Są dowody na to, że Henin wróciła. Polscy debliści przebrnęli I rundę
Temperatura w Melbourne wzrosła wczoraj dopiero pod wieczór. W nocnej sesji jednocześnie na obu centralnych arenach Australian Open odbyły się dwa najbardziej zacięte i chyba najlepsze spotkania pierwszego tygodnia.
Justine Henin kontra Jelena Diemientiewa - równie dobrze tak mógłby wyglądać finał Australian Open. Ale Belgijka, dla której to dopiero drugi turniej od czasu reaktywacji kariery, gra tu z dziką kartą. Traf chciał, że rozstawiona z piątką Rosjanka wpadła na nią już w drugiej rundzie.
- Nie uważałam tego za pech. Coś takiego jak łatwe losowanie nie istnieje - mówił Diemientiewa. - Poza tym przecież nie chodziło mi o to, żeby przejść drugą rundę. Przyjechałam do Melbourne, żeby być w finale. Żeby walczyć o tytuł, trzeba być w stanie zmierzyć się także z Justine. Uważam, że byłam w dobrej formie.
Brytyjski komentator nazwał ten mecz 170 minutami czystej klasy i doskonałości. Rosjanka, która w rozgrzewce do Australian Open, czyli finale turnieju w Sydney, pokonała samą Serenę Williams, lepiej serwowała i popełniała mniej błędów, ale przegrała 5:7, 6:7. Wprawdzie i tak każde dziecko wie, że Henin tylko formalnie nie należała do grona faworytek, ale zwycięstwo nad Diemientiewą to jej pierwsze po powrocie na kort poważne ostrzeżenie pod adresem najpoważniejszych rywalek. Swoje jedyne dotychczas spotkanie na zbliżonym poziomie - finał w Brisbane przed tygodniem przeciwko Kim Clijsters - Henin przegrała. Wszystkie rywalki, które zmierzyły się z nią w tym sezonie, zapewniały, że gra jeszcze lepiej niż dawniej. Teraz są na to twarde dowody - siedmiokrotna zwyciężczyni turniejów wielkoszlemowych naprawdę wróciła.
Koneserzy tenisa nie mieli wczoraj w Melbourne łatwego wyboru - w tym samym czasie na nieco mniejszej Hisense Arena zwycięzca ostatniego US Open Juan Martin del Potro (turniejowa czwórka) był na krawędzi porażki. Zanosiło się więc na największą sensację turnieju mężczyzn. W drugiej rundzie trafił na weterana, ale nie byle jakiego, bo z solidnym doświadczeniem z pierwszej dziesiątki - Jamesa Blake’a. Amerykanin dwa razy wzywał na kort lekarza, żeby zajął się jego kolanem. Mimo to spotkanie zamieniło się w morderczy, ponadczterogodzinny maraton. Del Potro przyznał, że wciąż odczuwa skutki urazu nadgarstka, który dręczy go od jesieni, a przed tygodniem wyeliminował go ze słynnego pokazowego turnieju na kortach Kooyong. Zdołał jednak odrobić przełamanie w piątym secie i wygrał 6:4, 6:7(3), 5:7, 6:3, 10:8.
Piątka Polaków rywalizujących w środę w Melbourne przetrwała dzień w pełnym składzie. Spotkanie I rundy wygrali Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg, choć jak to mają w zwyczaju - nie bez problemów. Pokonali Brytyjczyka Rossa Hutchinsa i Australijczyka Jordana Kerra 6:4, 2:6, 7:6(4). Alicja Rosolska i Klaudia Jans stąpały po grząskim gruncie, bo zmierzyły się z Australijką w kraju miłośników debla. Ale polskich kibiców na kortach w Melbourne też nie zabrakło, przy ich dopingu dziewczyny pokonały Alicję Molik w parze z Amerykanką Meghann Shaughnessy 2:6, 7:5, 6:4. Łukasz Kubot i Austriak Oliver Marach bronią tu półfinału - zaczęli od zwycięstwa nad argentyńsko-hiszpańską parą Juan Ignacio Chela, Daniel Gimeno-Traver 6:7(1), 6:3, 6:1. Dziś Kubot ma już za sobą mecz II rundy singla - grał z Kolumbijczykiem Santiagiem Giralno około czwartej w nocy naszego czasu. Wchodząc na kort, wiedział już, jak Agnieszce Radwańskiej poszło spotkanie z Rosjanką Ałłą Kudriawcewą.
@RY1@i02/2010/014/i02.2010.014.000.017a.001.jpg@RY2@
Justine Henin nie grała przez ostatnie 20 miesięcy, ale jest faworytką Australian Open
Fot. PAP/EPA
Marta Mikiel
marta.mikiel@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu