, wręcz przeciwnie: z miesięcy spędzonych w Jemenie najlepiej pamiętam niezwykłą wręcz gościnność tamtych ludzi - dodaje.

Porwania nie uniknął ambasador RP w Jemenie Krzysztof Suprowicz. W marcu 2000 r. grupa kidnaperów dopadła go, gdy przywiózł swoją córkę na wizytę u dentysty. W ciągu kilku godzin okazało się, że napastnicy należą do plemienia Al-Chijari. W zamian za zwolnienie dyplomaty domagali się, by rząd w Sanie wypuścił z więzienia aresztowanego kilka dni wcześniej lidera jednego z plemiennych klanów, szejka Chaleda Al-Chijariego. Choć władze ostatecznie nie spełniły ich żądania, po trzech dniach gorączkowych negocjacji za pośrednictwem starszyzny plemiennej i nacisków ze strony polskiego MSZ, by rząd w Sanie powstrzymał się od użycia siły, Polak odzyskał wolność.

Nie przypadkiem Warszawa zabiegała, by Jemeńczycy nie próbowali odbijać naszego dyplomaty siłą. Przez lata za najpoważniejsze zagrożenie dla życia zakładników uchodziła bowiem akcja sił rządowych, które zwykły podczas tego typu operacji strzelać do wszystkiego, co się rusza, nie odróżniając porywaczy od porwanych.

- Jemeńczycy słyną z tego, że porwanych cudzoziemców traktują z olbrzymim szacunkiem - podkreśla w rozmowie z nami Victoria Clark, urodzona w Jemenie szefowa bliskowschodniego biura magazynu The Observer i autorka książki "Jemen. Tańcząc na głowach węży". - Przez wiele lat obcokrajowcy nie mieli nic przeciwko temu, by zostać porwanym przez Jemeńczyków. Dla nich to była przygoda z pełną gwarancją bezpieczeństwa. A dla plemiennych przywódców idealny sposób na to, by wyrwać od rządu pieniądze na lokalne inwestycje: studnie, drogi, szkoły, szpitale - dodaje. Olbrzymia większość z ponad dwustu cudzoziemców porwanych w ciągu ostatnich piętnastu lat w Jemenie została wymieniona na pomoc miejscowym.

Ale i ci, których nie dało się wymienić, nie mieli powodów do narzekania. - Poznałem pewnego Chińczyka, który w trakcie podróżowania po Jemenie został uprowadzony - wspomina Łukasz Wróbel. - Tyle że jego zniknięcie i żądania kidnaperów nikogo nie zainteresowały. "Gospodarze" po jakimś czasie wypuścili go, a on kontynuował podróż po kraju. Na koniec wrócił jeszcze do wioski, w której był przetrzymywany. Chciał się pożegnać z porywaczami, z którymi zdążył się zaprzyjaźnić - śmieje się Wróbel.

System finansowania lokalnych inwestycji doskonale działał do chwili, gdy w Jemenie uaktywnili się emisariusze globalnego dżihadu. W grudniu 1998 r. grupa ekstremistów dokonała największego porwania w historii kraju - uprowadzono aż szesnastu turystów, głównie Brytyjczyków. W strzelaninie, która wywiązała się, gdy oddziały wojska próbowały osaczyć kidnaperów, zginęło czterech zakładników - być może z rąk porywaczy.

Dokładnie rok temu saudyjscy i jemeńscy towarzysze Osamy bin Ladena ogłosili powstanie ugrupowania Al-Kaida na Półwyspie Arabskim (AQAP). Jednak dżihadyści byli tam znacznie wcześniej - już na przełomie lat 70. i 80., gdy afgańscy mudżahedini rozpoczęli wojnę z Armią Czerwoną, pod Hindukusz wyjechało prawdopodobnie około 3 tysięcy Jemeńczyków. Olbrzymia większość z nich powróciła do ojczyzny na początku lat 90.

Bojownicy nie stanowili wówczas problemu dla władającego Jemenem prezydenta Alego Abdullaha Saleha. Byli nawet przydatni - jak organizacja szejka Tarika Al-Fadliego, weterana wojny w Afganistanie, która zasłynęła z szeregu zamachów na prominentnych członków jemeńskiej partii socjalistycznej, która po upadku ZSRR znalazła się na bocznym torze. Al-Fadli stał się symbolem plemiennego lidera, który do dziś umiejętnie balansuje między dżihadystami a rządem w Sanie.

Do niedawna nawet dotarcie do przywódców dżihadu w tym kraju nie było poważnym problemem. Udało się to choćby Victorii Clark, która poprzez sieć krewniaków skontaktowała się z samym Al-Fadlim. - Lokalni fundamentaliści to uroczy ludzie - zapewnia Clark. - Jemeńczycy mają skrajnie beztroskie podejście do otaczającego świata. Dotyczy to również tamtejszych liderów dżihadu. Choć powtarzają frazesy o zbrodniach Ameryki i Izraela na Bliskim Wschodzie, liczą się dla nich wyłącznie własne interesy, które można zawęzić do dwóch spraw: pieniędzy i ziemi - dodaje.

Nie inaczej jest w przypadku młodszego pokolenia bojowników. Kilka miesięcy temu Clark spotkała się również z przywódcą AQAP Naserem Al-Wujaszim - dziesięć lat wcześniej osobistym sekretarzem bin Ladena. - Ludzie z jego otoczenia nie są w stanie stworzyć organizacji - twierdzi brytyjska dziennikarka. - Ci niby-bojownicy wpadają w euforię, podchwytując hasło walki z Ameryką, idą w góry, a po kilku dniach są już znudzeni dżihadem i wracają do domu. Co więcej, Jemeńczycy to skrajni indywidualiści, niepotrafiący podporządkować się niczyim poleceniom. Boleśnie przekonali się o tym wszyscy, którzy próbowali Jemen modernizować: tak otomańscy Turcy, Brytyjczycy, Rosjanie, jak i lokalne władze. Taka mentalność - kwituje. Według niej dlatego właśnie Jemen nigdy nie będzie drugim Afganistanem.

Z Afgańczykami łączy Jemeńczyków chyba tylko powszechne umiłowanie broni. - Noszenie przy sobie karabinu lub pistoletu to kwintesencja miejscowego archetypu męskości i honoru - podkreśla Clark. Łukasz Wróbel wspomina, że stragany z karabinami spotykał nawet przy drogach wiodących przez pustynne pustkowia.

Ale największą pasją Jemeńczyków pozostaje kat. Charakterystyczne wybrzuszenie policzka i miarowe ruchy szczęką oznaczają, że ich właściciel właśnie przeżuwa kolejną porcję liści rośliny w Polsce znanej pod nazwą czuwaliczka. Specjał zawiera stymulujący alkaloid, który działa podobnie jak amfetamina: dodaje energii i zabija głód.

Kat nadaje się do żucia i zaparzania wyłącznie, gdy jest świeży. Stąd niemal połowa upraw w Jemenie to pola tych krzewów - liście muszą być pod ręką. Podobno 90 proc. jemeńskich rodzin żyje z uprawy katu. Świat - w tym Polska - uznaje czuwaliczkę za narkotyk, a jej spożycie jest nielegalne. Jednak w skądinąd konserwatywnym Jemenie wręcz przeciwnie. - Cóż, czego Koran nie zabrania, to jest dozwolone - komentuje z przekąsem Victoria Clark. - Uprawy, transport i handel katem to jedyna prosperująca w tym kraju branża.

Ocenia się, że jedynie co piąty mężczyzna i co druga kobieta w kraju nie żują katu regularnie. Pozostali są w różnym stopniu uzależnieni - po kilku dniach bez ulubionych liści stają się rozkojarzeni, dopada ich senność i zmęczenie. Tyle że skutki używania narkotyku bywają nieprzyjemnie - nierzadko są to stany graniczące z hiperaktywnością, dziwne zachowanie, koszmary senne. Mimo to nawet najbiedniejsi potrafią wydać piątą część swoich zarobków na ukochane liście.

A nie są to wysokie zarobki. 23-milionowy kraj, który w starożytności otrzymał przydomek Szczęśliwej Arabii (Arabia felix), dziś jest najbiedniejszym państwem Bliskiego Wschodu i jednym z najbiedniejszych na świecie. Niemal co piąty Jemeńczyk żyje za około dolara dziennie.

Winę za to mógłby zrzucić na brytyjskich kolonialistów i proradziecki reżim, który do 1990 r. pilnował podziału Jemenu na dwa państwa i bez większych sukcesów próbował narzucić lokalnym nomadom marksizm. Ewentualnie na krótką - ale gwałtowną - wojnę domową, jaka wybuchła w 1994 r. Albo na trwającą do dziś rebelię kilkutysięcznej szyickiej partyzantki z plemienia Husich na północy kraju i rosnący w siłę ruch separatystyczny na południu.

Sami Jemeńczycy widzą jednak wroga w rządzie w Sanie. - W całym kraju słychać narzekania na korupcję władz - mówi Łukasz Wróbel. - Niemal każdy Jemeńczyk ma do opowiedzenia własną historię na ten temat - dodaje. Rzeczywiście, rządzący krajem od ponad trzech dekad 67-letni prezydent Saleh wprowadził w życie powszechną na Bliskim Wschodzie zasadę "rodzina na pierwszym miejscu". Choć trudno odmówić mu wigoru, od kilku lat przygotowuje już sukcesję dla swojego syna Ahmeda. Nie poprzestaje jednak na tym - gabinety rządowe zapełnia rzesza członków jego rodziny i klanu. Bratankowie rządzą m.in. służbami specjalnymi, jednostkami antyterrorystycznymi i Gwardią Prezydencką. Przyrodni brat zarządza lotnictwem wojskowym.

Ale dobre czasy idą ku końcowi - rezerwy ropy naftowej, które wcześniej ratowały budżet państwa, kurczą się w zastraszającym tempie, a rodzinie trzeba zapewnić przyszłość. W efekcie skupione na sobie władze stopniowo tracą kontrolę nad krajem. - Rząd tkwi w Sanie jak w klatce - stwierdził w rozmowie z dziennikiem New York Times jeden z zachodnich dyplomatów mieszkających w Jemenie. Eksperci szacują z kolei, że siły Saleha kontrolują jedynie 35 proc. terytorium kraju. W pozostałych regionach władza i wojsko nie mają niemal nic do powiedzenia. Co gorsza, nie ma tam również prądu czy bieżącej wody, co jeszcze bardziej napędza niezadowolenie.

Jeszcze niedawno prezydent potrafił lekką ręką wydać 120 milionów dolarów na wielki meczet własnego imienia w centrum stolicy. Teraz musi zacząć oszczędzać i w coraz większym stopniu opiera się na pieniądzach z Arabii Saudyjskiej i Stanów Zjednoczonych. Ale rosnące wpływy donatorów jeszcze bardziej rozjuszają Jemeńczyków. - Właśnie dlatego sądzę, że Amerykanie nie poważą się na bezpośrednią interwencję w Jemenie - mówi nam prof. Paul Rogers z uniwersytetu w Bradford. - Gdyby to zrobili, ryzykowaliby powszechne powstanie - dodaje. Jemeńska gościnność ma swoje granice.

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.186.0007.001.jpg@RY2@

Egzekucja pedofila w centrum jemeńskiej stolicy Sanie, lipiec 2009 r.

Fot. AP

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.