Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Żałośnie niedorobiony mundial

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Na trzy tygodnie przed finałami piłkarskich mistrzostw świata oraz na dwa lata przed igrzyskami działaczom sportowym nie pozostało nic innego, jak tylko pomstować na Brazylijczyków

Przygotowania do igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 r. są najgorsze, jakie kiedykolwiek widziałem - stwierdził pod koniec kwietnia wiceszef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Australijczyk John Coates, podsumowując swoją wizytę nad Amazonką. Budowa niektórych obiektów utknęła w martwym punkcie, szumnie zapowiadana rozbudowa infrastruktury podobnie, na dodatek jakość wody w największej metropolii kraju pozostawia wiele do życzenia. Komitet pewnie odebrałby Brazylijczykom prawa do organizacji imprezy - tyle że nikt nie przewidział takiego scenariusza.

- Myślę, że sytuacja jest gorsza niż w Atenach - mówił weteran ruchu olimpijskiego. - Tam mieliśmy do czynienia z jednym rządem i niektórymi kompetencjami władz miast. Tu mamy trzy takie szczeble. I niewiele dostrzegam koordynacji działań między poziomami władz federalnych, stanowych oraz miejskich. Jakby tego było mało, to miasto ma społeczne problemy do rozwiązania, a cały kraj musi się uporać z nadchodzącymi piłkarskimi mistrzostwami świata. Jest gorzej, niż się spodziewałem - konkludował gorzko Coates.

Co gorsza diagnozę tę można odnieść do całego kraju, w którym już za trzy tygodnie rozpocznie się mundial. - Hańba - skwitował dosadnie Pele, który nieoficjalnie jest twarzą nadchodzących wielkich imprez sportowych w Brazylii, raptem kilka tygodni po wystąpieniu Coatesa. - Było wystarczająco wiele czasu, żeby dokończyć stadiony. Nasza reprezentacja nie ma nic wspólnego z całą tą korupcją, która doprowadziła do opóźnienia w budowie stadionów. Winni są ci wszyscy źli ludzie, którzy ukradli przeznaczone na to pieniądze - mówił.

Chodzi wyłącznie o gringos

Protesty przeciw korupcji są jak najbardziej zrozumiałe - dowodził Pele w swoich komentarzach. - Ale użycie siły już nie - dorzucił. Problem w tym, że przemocy najwyraźniej nie da się uniknąć: tradycyjnie rozmiłowani w sporcie, zwłaszcza w piłce nożnej, Brazylijczycy tym razem sportowego spektaklu mają już najwyraźniej dosyć.

W połowie maja przez osiemnaście największych miast kraju przetoczyły się gwałtowne demonstracje, które przerodziły się w szereg "komitetów okupacyjnych" zajmujących parcele w pobliżu obiektów sportowych. Choć wciąż nie są one tak liczne, jak marsze miłośników piłkarstwa w ostatnich miesiącach, biorą w nich udział tysiące ludzi. W trakcie największego z protestów, w Sao Paulo, zaczęło się od zorganizowanych przez Ruch Bezdomnych Robotników blokad głównych ulic i transparentów z hasłem "FIFA go home". Potem w ruch poszły kamienie - roztrzaskano witryny sklepów, banków i salonów samochodowych. Policja musiała rozpraszać tłum za pomocą gazu łzawiącego. Do Recife rzucono wojsko, w tym mieście bowiem również policjanci ogłosili strajk.

- Mundial nie przyczynił się w niczym do poprawy naszej sytuacji - tłumaczyła reporterom Diana, manikiurzystka mieszkająca w jednym z subsydiowanych przez rząd domów w Sao Paulo. - Użyjemy go więc jako platformy pozwalającej usłyszeć nasz głos - zapowiadała. Z perspektywy protestujących sytuacja przeciętnych ludzi nie tylko się nie poprawiła, ale wręcz pogorszyła. W pobliżu reprezentacyjnego stadionu w Sao Paulo - Arena Corinthians - wyrosło namiotowe miasteczko znane jako Puchar Ludu. Jego mieszkańcy nie ukrywają wściekłości. - Koszty wynajmu mojego mieszkania w ciągu kilku miesięcy wzrosły ze 135 do 360 dol. To znacznie więcej niż płaca minimalna, moich synów nie stać już na wspieranie mnie - skarżyła się 64-letnia szwaczka Pedrina Josefina Felix.

Puchar Ludu ogłosił własny manifest. "Lud z biednych peryferii Sao Paulo nie pogodzi się z mundialowymi inwestycjami dokonywanymi przeciwko niemu. Itaquera (jedna z biedniejszych dzielnic miasta, w której usytuowany jest stadion Arena - red.) powstaje, by bronić swoich praw" - piszą z patosem jego autorzy. - Nigdy nie brałam udziału w inicjatywie takiej jak ta. Ale kiedy usłyszałam o niej i powiedziano mi, że mogę się przyłączyć, przybyłam tu biegiem - zwierzała się 27-letnia Maria Afrania da Silva. - Problemy mieliśmy na długo przed tym, gdy ogłoszono, że będziemy gościć mistrzostwa. Ten stadion tylko ściągnął na nie uwagę - dodawała.

No właśnie. Euforia, która ogarnęła Brazylijczyków po ogłoszeniu decyzji o przyznaniu prawa do organizacji mistrzostw świata - a także olimpiady w 2016 r.- nie wynikała jedynie z połechtanej dumy narodowej. - Mieliśmy nadzieję, że poprawią się nasze warunki życia. Ale oni nie starali się o mundial dla dobra ludu. Chodziło wyłącznie o gringos - sarkała w rozmowie z dziennikarzem "Los Angeles Times" Maria das Dores Cirquera, koordynatorka Ruchu Bezdomnych Robotników. Manifestują nie tylko robotnicy, którzy z powodu rosnących kosztów wynajmu zaczęli tracić dach nad głową. Protesty łączą anarchizujących studentów, rozgoryczonych nauczycieli, ekologów, a czasem - jak w Recife - również urzędników, w tym policjantów.

Obecnym manifestacjom daleko do gwałtownych protestów z ubiegłego roku, kiedy to na ulice brazylijskich metropolii wyszło przeszło milion demonstrantów. Mimo to, ze względu na zbliżającą się wielkimi krokami inaugurację imprezy, władze nie mogą sobie pozwolić na wizerunkową wpadkę. Kilkutysięczna manifestacja jest niewiele mniej trudna do upilnowania niż kilkusettysięczna. Dlatego prezydent Dilma Rousseff zwołała naprędce nadzwyczajne posiedzenie rządu, na którym zapowiedziała interwencyjną zabudowę części "okupowanych" terenów budynkami socjalnymi. Demonstracyjnie postanowiła też spotkać się z przedstawicielami protestujących.

Nic dziwnego, na początku października, raptem niecałe trzy miesiące po finale mistrzostw, Brazylię czekają wybory. Głosujący mogą wymieść całą klasę polityczną - wybierany będzie bowiem zarówno prezydent, jak i parlament federalny, gubernatorzy i legislatywy poszczególnych stanów. Reelekcja zobowiązuje choćby do robienia dobrej miny do złej gry. - Z tego, co widziałem, mamy do czynienia z pewnymi żądaniami robotników. Nie widziałem niczego, co wiązałoby się z mundialem - zapewniał po ostatniej fali zamieszek minister sportu Aldo Rebelo. - Nie trzeba więc panikować z powodu nadciągającej rzeszy trzech milionów brazylijskich i 600 tys. zagranicznych turystów - uciął.

31 000 procent marży

Takie zaklinanie rzeczywistości nie na wiele się jednak zda. Wydatki gabinetu Rousseff na organizację obu sportowych świąt są ostrożnie szacowane na 15 mld dol. W oczach rodaków pani prezydent są to pieniądze, które nie tylko zostały zabrane najbiedniejszym, ale też - w większości przypadków - bezczelnie rozkradzione. I trudno się spierać z takim punktem widzenia, gdyż media nad Amazonką regularnie donoszą o kolejnych skandalach korupcyjnych z "piłkarską" lub "olimpijską" kasą w tle.

Pierwszy z brzegu przykład - stadion w stolicy kraju, Brasilii. Mane Garrincha - jak nazywa się obiekt w tym 2,5-milionowym mieście, a właściwie miasteczku, jeśli porównać do Rio de Janeiro czy Sao Paulo - kosztował budżet kraju 900 mln dol. Czyni go to drugim najkosztowniejszym stadionem świata po nowym angielskim Wembley. Nie dość, że koszty budowy Mane Garrincha "spuchły" trzykrotnie, to jeszcze odbywało się to w karygodny sposób. Zgodnie z raportem audytora cena transportu siedzisk na teren budowy powinna wynieść 4,7 tys. dol. Konsorcjum budujące stadion wystawiło jednak rządowi rachunek za tę usługę opiewający na 1,5 mln dol. Jak wyliczyli dziennikarze Associated Press, którzy przeanalizowali całość inwestycji - to 31000-proc. marża. Na dodatek miasto nie ma nawet własnego zawodowego klubu piłkarskiego, który mógłby korzystać z obiektu po mundialu.

Tylko w przypadku Mane Garrincha niczym nieusprawiedliwione wydatki i zawyżone faktury według audytorów sięgnęły sumy 250 mln dol. - niemal jednej trzeciej całkowitych kosztów budowy. Jakby tego było mało, konsorcjum Andrade Gutierrez, które stawiało stadion, spóźniło się z zamknięciem prac o pięć miesięcy. Zgodnie z umową należała się za to kara w wysokości 16 mln dol. - tyle że urzędnicy jakby zapomnieli o zapisie. W skali całego kraju budżety budowy - lub renowacji - dwunastu aren, na których rozgrywane będą mecze, zostały przekroczone o 3,6 mld dol.

Cóż, jak konstatują reporterzy AP, najwyraźniej opłaciły się innego rodzaju inwestycje. W 2008 r. Andrade Gutierrez wysupłał w trakcie wyborów lokalnych w Brazylii skromne 73 tys. dol. na datki partyjne. Cztery lata później, już po decyzji FIFA oraz rozlokowaniu mundialowych aren po metropoliach kraju, konsorcjum wyłożyło na kampanie lokalnych polityków 37 mln dol. Można uznać, że była to wysoko oprocentowana lokata kapitału.

Od czasu do czasu, oczywiście, spadają głowy. Z powodu oskarżeń o korupcję Rousseff pozbyła się w ostatnich latach wielu współpracowników - stołki stracili m.in. ministrowie transportu, rolnictwa, turystyki, sportu i pracy. Odszedł też szef prezydenckiego gabinetu. Ale to jedynie wierzchołek góry lodowej. Z danych pozarządowej grupy Focus on Congress wynika, że około 40 proc. deputowanych zasiadających w federalnym Kongresie musi się bronić przed zarzutami kryminalnymi związanymi z łapownictwem. Tylko w sprawach związanych z organizacją mistrzostw świata wszczęto już kilkanaście śledztw. - Korupcja podąża za pieniędzmi, a one dziś są w Brazylii. Z mundialem wiążą się olbrzymie pieniądze - wzdychał założyciel grupy Contas Abertas, domagającej się transparentności rządowych wydatków, Gil Castelo Branco.

Żałośnie systematyczne

I to nawet nie fakt, że politycy - pospołu z biznesmenami - kradną, wywołuje największe rozgoryczenie. Kradną w końcu nie od dziś, nie tylko w Brazylii. - To pomnik smutku i marnotrawstwa - podsumował strażnik pilnujący stadionu w Brasilii Paulo Rodrigues. - Nie mam nic przeciwko mundialowi, ale frustruje mnie, ile pieniędzy na to wszystko wydano i ile korupcji się z tym wiąże. Poza tym, gdy politycy budują drogę, nawet jeśli są przy tym przekręty, na koniec mamy przynajmniej drogę. A ten stadion oznacza, że nie będziemy mieli z tego nic - tłumaczył.

Takie skargi nie są jednak do końca usprawiedliwione. Wraz z decyzją o organizacji obu wielkich imprez sportowych gabinet Rousseff podjął decyzję o rozpoczęciu kilkudziesięciu wielkich projektów infrastrukturalnych w dwunastu metropoliach mających gościć mundial. Trudno dziś ocenić, jakie wydatki poniesiono z tego tytułu, ale zgodnie z zapowiedziami sprzed dwóch lat miały one przekroczyć 18 mld dol., obejmując przede wszystkim transport miejski - a więc linie metra i komunikację naziemną w miastach, ale też np. połączenie kolejowe między Sao Paulo a Rio de Janeiro, modernizację infrastruktury lotniskowej i portowej. Rok temu sprywatyzowano kilka najważniejszych lotnisk w Brazylii, co dało nie tylko natychmiastowy zastrzyk gotówki, ale pozwalało też przerzucić koszty bieżącego utrzymania na inwestorów.

Ten ostatni element przedmundialowej rozgrywki wyszedł władzom najlepiej. Zgodnie z opinią analityków firmy Fitch Ratings brazylijskie lotniska powinny sobie najlepiej poradzić z 3,5-milionową rzeszą kibiców, która będzie kursować między krajowymi arenami sportowymi. Gorzej z infrastrukturą miejską: mimo że władze największych metropolii zapowiedziały, że dni, w które rozgrywane będą mecze, zostaną uznane za dni świąteczne -pracownicy i urzędnicy dostaną wolne - autobusy i metro najprawdopodobniej będą zatłoczone ponad miarę. "Choć ogłoszenie świąt znacznie zmniejszy ruch uliczny, jest nieprawdopodobne, by środki te w pełni zaspokoiły potrzeby" - napisali eksperci Fitcha w swoim raporcie.

W innych przypadkach jest jednak znacznie gorzej. - Nie jesteśmy gotowi - podsumowuje lakonicznie Rui Filho, fotograf mieszkający w Belo Horizonte. - Można to wyczuć w powietrzu: strach przed potencjalną porażką jest wyczuwalny wszędzie - dodaje. No i te opóźnienia - sześć z dwunastu stadionów, mających gościć piłkarską czołówkę świata, nie zostało oddanych na czas (czyli do końca 2013 r.). Te obiekty, które oficjalnie zostały zbudowane lub odnowione w terminie, pozostawiały wiele do życzenia: rok temu, podczas ceremonii ponownego otwarcia legendarnego stadionu Maracana w Rio de Janeiro fotografowie mieli zakaz robienia zdjęć poszczególnych części obiektu - najwyraźniej kompletnie ominiętych przez budowlańców. Z kolei w Sao Paulo fragment dachu zawalił się w listopadzie, grzebiąc dwóch robotników.

- Odkrywanie kolejnych niedoróbek i opóźnień stało się żałośnie systematyczne - konkluduje Gil Castelo Branco. - Budzimy się, stwierdzając, że olbrzymie środki zmarnowano na ekstrawaganckie projekty, podczas gdy nasze szkoły są wciąż w rozsypce, a ścieki płyną ulicami - dodaje. I nie jest to metafora: w gorączce przygotowań zapomniano choćby o farmach wiatrowych, których po zakończeniu budowy nie przyłączono do sieci energetycznej albo o kluczowym dla nawiedzanych suszą północno-wschodnich terytoriów kraju projekcie betonowych kanałów nawadniających. Ten drugi, wart 3,4 mld dol., projekt miał być sfinalizowany w 2010 r. W centrum Rio można natknąć się na szkielety luksusowych hoteli, jakie developerzy chcieli postawić przed mundialem. Dziś straszą pustką.

- Projekty, bywa, powstają z opóźnieniem - odpierał zarzuty minister transportu Cesar Borges. - Na całym świecie, nie tylko w Brazylii - dorzucał. Prawda, ale nigdzie chyba nie ma ich tak wielu, jak właśnie w Brazylii. I zaczynają się już rządowi odbijać czkawką. Wzrost gospodarczy w tym roku sięgnie mizernego poziomu 1,63 proc. (cztery lata temu było to, dla porównania, 7,5 proc.), a poparcie dla Dilmy Rousseff zjechało do 36 proc. Jeśli tak dalej pójdzie, autorzy wielkiego sukcesu, jakim było ściągnięcie do kraju mistrzostw świata w piłce nożnej i pierwszej w Ameryce Południowej olimpiady, tę drugą będą mogli pooglądać jedynie w telewizji.

@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.000001600.101.jpg@RY2@

Paulo Santos/Reuters/Forum

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.