Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Ukraiński teatr cieni

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Ile można? Czy już zawsze wszystko będziemy chcieli rozwiązać właśnie na Majdanie? Skoro i tak niewiele to daje? - mówi Ihor, który bierze udział w protestach w Kijowie

Barykady widać już z daleka. Ustawione z ławek, parkanów, drewna i metalowych barierek chronią Majdan przed niespodziewanym atakiem podległych władzy służb i chuliganów. W nocy rozpalony przy nich ogień i ludzie szukający tam schronienia od zimna tworzą szczególny nastrój stanu oblężenia.

Napędzane pulsującym ogniem migotliwe obrazy tańczą po fakturze barykad, tworząc własne unikatowe przedstawienia. Nowy ukraiński teatr cieni. Przy jednej z beczek z ogniem stoi grupa młodych chłopców. Najmłodszy ma 15 lat, najstarszy 23. Część z nich przyjechała ze Lwowa, część jest z Kijowa, jeden z Charkowa. Poznali się kilka godzin wcześniej, wszyscy zjawili się tutaj po tym, jak zobaczyli materiały z brutalnej pacyfikacji Euromajdanu.

- Poczułem, jakby ktoś napluł mi w twarz - mówi z zaciętą miną Ihor, rodowity kijowianin, najstarszy członek grupy.

- Zasnąłem na Ukrainie, obudziłem się na Białorusi... Nie, gorzej. W Kirgistanie - poprawia się 20-letni Ołeksandr, lwowianin, który na Majdan przyjechał z młodszym bratem. - W życiu nie spodziewałem się, że coś takiego stanie się w moim państwie.

- Ale my nie jesteśmy Białorusinami czy Rosjanami. U nas takie rzeczy nie przejdą. My, Ukraińcy, mamy swój honor - dorzucając drewna do ognia, stwierdza Rusłan, student medycyny we Lwowie. - Dlatego właśnie wybuchła rewolucja - dodaje.

Mąż zawsze wraca z rewolucji

Rewolucja. Powstanie. Przebudzenie. Te słowa padają w Kijowie na okrągło, odmienia się je przez wszystkie przypadki, wypowiada się, jakby były czymś zwyczajnym. Tak niepopularne po klęsce pomarańczowej rewolucji, tak niechciane i męczące. Jeszcze tydzień temu, w nocy z czwartku na piątek, gdy jechałem do Kijowa pociągiem ze Lwowa, 34-letni Ihor, przedsiębiorca i mój towarzysz podróży, ze smutkiem i rezygnacją żalił się, że już chyba zawsze będzie musiał jeździć na Majdan.

- Jako dzieciak stałem w żywym łańcuchu między Lwowem a Kijowem, brałem udział w akcji "Ukraina bez Kuczmy" (protesty z lat 2000-2001 przeciwko ówczesnemu prezydentowi, które wybuchły po opublikowaniu nagrań sugerujących jego udział w zleceniu morderstwa dziennikarza Heorhija Gongadzego - red.), w 2004 r. jako jeden z pierwszych rozbiłem namiot na Majdanie. Miał numer 20 - wspomina Ihor. Decyzję o kolejnym wyjeździe do Kijowa podjął, gdy usłyszał, że jadę tam ja, choć wahał się do ostatniej chwili. - Bo ile można? Czy już zawsze wszystko będziemy chcieli rozwiązać właśnie tam? Skoro i tak niewiele to daje?

W końcu pojechał. Gdy przygotowywał się do wyjazdu, jego żona Ludmyła, pakując rzeczy do plecaka, z uśmiechem powiedziała mi, że i tak wiedziała, że jej mąż tam pojedzie. Bo Ihor już tak ma - choć ma na głowie firmę, to i tak wszystko rzuci, gdy poczuje, że trzeba wyrazić swój głos.

- Nie boisz się o niego?

- Nie, bo zawsze wraca z rewolucji - śmieje się.

- Ale teraz macie dwójkę dzieci!

- No tak, ale co zrobić, gdy tak trzeba? Żona zostaje w domu z dziećmi, a mąż idzie walczyć o lepsze jutro. Boże, jakie to wszystko tradycyjne i powtarzalne u nas. Ciągle to samo...

Ihor i Ludmyła nie są w swoich osądach odosobnieni. Ukraińcy po klęsce pomarańczowej rewolucji popadli w stan apatii i braku wiary w możliwości zmian. Trudno zresztą im się dziwić - zwycięski w 2004 r. obóz pomarańczowych zrobił wszystko, by społeczeństwo straciło jakąkolwiek wiarę w swoją klasę polityczną i w to, że wybór którejś z politycznych sił może cokolwiek zmienić. Szybko rozpoczęta walka na górze między Wiktorem Juszczenką a Julią Tymoszenko obfitowała w ciosy poniżej pasa, a przede wszystkim w sojusze z jeszcze niedawnymi wrogami - Wiktorem Janukowyczem i Partią Regionów.

Opozycja błyskawicznie roztrwoniła kapitał polityczny, a sami Ukraińcy - nadzieję, że ich głos może zostać usłyszany. Protesty drobnych i średnich przedsiębiorców, manifestacje po przyjęciu ustawy dającej rosyjskiemu status języka regionalnego czy kolejne, cyklicznie zwoływane przez partie opozycyjne marsze i manifestacje nie były w stanie zmobilizować ogromnych rzesz ludzi. Pierwszą jaskółką ukraińskiego zrywu stały się protesty, których paliwem były europejskie aspiracje Ukraińców. Jednak i one po niepodpisaniu umowy stowarzyszeniowej z UE podczas ubiegłotygodniowego szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie wydawały się wygasać. W piątek 29 listopada organizatorzy byli praktycznie zdecydowani na zakończenie protestów dwa dni później, w niedzielę.

Ale nadszedł poranek 30 listopada i kilkadziesiąt minut, które zmieniły bieg zdarzeń.

Spowolniony internet

Na kijowskim Majdanie Nezałeżnosti zjawiłem się w piątek o godz. 17. Przemowy liderów opozycji mało interesowały zebranych, wszyscy czuli gorycz porażki i złość na swoją bezsilność. Wyszli na ulice, gdyż chcieli żyć w państwie, które przestrzega standardów, nie jest skorumpowane i wspiera obywateli. Chcieli otwartych granic, możliwości podjęcia studiów za granicą, a potem pracy. Chcieli demokracji i poszanowania praw człowieka. Mieli idealistyczną wizję Europy, ale co ważne - wcale nie pieniądze były ich najważniejszym pragnieniem, tylko standardy. Słowo klucz rozmów na euromajdanach.

Tamten wieczór spędziłem z ludźmi związanymi z organizacją kijowskiego centrum protestu. Z konwersacji wyłaniał się obraz chaosu i oddolnej organizacji. Protest ukonstytuował się samoczynnie, jego próba przejęcia przez polityków spełzła na niczym. W efekcie decyzje o tym, co się będzie działo każdego następnego dnia, podejmowano w trakcie wielostronnych spotkań, wszystko było organizowane na szybko. Koncerty, wystąpienia, hasła. Zero kontroli.

Trudno było zmobilizować sam Kijów, większość manifestantów przyjeżdżała z innych miast. Studenci bali się protestować, gdyż już przy okazji poprzednich protestów władze zadbały o to, by ci aktywni tracili miejsca w akademikach i oblewali egzaminy. Aż w końcu przyszedł moment oficjalnej odmowy podpisania umowy stowarzyszeniowej, który - wydawało się - zabił ducha protestu. Na ostatnią noc Euromajdanu zostali nieliczni, z ważnych polityków nikt.

Tamtych kilka nocnych godzin spędziłem na rozmowach, tak jak i większość ludzi na Majdanie. Przy koksowniku siedziałem z 19-letnim Andrijem, kijowskim studentem, 67-letnim emerytem Władem, 23-letnim dziennikarzem Serhijem, 69-letnią Ołeną i 34-letnią Anną. W poszukiwaniu ciepła po Majdanie krążyły grupy ludzi, duża część tańczyła i śpiewała piosenki, duża część stała w kolejkach po posiłek i herbatę. Kto mógł, rozmawiał - co teraz będzie?

- Przyszłość jest przed wami, dzieci - pocieszał Wład. - W was jest siła i energia, możecie zrobić wszystko!

- To, że teraz nie podpisał, nic nie znaczy! Jeszcze go do tego zmusimy! - wtórowała mu Ołena. - Będę z wami do końca, bo przecież musicie mieć lepsze życie, niż nam dano.

- Chciałbym, żebyście mieli rację... - niepewnie mówił Andrij. - Chciałbym podróżować, a może nawet kiedyś normalnie zarobić na Zachodzie. Byłoby super.

- A dokąd chciałbyś pojechać? - pyta z zainteresowaniem Anna.

- Do Portugalii. Widziałem zdjęcia z Algarve. Pięknie!

- Algarve? A co tam jest? - Ołena patrzy z uśmiechem na chłopca.

- Poszukamy zdjęć, tylko odpalę internet - pospieszyła z pomocą Anna. Po dłuższej chwili jednak mówi: - Dziwne, strasznie wolno działa mi przeglądarka.

- Oj, dzieci, to niedobrze. Mówią, że takie problemy zaczynają się pojawiać chwilę przed tym, jak władza coś szykuje - nadzwyczaj spokojnie stwierdził Wład.

- A nie mówiłem... - pod nosem szepcze Serhij, który kilka godzin wcześniej powiedział mi, że ma przeczucie, że dzisiaj władza zajmie Majdan. O trzeciej lub czwartej nad ranem, tak jak ma to w zwyczaju przy podobnych akcjach.

Kiedy Anna zauważyła problemy z internetem, była 3.14.

Celowali w głowy

Godzinę później na Majdan wjechały ciężarówki z elementami konstrukcyjnymi noworocznej choinki, a także z barierkami, które robotnicy zaczęli rozstawiać. Ludzie nie zdążyli nawet zwrócić na to większej uwagi, gdy po Majdanie rozniósł się krzyk: "Berkut! Berkut!". Z ulicy Instytutśkiej zaczęły zbiegać oddziały sił specjalnych milicji. Funkcjonariusze trzymający długie czarne metalowe pałki szybko uformowali dwurzędowy szpaler, odgradzając zebranym w centrum Majdanu drogę ucieczki. Ktoś zaczął śpiewać hymn Ukrainy, po chwili śpiewał go cały plac. Berkut był coraz bliżej.

Wraz z wybrzmieniem ostatniego słowa pieśni tłum zaczął skandować: "Wszyscy razem do końca!" oraz "Milicja z narodem!". Chwilę po tym posypały się pierwsze ciosy. Bili tak, żeby bolało. Celowali w głowy, a tym, którzy uciekali - w nogi, by nie mogli biec. Kto podczas próby ucieczki upadł, był kopany i dalej okładany pałkami. Jakaś kobieta przewraca się w tłumie, reszta manifestujących zaczyna ją deptać. Bite są nastolatki i emerytki, a także starsi mężczyźni. Udaje mi się uciec. Szybko orientuję się, że cały plac jest obstawiony, biegnę do karetki. Obok niej stoi dwóch mężczyzn, wracali rano z imprezy. Jeden płacze, drugiego proszę o sprawdzenie, czy mam rozbitą głowę - otrzymałem cztery uderzenia pałką.

Chwilę potem z otoczonego Majdanu wychodzą kolejni uciekinierzy. Cali we krwi, niektórym krwotok z ran na głowie zalewa oczy, nie wiedzą, dokąd iść. Kogoś niosą za ręce i nogi - złamania kończyn. Jakiś starszy człowiek łapie się za serce - stan przedzawałowy. Potem będą krążyć plotki o ofiarach nocnego rozbicia Majdanu. Ciągle będzie wracać temat dziewczyny, która miała umrzeć na placu, i kilkunastu innych osób, które nie trafiły ani na milicję, ani do szpitala. Łącznie 22 ludzi, po których od początku protestu zaginął ślad, większość zaginionych po siłowym rozwiązaniu Majdanu.

Miałem to szczęście, że udało mi się potem spotkać jeszcze z Andrijem, Serhijem i Władem. Andrij miał rozbitą głowę z tyłu, włosy zlepione krwią. Serhija uratował plecak, który zamortyzował razy milicjantów. Wład od razu wskoczył pod jedną z ciężarówek. Dopóki Berkut nie pobiegł za uciekinierami dalej, starszy mężczyzna spomiędzy kół wozu kręcił film swoim aparatem. Co się stało z Ołeną i Anną - nie wiem do tej pory.

Wydarzenia z poranku 30 listopada diametralnie zmieniły sytuację na Ukrainie. Wcześniej najpopularniejszymi słowami były "Europa", "unia europejska", "Rosja" i "unia celna". Wokół tych pojęć, stosunku do nich, koncentrowały się rozmowy na ulicach ukraińskich miast. Teraz nikt już o tym nie mówi, a jedynym słowem, któremu pozostali wierni Ukraińcy, jest "przyszłość". Tyle tylko że nikt nie wie, jaka ona będzie.

Drzewa poszły pod topór

- To już jest rewolucja, bez dwóch zdań - mówi 47-letni Ołeksij, były wojskowy pilot, który jest jednym z wolontariuszy w okupowanym przez manifestantów budynku kijowskiej rady miejskiej. Siedzibę stołecznego samorządu przejęli w minioną niedzielę nacjonaliści, podczas największych manifestacji od czasów pomarańczowej rewolucji. Na ulice Kijowa wyszło wówczas od 200 do 500 tys. ludzi, którzy jednym głosem krzyczeli: "Precz z bandą! Precz z kryminalistami! Rząd do dymisji!".

- Na protesty wyszedłem z żoną, po tym co zobaczyłem w telewizji. To było straszne, obrzydliwe. Ta władza wystąpiła przeciwko własnemu narodowi, podnosząc rękę na jego dzieci! Kiedy tylko zobaczyłem, że manifestanci przejęli ten budynek i tutaj wszedłem, od razu zrozumiałem, że właśnie rozpoczęła się walka do końca. Żonę wysłałem do domu, a sam tutaj już zostałem.

Na pytanie, na jak długo ma zamiar tu zostać, odpowiada: - Do samego końca. Niezależnie, jaki on będzie.

W głównej sali rady miejskiej na podwyższeniu stoi fortepian, na którym dla umilenia czasu manifestantom gra uczennica kijowskiego konserwatorium muzycznego, 19-letnia Ołena, urodzona i wychowana w Doniecku. Do instrumentu podeszła sama, bo chciała jakoś pomóc. A że na fortepianie gra od czwartego roku życia, właśnie w ten sposób włączyła się do rewolucji. Ze względu na swoje pochodzenie pozostaje jednak wciąż rodzynkiem wśród rewolucjonistów.

- Na wschodzie kraju, niestety, wciąż istnieje problem z dostępem do prawdziwej informacji - zauważa w przerwie między kolejnymi utworami Ołena. - Większość ludzi nie korzysta z internetu, a ci, którzy mają sieć, częściej są na WKontaktie lub Odnokłassnikach (pierwszy to wschodni odpowiednik Facebooka, drugi - Naszej Klasy) niż na Facebooku. A to właśnie tam jest najwięcej informacji i mobilizacji.

To prawda - ukraińska rewolucja jest kolejnym zrywem napędzanym nowoczesnymi technologiami. To właśnie dzięki Facebookowi, YouTube''owi czy Twitterowi ludzie przekazują sobie wieści i organizują protest. Dlatego do Kijowa tłumnie ściągają ludzie z zachodu i centrum kraju, ale także coraz więcej ze wschodu. Ci, którzy otrzymali prawdziwą informację, nie kalkulują. Panuje jedna zasada - niebezpieczna, nieszanująca obywateli władza musi odejść. Siłą rzeczy ktoś musiałby ją zastąpić, ale nawet w wypadku obalenia Partii Regionów opozycja nie będzie się cieszyć dużym poparciem społecznym, co najwyżej chłodną tolerancją.

Opozycja bowiem nie ma siły przebicia, a nieobecność jej przedstawicieli na placu Niepodległości podczas rozgonienia Euromajdanu także stała się przedmiotem krytyki. Głosy "Gdzie oni wówczas byli?" nie są rzadkością i tylko utwierdzają Ukraińców w ich krytycznym stosunku do wszystkich przedstawicieli partii politycznych. Nie oznacza to jednak, że pomocy polityków nie przyjmą, a i sami opozycjoniści od samego początku protestów starają się nadać im taki kierunek, jaki by sami chcieli.

Jak jednak mówią ludzie z ich bliskiego otoczenia, wciąż im się to nie udaje i to opozycjoniści ciągle dostosowują się do decyzji ludzi, a nie na odwrót. Opozycja w swoich próbach jednak nie ustaje i zapewne stąd m.in. dwa sztaby Majdanu - jeden w większości kontrolowany przez nacjonalistów (rada miejska) i drugi społeczny (budynek związków zawodowych), gdzie w przerwach między kolejnymi występami i rajdami po Majdanie rezyduje prawdziwa królowa Majdanu, piosenkarka Rusłana Łyżyczko, zwyciężczyni Eurowizji z 2004 r.

Szczególnie barwnym miejscem jest zdobyta rada miejska, gdzie panuje zorganizowany rozgardiasz, a tłumy ludzi przychodzą często po prostu popatrzeć, jak wygląda ten budynek od środka. Wielkim zainteresowaniem cieszy się ekspozycja, gdzie za gablotą leżą m.in. bokserskie rękawice Witalija Kłyczki. Nie jest to jednak tylko miejsce wycieczek. Zmęczeni ludzie leżą tam lub po prostu śpią, chorzy lub ranni mogą liczyć na opiekę medyczną, a głodni i zmarznięci - na posiłek i miejsce do ogrzania się. Wszystko za sprawą błyskawicznej samoorganizacji. Przy głównym stole siedzą wolontariusze i parlamentarzyści, którzy zbierają podpisy na listach wsparcia - każdy może zadeklarować, jakiej pomocy chce udzielać manifestantom. Może być to nocleg, prowiant, odzież, dyżur medyczny i wiele, wiele innych wariantów.

- Każda pomoc się liczy - mówi 43-letnia Iryna Sech, parlamentarzystka z ramienia nacjonalistycznej partii Swoboda. Od teraz wraz z kolegami partyjnymi organizuje prace jednego ze sztabów protestu. - I, jak widzisz, na zainteresowanie nie narzekamy.

Faktycznie, do stolika przy którym siedzą organizatorzy, ciągle podchodzą nowi ludzie i wpisują się na kolejne listy. Bo każdy czuje, że teraz to już nie jest zwykły protest i drogi odwrotu już nie ma.

Sam Majdan żyje atmosferą napiętego święta i niepewności. Na razie Ukraińcy czują się zwycięzcami. Zdobyte budynki, odbity Majdan oraz pogłębiająca się samoorganizacja tworzą świetną atmosferę. Wciąż jednak gdzieś w tle pobrzmiewa pytanie o przyszłość, nawet tę najbliższą. Bo tego, co może się wydarzyć choćby za godzinę, nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Na barykadach nocą rewolucyjny teatr cieni trwa w najlepsze. O to, a także o ciepło strażników Majdanu, dbają oni sami, dorzucając do beczek kolejne kawałki drewna, które regularnie przywożą samochodami kijowianie. Wraz ze zwiększeniem się liczby barykad i manifestantów zwiększyło się również zapotrzebowanie na opał. Stąd pod topór poszły już nawet niektóre drzewa na Chreszczatyku, reprezentacyjnej ulicy prowadzącej w stronę Majdanu Nezałeżnosti.

Grzejąc się w ogniu z beczki, pytam chłopaków, co zamierzają.

- Na razie chronimy Majdan i się stąd nie ruszamy - odpowiada Ihor.

- A jak przyjdą mrozy?

- Mamy drewno, ludzie przynoszą odzież, rozbijemy więcej namiotów.

- A jak zaatakują?

- Będziemy się bronić.

- A jak będą strzelać?

- Nie odważą się.

- A jeżeli jednak?

- To wtedy zobaczymy.

Przysłuchujący się naszej wymianie zdań chłopcy przytakują Ihorowi. Bo czują to samo. Że teraz już trzeba stać do końca, a innego wyjścia nie ma. Wszystko bowiem zmieniło się w ciągu kilkudziesięciu porannych minut 30 listopada.

Rewolucja. Powstanie. Przebudzenie. Te słowa padają w Kijowie na okrągło. Tak niepopularne po klęsce pomarańczowej rewolucji, tak niechciane i męczące

@RY1@i02/2013/236/i02.2013.236.00000150a.101.jpg@RY2@

Stoyan Nenov/Reuters/Forum

Tomasz Piechal

korespondencja z Kijowa

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.