Biedne Haiti nie daje sobie rady z przyjęciem zagranicznej pomocy
Niemal tydzień po uderzeniu kataklizmu sytuacja na Haiti jest wciąż dramatyczna. Mimo uruchomienia międzynarodowej pomocy jeden z najbiedniejszych krajów świata ma olbrzymie problemy z jej przyjęciem i odpowiednim wykorzystaniem, a na ulicach karaibskiej republiki rozgrywają się mrożące krew w żyłach sceny.
Premier Haiti Jean-Max Bellerive mówi o minimum 100 tys. zabitych, jego minister spraw wewnętrznych szacuje liczbę ofiar na 200 tys., a przedstawiciele ONZ i organizacji pomocowych dodają, że "stolica kraju Port-au-Prince wygląda jak po uderzeniu bomby atomowej". Jeszcze gorzej jest na prowincji. Tylko w 200-tys. Leogane, gdzie znajdowało się epicentrum kataklizmu, zniszczonych jest według relacji wysłanników ONZ 80 - 90 proc. zabudowań, a życie stracił prawdopodobnie co dziesiąty mieszkaniec.
Z każdą godziną z Haiti docierają nowe doniesienia coraz dokładniej obrazujące rozmiary katastrofy. - Oprócz zabitych w regionie znajduje się około 37 tys. ciężarnych kobiet. Niektóre z nich pozbawione jakiejkolwiek opieki medycznej rodzą na ulicach. Śmiertelność noworodków, która i tak należała na Haiti do najwyższych na świecie, bije wszelkie rekordy - alarmowała wczoraj organizacja pozarządowa CARE.
Poruszony tymi wiadomościami świat robi wszystko, by pomóc Haiti. Wczoraj na wyspie miał wylądować sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun, który szacuje, że pomoc dla 3 mln Haitańczyków, którzy bezpośrednio ucierpieli wskutek wstrząsów, będzie kosztowała ok. 560 mln dol. Na miejscu była już sekretarz stanu USA Hillary Clinton. - Ameryka będzie z wami. Dziś, jutro i pojutrze - zapewniła. W podobnym tonie wypowiedział się prezydent Barack Obama, któremu w czasie konferencji prasowej w Białym Domu towarzyszyli jego poprzednicy George W. Bush i Bill Clinton.
Jednak mimo szybkiej mobilizacji społeczności międzynarodowej zacofane Haiti ma olbrzymie problemy z przyjęciem pomocy. - To zadanie jest w praktyce niemożliwe do zrealizowania. Trzeba pamiętać, że Haiti to jeden z najbiedniejszych i najsłabiej rozwiniętych krajów świata, gdzie struktury państwowe istnieją tylko w ograniczonym zakresie. 90 proc. życia gospodarczego od dziesięcioleci odbywa się poza oficjalnym obiegiem. Mieszkańcy od lat wegetują tylko dzięki pieniądzom przesyłanym z zagranicy. W tym kraju nie ma czegoś takiego jak zarządzanie kryzysowe - mówi nam Eduardo Gamarra, politolog i znawca historii z Florida International University w Miami. Jego zdaniem barierą nie do pokonania jest już sama infrastruktura, a właściwie jej brak. Od początku kryzysu na lotnisku międzynarodowym w Port-au-Prince wyposażonym w ledwie jeden pas startowy i skromny terminal cargo wylądowała tylko część samolotów z lekami i żywnością. Aż do soboty z powodu zniszczeń nie funkcjonował też lokalny port, a jego rolę wziął na siebie amerykański lotniskowiec USS "Carl Vinson", z którego mogły startować przewożące pomoc helikoptery. Dotarcie do bardziej oddalonych zakamarków kraju w ogóle nie wchodzi w grę z powodu kompletnego zniszczenia sieci dróg. - Ale nawet jeśli uda się rozwiązać problem logistyki, pozostaje jeszcze dystrybucja. Należy pamiętać, że Haiti to jedno z najbardziej skorumpowanych miejsc na ziemi. Trzeba spodziewać się lawiny marnotrawstwa i spekulacji. Szklanka wody może osiągnąć niebotyczną cenę, zanim ktokolwiek będzie mógł ją wypić - dodaje Eduardo Gamarra.
Jeszcze bardziej palącym problemem będzie wreszcie utrzymanie bezpieczeństwa. Od początku kataklizmu jego zapewnienie zostało w praktyce przekazane w ręce 3 tys. funkcjonariuszy ONZ, którzy stacjonują tam od zamieszek w 2004 r. Jednak zdaniem obecnych na miejscu obserwatorów błękitne hełmy mogą nie poradzić sobie z tym zadaniem. Tylko w ciągu weekendu doszło na Haiti do kilku strzelanin, walk o jedzenie oraz aktów szabrownictwa. - Na ulicach pojawili się ludzie uzbrojeni w noże, młotki, a nawet kamienie - relacjonował reporter Reutersa. Najgorsze może jednak dopiero nadejść, bo w czasie trzęsienia z więzień uciekło ponad 4,5 tys. groźnych przestępców, głównie członków gangów działających w stołecznej dzielnicy Cite Soleil, która przed kilku laty była nazywana przez ONZ najniebezpieczniejszym miejscem na ziemi. Teraz wszyscy obawiają się, że taka opinia może zostać rozciągnięta na całe Haiti.
@RY1@i02/2010/011/i02.2010.011.000.0011.001.jpg@RY2@
Haitańczycy plądrują ruiny jednego ze sklepów w Port-au-Prince
Fot. PAP/EPA
@RY1@i02/2010/011/i02.2010.011.000.0011.002.jpg@RY2@
Na ulicach haitańskiej stolicy przez cały weekend trwała walka o żywność
Fot. PAP/EPA
Haiti nieprzypadkowo znajduje się w gronie najbiedniejszych i najsłabiej rozwiniętych państw świata. Już samo położnie geograficzne sprawia, że karaibską wyspę regularnie pustoszą choćby huragany (tylko w 2009 roku doszło do trzech takich kataklizmów). Do tego dochodzi dramatyczna historia Haiti zamieszkanego w przeważającej mierze przez potomków czarnych niewolników z Afryki, które było w ciągu kilku wieków przedmiotem kolonizatorskiej polityki Hiszpanii i Francji. Niepodległość nie okazała się jednak wcale łatwiejsza. W XX wieku kraju nie postawił na nogi ani kleptokratyczny reżim rodziny Duvalierów (1957 - 1986), ani okres demokratyzacji, który zaowocował trwającym do dziś politycznym chaosem.
@RY1@i02/2010/011/i02.2010.011.000.0011.003.jpg@RY2@
16-miesięczna dziewczynka uratowana z kataklizmu
Fot. AP
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
współpraca kk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu