Rewolucjoniści i milcząca większość
Razem jesteśmy silniejszym krajem, a osobno nasza pozycja w Europie i na świecie osłabnie - tłumaczą zwolennicy związków z Londynem. Ale ci, którzy chcą niepodległej Szkocji, przekonują, że Północ sama sobie poradzi
Bomba wybuchła niecałe dwa tygodnie przed terminem głosowania. Od momentu, gdy rząd Davida Camerona i autonomiczne władze szkockie uzgodniły, że referendum w sprawie niepodległości Szkocji odbędzie się 18 września 2014 r., w każdym z sondaży przewagę mieli zwolennicy utrzymania związków z Londynem. Czasem wynosiła ona kilkanaście punktów procentowych, czasem kilka, stale była ona jednak na tyle duża, by uznać wynik głosowania za niemal przesądzony. Aż tu w przedostatni weekend kampanii opublikowano badanie, w którym dwupunktową przewagę mieli zwolennicy secesji. We wszystkich kolejnych sondażach szanse obu stron były równe bądź przewaga którejś z nich mieściła się w granicach błędu statystycznego. Niepodległość Szkocji, a co za tym idzie rozpad Wielkiej Brytanii, nagle przestały być mrzonką szkockich nacjonalistów, a stały się zupełnie realną perspektywą.
Niebieskie koszulki
Niedzielne wczesne popołudnie, krajowa centrala kampanii Yes Scotland, która skupia wszystkie ugrupowania popierające niepodległość. Choć do głosowania pozostały zaledwie cztery dni, w biurze przy Hope Street w Glasgow siedzi tylko kilka osób. - To dlatego, że my nie prowadzimy kampanii, jaką zwykle prowadzą partie polityczne, tzn. że każda osoba ma swój odcinek pracy do wykonania i jest z tego rozliczana. Nasza kampania jest bardzo oddolna, każda grupa, która działa na poziomie lokalnym, sama decyduje, co chce zrobić na rzecz niepodległości - wyjaśnia mi Roddy Thompson, który w Yes Scotland odpowiada za komunikację z mediami. Jak to wygląda w liczbach? - Mamy około 300 lokalnych grup, każda z nich liczy między 30 a 400 osób, dodatkowo są jeszcze takie organizacje jak Azjaci na rzecz Niepodległości czy Polacy na rzecz Niepodległości. Szacujemy, że łącznie w naszej kampanii aktywnie działa ponad 20 tys. wolantariuszy - mówi. Przykład takiej oddolnej inicjatywy, o której wspomniał, napotkałem 15 minut wcześniej - jedną z głównych ulic Glasgow przejechała kawalkada około stu samochodów obwieszonych szkockimi flagami i trąbiących niemiłosiernie. Kawalkada, mimo że skutecznie zablokowała ruch, odbierana jest przez przechodniów bardzo pozytywnie - sondaże dodały wiatru w żagle zwolennikom niepodległości i to widać. Także w biurze przy Hope Street, do którego co chwilę ktoś przychodzi, a to, aby wziąć znaczek, ulotki, a to, by kupić niebieską koszulkę z napisem "Yes". Co najważniejsze, przekłada się to na referendalne głosy. - Sprawa niepodległości budzi ogromne emocje i setki tysięcy ludzi, którzy zwykle nie głosują, teraz się zarejestrowało, by wziąć udział w referendum. Według naszych badań większość z nich ma zamiar głosować na "tak", podobnie jak dwie trzecie niezdecydowanych, więc ten wzrost poparcia w sondażach w ostatnich dniach nie jest dla nas wielkim zaskoczeniem - przekonuje Roddy Thompson. Tym bardziej że jak twierdzi, tylko niewielka grupa z tych, którzy zamierzają głosować przeciw - członkowie uprzywilejowanego establishmentu - z zasady odrzuca ideę niepodległości, bo im się to nie opłaca. Większość nie jest jej przeciwna, lecz ma różne obawy z tym związane lub też uważa, że tempo jest zbyt szybkie - wolałaby, żeby Londyn przekazał Szkocji więcej uprawnień. Są to więc ludzie, których można przekonać.
Druga Norwegia
Aby zobaczyć, jak toczy się walka o niezdecydowanych, a zarazem jak wygląda kampania oddolna, wybieram grupę Yes Kelvin, która w niedzielne popołudnie rozkłada stolik w centrum Glasgow. Na nim ulotki, znaczki, T-shirty. Obok - kilkoro aktywistów kampanii. Nawet nie muszą zatrzymywać przechodniów, wielu z nich przystaje, pyta się o różne rzeczy, bierze gadżety, czasem ktoś coś kupuje. Nie rzadziej niż co kilka minut kierowca przejeżdżającego samochodu przyjaźnie zatrąbi lub pokaże w kierunku stolika uniesiony w górę kciuk. Graeme Sneddon, z którym przyszedłem do stolika, ma 23 lata, jest studentem i od dwóch lat działaczem grupy Młodzież na rzecz Niepodległości. Jego motywacje są patriotyczno-ekonomiczne. - W kampanię Yes Scotland zaangażowałem się, jak tylko okazało się, że będzie referendum. To dla nas wyjątkowa szansa na odzyskanie niepodległości. Nikt nie kwestionuje tego, że Szkoci są odrębnym narodem, w związku z tym chcemy mieć własne państwo. Potrafimy sami decydować o swoim losie lepiej, niż to robi Londyn, a dzięki złożom ropy i gazu będziemy zamożnym państwem. W Europie wiele jest przykładów małych państw, które świetnie sobie radzą - wyjaśnia. Przykład leżącej po drugiej stronie Morza Północnego i równie zasobnej w złoża ropy i gazu Norwegii przemawia do wyobraźni. O planach gospodarczych Szkocji dużo - i w zupełnie innym stylu - mówi też Paul Bassett, który jest Anglikiem od 30 lat mieszkającym w Szkocji, a na co dzień zajmuje się nauczaniem angielskiego. Rozmawiam z nim o tym, jakie są główne obawy ludzi niezdecydowanych jeszcze, jak głosować. - Na to największy wpływ mają media. Jak akurat trąbią o gospodarce, to ludzie zaczynają się obawiać o jej stan. Jeśli o obronności, to wtedy tym się martwią. Ale przekonujemy ich, że sami stworzymy lepszy, sprawiedliwszy kraj. Banki chcą się wynieść na południe? (Kilka dni wcześniej The Royal Bank of Scotland ogłosił, że w przypadku secesji przeniesie swoją siedzibę do Londynu - red.). Proszę bardzo, nie potrzebujemy ich tutaj! Stworzymy nowe banki, które będą służyć ludziom, a nie bankierom. Londyn chce zabrać Tridenty? (W Szkocji mieści się jedyna baza Royal Navy, w której stacjonują łodzie podwodne wyposażone w głowice nuklearne - red.). Świetnie, nie potrzebujemy ich! Niepodległa Szkocja będzie pokojowym państwem, które nie będzie prowadziło wojen - zapowiada. Wspomina jeszcze o parytetach, które będą obowiązywać we wszystkich instytucjach, o tym, że decyzje będą podejmowane bliżej ludzi i z myślą o nich. Szkoci od zawsze byli bardziej egalitarnym i mniej klasowym społeczeństwem niż Anglicy, więc takie rewolucyjne hasła - nawet jeśli, jak w tym przypadku, głoszone są przez Anglika - mają tu spore wzięcie.
Walka o status quo
Poniedziałek, trzy dni do głosowania. Okazuje się, że Roddy Thompson miał trochę racji, mówiąc, iż kampania przeciwników niepodległości jest bardziej establishmentowa. Podczas gdy w siedzibie Yes Scotland zorganizowanie rozmowy trwało chwilę ("Poczekaj, zaraz ktoś zejdzie, by z tobą porozmawiać"), w Better Together wszystko odbywa się formalną drogą. Telefonicznie dowiaduję się, że trzeba napisać e-maila w tej sprawie, ale i tak szansa na spotkanie jest niewielka, bo wszyscy są teraz bardzo zajęci. Najwyraźniej zwolennikom utrzymania unii z Londynem grunt zaczyna się palić pod nogami. Chcąc nie chcąc, od razu przechodzę do poziomu lokalnego i jadę do południowej części Glasgow, gdzie dołączam do jednej z grupek prowadzących canvassing, charakterystyczną dla krajów anglosaskich formę kampanii wyborczej polegającą na chodzeniu od domu do domu, rozmawianiu z mieszańcami o tym, czy i jak zamierzają głosować, przekonywaniu ich, upewnianiu się, że na pewno pójdą. Aislinn Robbie w czerwcu skończyła studia w Edynburgu, teraz zanim podejmie dorosłą pracę, w rodzinnym Glasgow jest wolontariuszką kampanii Better Together. - Nie chcę, abyśmy się któregoś dnia obudzili w znacznie gorszym położeniu, niż jesteśmy dziś. Szkocki rząd mówi o niepodległości, ale pozostawił zbyt wiele niewyjaśnionych kwestii, jak ona miałaby wyglądać - mówi. Aislinn, koordynatorka 10-osobowej grupy, wysyła każdego z jej członków do poszczególnych mieszkań, a następnie w teczce ze spisem okolicznych mieszkańców, z którymi przedstawiciele Better Together rozmawiali w ciągu ostatnich miesięcy, zapisuje efekty rozmów. Wraz z Dominikiem Sokalskim odwiedzam panią Ross. Pani Ross skłania się wprawdzie do tego, by głosować za niepodległością, bo daje ona nadzieję na zmianę na lepsze, ale jednocześnie jest pełna obaw. Ostateczną decyzję podejmie po mającej się odbyć nazajutrz ostatniej debacie między szkockim premierem Alexem Salmondem a liderem kampanii Better Together, byłym laburzystowskim ministrem finansów Alistairem Darlingiem. Gdy grupa Aislinn przechodzi później do dzielnicy zadbanych jednorodzinnych domów z ogródkiem, które rozciągają się koło narodowego stadionu piłkarskiego Hampden Park, ludzie są bardziej zdecydowani. Niekiedy nawet sami zatrzymują samochód, by poprosić o znaczek czy naklejkę z hasłem "No, thanks".
Dominik Sokalski jest Anglikiem polskiego pochodzenia - jego dziadek walczył w armii Andersa i po wojnie został w Wielkiej Brytanii - i nawet trochę mówi po polsku. Do Szkocji przyjechał na kilka dni, specjalnie po to, by wspomóc kampanię. - Zjednoczone Królestwo jest dobrze funkcjonującym organizmem, w którym prawa wszystkich narodów są respektowane i nie chciałbym, abyśmy to stracili. Razem jesteśmy silniejszym krajem, a osobno nasza pozycja w Europie i na świecie osłabnie. Poza tym szkocki rząd mówi, że chce przejąć całą odpowiedzialność za kraj, ale już teraz decyduje o prawie wszystkich szkockich sprawach i nie wykorzystuje tych kompetencji do przeprowadzania zmian, które obiecuje wprowadzić po ogłoszeniu niepodległości - przekonuje. Przyznaje on jednak, że prowadzenie kampanii na rzecz zachowania status quo jest trudniejsze, bo jak ktoś jest z czegoś niezadowolony - a takich ludzi zawsze jest wielu - najprostszą próbą rozwiązania jest zmiana. Na dodatek zwolennicy unii z Londynem niechętnie - i z pewną obawą - demonstrują swoje poglądy. Rzeczywiście, gdyby oceniać na podstawie plakietek przyklejonych w oknach domów, witrynach sklepowych, na szybach samochodowych czy noszonych T-shirtów, można by pomyśleć, że za niepodległością jest 80-90 proc. Szkotów. W ostatnich dniach pojawiły się wręcz oskarżenia, że zwolennicy oderwania się zastraszają przeciwników - najpierw ktoś powiedział, że ci, którzy są przeciwni secesji, nie są godni, by nazywać ich Szkotami, później na jednym z wieców polityk opowiadający się za unią został trafiony jajkiem, gdzieś indziej pozrywano plakaty czy wybito szyby, w których było wywieszone "No, thanks". Szkocki premier Alex Salmond oficjalnie potępia wszystkie tego typu incydenty, ale nie zmienia to faktu, że zdarzają się i że nie działają one na korzyść przeciwników niepodległości. - Ja sam z powodu angielskiego akcentu dwukrotnie podczas prowadzenia kampanii zostałem szturchnięty. To prawda, że nasi zwolennicy są mniej widoczni, nie tak głośni, nie tak aktywni, ale liczymy, że to właśnie ta milcząca większość rozstrzygnie o wyniku referendum - mówi Dominik Sokalski.
Sami stworzymy lepszy, sprawiedliwszy kraj. Banki chcą się wynieść na południe? Proszę bardzo, nie potrzebujemy ich tutaj! Stworzymy nowe banki, które będą służyć ludziom, a nie bankierom - mówi Paul Bassett, Anglik od 30 lat mieszkający w Szkocji
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.000001700.803.jpg@RY2@
Bloomberg
Bartłomiej Niedziński
korespondencja z Glasgow
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu