Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Tygrys w walizce podróżnej

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Szmuglerzy dzikich zwierząt bogacą się w szybkim tempie. Przemycanie kości słoniowej, żółwich jaj czy nawet hipopotamiątek daje im niemal równie wielkie zyski co handel bronią lub narkotykami

Przemyt zwierząt i fragmentów ich ciał stał się procederem niemal tak zyskownym, jak handel narkotykami czy bronią. W tej branży co roku obraca się miliardami dolarów, a największe siatki szmuglerów objęły zasięgiem cały świat. Ryzyko jest niewielkie, bo przemytnicy rzadko wpadają w ręce wymiaru sprawiedliwości, jeszcze rzadziej stają przed sądem, a jeśli już - są skazywani na grzywny, które nijak się mają do zysków.

Obroty przemytników szacuje się na 10 - 20 mld dol. co roku. Ceny najpopularniejszych "towarów" są imponujące: na Dalekim Wschodzie za całego tygrysa (żywego lub martwego - częściej to drugie) płaci się 50 tys. dol. Tygrysie skóry są na czarnym rynku warte od 1,5 do 20 tys. dol. za sztukę, kości - 3 - 7 tys. Cena kilograma kości słoniowej od kilku lat zbliża się do granicy tysiąca dol. Podobną sumę trzeba wydać na żywą szarą papugę z Afryki. Bossowie zarabiają jednak głównie na rarytasach. Stawki sięgają kilkudziesięciu tys. dol., np. 80 tys. musieli wysupłać kameruńscy handlarze, którzy dwa lata temu na pokładzie samolotu usiłowali przewieźć do Pakistanu... hipopotamiątko.

W sierpniu ubiegłego roku na lotnisku w Kuala Lumpur zamek walizki pewnego Malezyjczyka pękł, co "zwróciło uwagę lotniskowych służb" - jak napisano w oficjalnym raporcie. Pasażer wybierający się do Indonezji miał w podręcznym bagażu 95 maleńkich węży boa, dwie żmije i ściśle chronionego żółwia matamata.

Wpadka w Kuala Lumpur była dla światowych mediów jedynie kuriozalnym przypadkiem, o którym donoszono dla uciechy czytelników. Nieliczne zainteresowały się następstwami incydentu. Tymczasem okazało się, że niefortunnym przemytnikiem jest niejaki Anson Wong Ken Liang, ojciec chrzestny zwierzęcego biznesu.

Stworzony przez niego system idealnie oddaje specyfikę procederu. Wong wszedł do branży na początku lat 80. i przez 30 lat zbudował imperium obejmujące zasięgiem wszystkie kontynenty. Legalnie zaopatrywał ogrody zoologiczne na Zachodzie, był też dostawcą wężów, jaszczurek i żółwi do amerykańskich sklepów zoologicznych. Pod tą przykrywką rozwinął znacznie bardziej lukratywny interes: handel zwierzętami z pozoru nieosiągalnymi - od goryli po tygrysy. Na malezyjskiej wyspie Penang kupił sobie przychylność lokalnych władz, a w Kuala Lumpur - rządowego departamentu odpowiedzialnego za przestrzeganie CITES, ONZ-owskiej konwencji o ochronie ginących gatunków.

- Mogę stąd dostarczyć wszystko, gdziekolwiek - mówił arogancko amerykańskiemu agentowi, który trafił do niego, udając kupca, pod koniec lat 90. - Nic mi nie można zrobić. Mogę sprzedać pandę - i nic - podkreślał. Wkrótce Amerykanie z tajnej jednostki przy US Fish and Wildlife Service znaleźli jednak sposób, żeby wywabić go z malezyjskiego azylu. Wong został w 1998 r. aresztowany w Meksyku.

Po wyjściu na wolność w 2003 r. Malezyjczyk funkcjonował, jakby nic się nie stało - więcej, lokalne władze poparły i dofinansowały jego projekt założenia na Penang ogrodu zoologicznego wyłącznie dla tygrysów, kolejnej przykrywki przemytnika. Dopiero sierpniowa wpadka sprawiła, że Wong stracił licencje, a jego kolekcję zwierząt i majątek przejął rząd. Szmugler został też w listopadzie skazany na pięć lat więzienia - i był to pierwszy w Azji tak surowy wyrok dla przemytnika zwierząt.

W regionie funkcjonuje co najmniej kilkadziesiąt syndykatów. O rozmachu ich działań świadczą liczby: gdy w październiku tajska policja wzięła się za rozbijanie jednego z gangów, w jednym tylko magazynie znaleziono kilka tysięcy zwierząt. Grupa wysyłała za granicę 1,2 tony żywych i zamrożonych zwierząt... co tydzień!

Syndykaty opracowują starannie sposób przerzutu. Koniecznym wydatkiem jest łapówka np. dla celnika na granicy Rosji i Chin to ok. 20 - 250 euro. Za tę sumę strażnicy przymkną oko na ciężarówkę wypełnioną częściami ciał tygrysów. W Azji Południowo-Wschodniej szmuglerzy przerzucają transporty podnajętymi kutrami rybackimi. Najsprytniejsi przemycają pod przykrywką legalnego biznesu: amerykański właściciel sieci sklepów akwarystycznych sprowadzał do USA piranie i płaszczki - jako niegroźne gatunki ryb. Kość słoniową najłatwiej ukryć w... pracowni rzeźbiarskiej. Gangi znajdują też państwa z najsłabszym prawem i instytucjami chroniącymi przyrodę i tam legalizują najcenniejsze okazy. Tygrysy wjeżdżają ukradkiem, wyjeżdżają - jako towar legalny, dopuszczony do obrotu przez lokalne władze.

O skali procederu nie decyduje jednak jeden czy kilku bossów, ruch w interesie robią tysiące płotek.W sierpniu na lotnisku w Bangkoku wpadła Tajka, która w walizce próbowała przeszmuglować 3-miesięczne tygrysiątko. Statystycznie codziennie na całym świecie dokonuje się próby przemytu kilkuset zwierząt i blisko tony produktów ze zwierzęcych ciał. Państwa południowoazjatyckie ujawniły, że w 2008 r. w całym regionie przechwycono 18 tys. żywych zwierząt i przeszło 267 ton produktów wytworzonych na bazie części ich ciała.

Szmuglerzy korzystają z pełnego wachlarza metod używanych przez przemytników narkotyków. Nielegalne egzemplarze są ukrywane pod warstwą legalnie eksportowanych zwierząt - np. rzadko już występujące żółwie pod warstwami gadów, które można wywozić. 37-letni Niemiec, Sven Koppler, rozsyłał do czterdziestu krajów na całym świecie tarantule w plastikowych pojemnikach. Potrafił do jednego upchnąć blisko tysiąc sztuk pająków. Wpadł, gdy Amerykanie w trakcie rutynowej kontroli otworzyli jedną z paczek. Wyliczono, że na hodowli i nielegalnym handlu musiał zarobić w ciągu ostatniej dekady około 300 tys. dol.

Na całym świecie istnieje gigantyczny popyt na rzadkie i ginące gatunki. W USA, Europie czy Japonii funkcjonują zarówno kolekcjonerzy, którzy w przydomowych ogrodach trzymają żywe okazy, jak i odbiorcy części ciał zwierząt. Tylko w amerykańskim Teksasie u prywatnych właścicieli żyje prawdopodobnie ponad 4 tys. tygrysów - to więcej niż liczba tych zwierząt w stanie dzikim (ok. 3200 sztuk).

W Jemenie z pangolinów - łuskowców przypominających łasice pokryte łuskami - robi się rękojeści sztyletów i tradycyjnych mieczy. Dubaj stał się centrum handlu drapieżnymi ptakami. Ekscentryczni zbieracze żyją też w Europie: w zeszłym roku na 9 miesięcy więzienia został skazany Brytyjczyk, który zebrał kolekcję około 2 tys. ptasich jaj, w tym takich gatunków jak żuraw krzykliwy (na świecie żyje tylko około 400 par tego ptaka).

Szczególne miejsce w tym gronie należy się Chinom. W Państwie Środka oczy i uszy tygrysów są używane do przygotowywania leczniczych balsamów, kości i penisy trafiają do wina ryżowego i zup aplikowanych jako panaceum m.in. na artretyzm, reumatyzm czy impotencję. Popyt doprowadził do tego, że w Rosji, Indiach czy Nepalu populacja dzikich kotów została wyniszczona. W Indiach zaczęto strzelać też do tamtejszych lwów - nie są one cenione w chińskiej medycynie, za to ich kości trudno odróżnić od tygrysich. A to tylko początek listy chińskich zakupów. W rosyjskim Birobidżanie znaleziono ciężarówkę zmierzającą do Chin z ładunkiem 447 niedźwiedzich łap. Jest też popyt na woreczki żółciowe tego zwierzęcia. Rarytasem są żółwie i ich jaja: za egzemplarz maleńkiego cuora trifasciata można dostać nawet 1200 dol., z kolei jaja gigantycznego żółwia skórzastego uchodzą za afrodyzjak.

Od prawie 18 lat w Chinach obowiązują międzynarodowe przepisy dotyczące ochrony zagrożonych gatunków. Jednak ich wpływ na codzienne praktyki jest niewielki, doprowadził jedynie do wzrostu cen - a więc i zwiększył pokusę dla azjatyckich przemytników. Dlatego rządy szukają sposobów na ukrócenie procederu. W Zimbabwe władze postanowiły prewencyjnie odcinać nosorożcom rogi. W południowej i środkowej Afryce organizuje się wyprzedaże legalnie uzyskanej kości słoniowej (jednorazowe rzucenie na rynek 100 ton obniża ceny i poziom kłusownictwa na dobre 3 - 5 lat). W jednym z indyjskich rezerwatów dla tygrysów zdołano uchronić populację zwierząt, gdyż strażnicy przyjęli wobec kłusowników politykę "strzelaj, by zabić". Amerykanie postawili na srogie kary - tajlandzki boss szmuglerów, Samart Chokechoyma, w ojczyźnie ryzykuje maksymalnie 4 lata więzienia. W USA mógłby wylądować za kratami na 53 lata.

@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.186.0012.001.jpg@RY2@

Fot. AFP/East News

Tylko w regionie Azji Południowo- -Wschodniej służby celne przechwytują rocznie ok. 18 tys. żywych zwierząt i 267 ton produktów powstałych na bazie ich przetworzonych ciał

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.