Krwawy rajd talibów po Kabulu
Przez ponad pięć godzin ulicami stolicy Afganistanu zawładnęli talibowie.
Prawdopodobnie dwudziestoosobowe komando bojowników, podzielone na kilka grup, szturmowało pałac prezydencki, ministerstwa sprawiedliwości, finansów i górnictwa oraz największą w mieście galerię handlową. Walki trwały też pod słynnym hotelem Serena, w którym najchętniej zatrzymują się odwiedzający Kabul cudzoziemcy.
Zarówno zachodni eksperci, jak i Afgańczycy są przekonani, że wczorajszy dzień nie został wybrany przypadkowo. Atak został zaplanowany tak, by zakłócić zarówno zaprzysiężenie czternastu ministrów rządu Hamida Karzaja, jak i udowodnić światu, że kraj nie jest tak bezpieczny, jak chciałby tego Zachód. - Talibowie chcą zepsuć atmosferę przed zaplanowaną na przyszły tydzień w Londynie konferencją w sprawie przyszłości Afganistanu - podkreśla Barlalaj Hakimi, politolog z Uniwersytetu Kabulskiego. - I udowodnić ludziom, że wciąż są w stanie rozdawać karty w tym kraju - dodaje.
To tym łatwiejsze, że tak spektakularna akcja jak wczorajszy rajd na Kabul nie wymaga wielkich nakładów, ale jedynie determinacji. Poniedziałkowy atak początkowo nie wyglądał groźnie.
Świadkowie twierdzą, że grupa około dwudziestu mężczyzn przyjechała na kabulski targ Froshga wkrótce przed atakiem. Mężczyźni, którzy pojawili się na targowisku, okrywali się gęstymi, długimi szalami, co początkowo nikogo nie dziwiło, gdyż poranek był chłodny. Gdy w pewnej chwili, jak na komendę, zrzucili je z ramion, okazało się, że pod spodem ukrywają karabiny i wypełnione ładunkami wybuchowymi pasy samobójców. Komando rozdzieliło się na dwie grupy i ruszyło w kierunku pobliskich rządowych budynków, zaś świadkowie tej niesamowitej sceny zaczęli uciekać jak najdalej od targu.
Co najdziwniejsze, obu grupom udało się bez większych problemów dotrzeć pod wyznaczone cele ataku: pałac prezydencki, budynki ministerstw czy będący częstym celem ataków hotel Serena.
Dopiero na odgłos kanonady do centrum miasta skierowano około kilku tysięcy policjantów, funkcjonariuszy wszelkiego rodzaju służb bezpieczeństwa i żołnierzy. Kabulskie śródmieście zostało w końcu odcięte od reszty miasta, a kto nie zdążył opuścić okolicy, w której trwały walki, mógł już tylko szukać schronienia w piwnicy - jak goście hotelu Serena. Ulice całej 2,5-milionowej metropolii kompletnie opustoszały.
- Strzelanina i chaos trwały jakieś pięć godzin, po czym zaczęły stopniowo ucichać i w końcu zapanował spokój. Rząd ogłosił, że ma sytuację pod kontrolą i, jak się wydaje, jest to prawda - mówił nam jeszcze wczoraj wieczorem Hakimi. Według oficjalnych danych ucierpiało zaskakująco niewiele osób. - Zginęło pięciu ludzi, a 38 zostało rannych. Wśród ofiar są funkcjonariusze afgańskich sił rządowych - poinformował wczoraj lakonicznie szef stołecznych szpitali dr Kabir Amiri.
Jeśli wziąć pod uwagę, że w całodziennej strzelaninie zginęło co najmniej pięciu zamachowców, oznaczałoby to, że ich spektakularny atak niemal nie przyniósł ofiar. Talibowie zastrzegają jednak, że ich bojownicy zabili co najmniej 31 przeciwników. A trzynastu ukrytych gdzieś w mieście bojowników może w każdej chwili powrócić.
@RY1@i02/2010/012/i02.2010.012.000.010a.001.jpg@RY2@
Największy dom handlowy w Kabulu płonie. W środku zamknęło się dwóch terrorystów
Fot. AP
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu