Strefa 51 istnieje
Mówi się o niej: jeden z najgorzej strzeżonych sekretów. Czy teraz, gdy odtajniono dokumenty potwierdzające istnienie Strefy 51, nadal będzie można na niej zarabiać?
Tajna, rządowa baza pośrodku pustyni Mojave w słabo zamieszkanym stanie Nevada. Przy wjeździe do niej wiszą tabliczki ostrzegające ciekawskich przed utratą życia. Od dawna rozpalała wyobraźnię miłośników UFO i teorii spiskowych na jego temat. To tutaj rząd USA miał pracować nad zdobytymi artefaktami pozaziemskiej technologii, budować własne latające spodki, tutaj miał przetrzymywać istoty pozaziemskie - żywe lub martwe, w zależności od teorii. Atmosferę tajemnicy pogłębiało stopniowe i konsekwentne powiększanie zakazanego obszaru wokół strefy, tak że w końcu objął on w latach 90. okoliczne góry - jedyny punkt, z którego można było uzyskać sensowny widok na całość tajnej bazy.
Jednocześnie strefa stanowi jeden z wierzchołków złotego trójkąta UFO, wewnątrz którego kwitł biznes związany z zielonymi ludzikami. Drugim wierzchołkiem jest miasteczko Rosewell w stanie Nowy Meksyk, gdzie w 1947 roku miał się rozbić latający spodek, co armia USA chciała potem zatuszować, wymyślając dętą historyjkę o balonie meteorologicznym. Trzecim wierzchołkiem jest stolica Arizony Phoenix, gdzie ufolodzy zawitali w 1997 r. po pojawieniu się na niebie tajemniczych świateł.
Certyfikat porwania
Dzięki temu ostatniemu wydarzeniu, w którym dziesiątki naocznych świadków widziało wędrujące po niebie punkty świetlne (później, jak zwykle okazało się, że to wojskowy samolot zrzucał flary) w Phoenix powstał całkiem prężny przemysł oparty na ufologii. Tutaj produkowano niskobudżetowe dokumenty, wydawano książki, organizowano seminaria. W Rosewell, które było mekką ufologów przez ponad 50 lat, wciąż można odwiedzić Międzynarodowe Muzeum UFO, a co roku w lipcu organizowany jest Festiwal UFO. Tam oczywiście można wygrać konkurs na najlepsze przebranie lub na najlepsze przebranie swojego psa za istotę pozaziemską. Bo znakomita część biznesu UFO to właśnie nawiązywanie do popkulturowych mitów.
Ufobiznes to takie sklepy z pamiątkami jak Alien Research Center (Centrum Badań nad Obcymi) w Hiko w Newadzie, do którego wejście zdobi wielka figura najbardziej znanego obcego związanego z tym obszarem, czyli szaraka o wielkiej głowie i dużych, czarnych oczach. Ale także motele, na przykład istniejący od 25 lat Little A’Le’Inn w liczącym 57 mieszkańców Rachel. Na miejscu można się napić "obcego" wina (produkowanego w północnej Kalifornii). A na koniec pobytu właścicielka Pat Travis własnoręcznie wypełni certyfikat potwierdzający porwanie przez obcych. Tuż po odtajnieniu dokumentów wyrażała nadzieję w "New York Timesie", że nakręci to na nowo zainteresowanie tematyką Strefy i rozrusza jej przywiędły biznes. Bo UFO jako kulturowy mit okres świetności ma już za sobą.
Wraz z wygasaniem mitu spada zainteresowanie miejscami związanymi z UFO. W latach 90. zielone (w trójkącie raczej mówi się o szarych) ludziki idealnie wpisywały się w klimat końca millenium. Amerykańska popkultura wyprodukowała hity luźno nawiązujące do miejsc z trójkąta, które zdobyły olbrzymią popularność. W "Dniu Niepodległości" decydujący atak na chcących podbić ziemię kosmitów zaczyna się z terenu Strefy 51. Masową wyobraźnię rozpalał serial "Z Archiwum X", chociaż poszukujący prawdy o wpływie życia pozaziemskiego na Ziemię agenci FBI Mulder i Scully w rzeczywistości na terenie Strefy 51 zagościli tylko raz.
Niestety, w świecie rzeczywistym historia Strefy 51, jak to zwykle w takich wypadkach bywa, jest prozaiczna, i to bardziej, niż mogłoby się wydawać.
Raj pośrodku pustyni
Na początku lat 50. władzom Stanów Zjednoczonych zaczął doskwierać brak aktualnej wiedzy na temat możliwości militarnych Związku Radzieckiego. Informacje wywiadowcze zebrane w trakcie i w latach po drugiej wojnie światowej szybko się dezaktualizowały. Pojawiła się potrzeba opracowania samolotu, który będzie latał tak wysoko, że nie będą go w stanie wykryć radzieckie radary. Taki samolot mógłby przelecieć nad terytorium ZSRR i wrócić niezauważony. Projekt był tak tajny, że nie można był nazwać go po prostu "samolotem zwiadowczym". Zrezygnowano też z bombowca, myśliwca czy transportowca. Ostatecznie ukryto go pod nazwą "samolot użytkowy" (utility aircraft). W tamtych czasach US Air Force miała na służbie tylko dwa modele takich samolotów - U-1 i U-3 - więc ostatecznie zdecydowano, że powietrzny zwiadowca będzie nazywał się U-2.
I tu zaczyna się historia Strefy 51. Kiedy samolot znajdował się już w zaawansowanym stadium konstruktorskim, zaczęto szukać odpowiedniego miejsca do jego testowania. 12 kwietnia 1955 roku zaangażowani w program U-2 oficerowie CIA lecieli w poszukiwaniu takiego miejsca małym samolotem nad pustyniami Nevady. Zauważyli coś, co z góry wyglądało jak pas startowy położony obok gigantycznego pola solnego, zwanego jeziorem Groom. Znajdowali się nad północno-wschodnim krańcem Obszaru Testowego Nevada, gdzie Komisja Energii Atomowej dokonywała pierwszych prób atomowych. Po krótkiej naradzie, gdzie posadzić samolot, zdecydowali się wylądować jednak w solnym polu. Ów pas startowy był używany w trakcie drugiej wojny światowej jako strzelnica treningowa dla wojskowych pilotów. Z nieba lądowisko wyglądało na asfaltowe, ale w rzeczywistości był to po prostu utwardzony teren, który po dekadzie nieużytkowania zamienił się w pole pokryte drobnym pyłem sięgającym człowiekowi po kostki. Gdyby zdecydowali się mimo wszystko wylądować na pasie startowym, samolot prawdopodobnie zaryłby nosem w piachu, zabijając lub poważnie raniąc pasażerów - wszystkich kluczowych dla programu U-2. Zdaniem Chrisa Pococka, brytyjskiego historyka i najlepszego specjalisty od programu U-2, jest to pierwszy przypadek, kiedy oficjalnie pojawia się nazwa jeziora Groom.
Nazwa "Strefa 51" pochodzi z przypadku. Po powrocie ze zwiadowczej wycieczki oficerowie CIA skonsultowali się z szefem Agencji, który wstępnie zaaprobował pustynną lokalizację. Następnie zwrócił się do Komisji Energii Atomowej, aby włączyła jezioro Groom w obręb posiadanych przez siebie terenów w Nevadzie. Przewodniczący KEA adm. Lewis Strauss bardzo chętnie się zgodził. Na propozycję przystał także prezydent Dwight Eisenhower. Nazwa "Strefa 51" jest najprawdopodobniej pochodną nomenklatury, jaką KEA przyjęła w odniesieniu do Obszaru Testowego Nevada. Był on bowiem podzielony na równe, prostokątne jednostki i nazwa każdej składała się ze słowa "strefa" i liczby. Żeby jednak umilić zaangażowanym w projekt ludziom przeprowadzkę na środek pustyni, postanowiono nadać miejscu bardziej swojsko brzmiącą nazwę "Ranczo Raj" lub po prostu "Ranczo". Jak się później okazało, kultura popularna nie podchwyciła tej drugiej nazwy. Dla niej to miejsce na zawsze już zostało "Strefą 51".
Domniemane wizyty UFO zaczęły się krótko po tym, jak rozpoczęto testy U2. Nawet jeśli Nevada znajdowała się na kompletnym odludziu, trudno było ukryć niezgłaszany cywilom samolot. Zaobserwowane UFO zgłaszali kontrolerzy, którym samolot wyświetlał się na radarze, piloci samolotów pasażerskich. Jeśli pogoda była dobra, światło słoneczne odbijało się od srebrnego kadłuba samolotu. Ponieważ wtedy powszechnie uważano, że nie ma maszyny zdolnej do latania na wysokości 60 tys. stóp, błysk światła na tej wysokości przyciągał uwagę pilotów i wprawiał w osłupienie. Z tego względu Siły Powietrzne uruchomiły operację Blue Book, która miała na celu tropienie wszelkich doniesień o UFO. Następnie sprawdzano, czy dane doniesienie pokrywa się z lotami U2. Jeśli tak, preparowano specjalne raporty mające na celu wytłumaczenie zagadkowych zjawisk naturalnymi fenomenani. W latach 50. i 60. samoloty U-2 były odpowiedzialne za połowę objawień UFO.
Objawienia następowały także później, bowiem baza służyła do oblatywania następcy U-2, czyli samolotu Blackbird SR-71. Tutaj także trafiały w celu analizy sowieckie samoloty przechwycone w trakcie zimnej wojny. Prozaiczne. Jednak zdaniem niektórych potwierdzenie istnienia bazy o nazwie "Strefa 51" nie spowoduje spadku zainteresowania tą tematyką. Wręcz przeciwnie: ludzie zaczną zadawać nowe pytania.
Na koniec ciekawostka: zdaniem Pococka dokumenty potwierdzają, że w program U-2 zaangażowano przynajmniej jednego pilota Polaka. Niestety, ten fragment wciąż jest tajny.
@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.000002300.101.jpg@RY2@
Ap
Jakub Kapiszewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu