Walka brawury z rozsądkiem
Pod koniec lata 1944 r. alianci mieli wszystko, żeby zakończyć wojnę w ciągu paru miesięcy. Zabrakło im jednego – rozsądku
Ranek 20 września 1944 r. zastał mjr. Juliana Cooka z amerykańskiej 82. Dywizji Powietrznodesantowej nad brzegiem Waal, jednej z głównych odnóg Renu. Powoli podnosząca się mgła odsłaniała widok, który jemu i żołnierzom z jego batalionu miał się wryć w pamięć na długo. Przed sobą mieli płaski pas zieleni prowadzący w stronę rzeki, która w tym miejscu miała ok. 350 m szerokości. Po drugiej stronie czekało na nich 900-metrowe podejście do stromego nasypu, pełnego niemieckich stanowisk strzeleckich najeżonych bronią maszynową, wspieranych działkami przeciwlotniczymi – zabójczymi w walce naziemnej – oraz granatnikami.
Zadanie, które spadochroniarze otrzymali, zdawało się nie do wykonania. Na niespełna sześciometrowych łodziach z dnem z dykty i bokami z brezentu utrzymywanego przez drewniane żebra mieli przepłynąć rzekę, wydostać się na brzeg, przebić przez pozycje wroga, pokonać kolejne kilkaset metrów i zająć most. Przyglądając się scenie, na której za chwilę miało się rozpocząć natarcie, jeden z brytyjskich oficerów zapytał amerykańskiego pułkownika, czy jego ludzie prowadzili już taki desant. Odpowiedź była mrożąca: „Nie. Nauczą się w trakcie”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.