Świat z poziomu chodnika
Najładniejsze pieniądze to funty, najpiękniejsze kobiety są w Estonii, a najbardziej policja bije na Cyprze. Oto opowieść człowieka, który przez sześć lat był zmuszany do żebrania w Europie
Do Patras przyjechaliśmy autokarem. Ja, jeszcze dwie inne osoby do żebrania oraz kilkoro Cyganów. Niektórzy z nich żebrali, inni się nami "opiekowali". W sumie była nas ósemka. Już następnego dnia poszliśmy żebrać. Cyganie, którzy byli w tym greckim mieście wcześniej, zaprowadzili nas w miejsca, w których jest duży ruch - opowiada Constantin z Rumunii, który ostatnie sześć lat spędził, żebrząc w całej Europie. Był współczesnym niewolnikiem, choć sam tak o sobie nie myśli. Stary Kontynent przemierzył wzdłuż i wszerz. Jego relacja to spojrzenie na Europę z poziomu klęczenia na chodnikach.
- Jak to się stało, że wyjechałem na żebry? Jakoś tak wyszło. W 2008 r. do mojej wsi w Rumunii przyjechali Cyganie. Mówili, że szukają chętnych do pracy na Zachodzie. Nęcili, więc się zdecydowałem. Umowa była taka, że oni załatwią przejazd do Grecji, ja będę dla nich żebrał przez dwa miesiące, może ciut dłużej, w tym czasie się zaaklimatyzuję, a potem znajdę dla siebie inną pracę. Ich propozycja była dla mnie atrakcyjna, bo sam nie zdecydowałbym się na wyjazd na Zachód, choć Rumunia była już wtedy członkiem UE - wspomina mężczyzna. Nie ma 60 lat, a wygląda, jakby miał ich ponad 70. Gdy w październiku ubiegłego roku trafił do szpitala wojskowego w Małopolsce, długa broda postarzała go jeszcze bardziej.
Wenecja nie jest dobra
- Żebraliśmy przez całe dnie. Po kilku dniach Cyganie stwierdzili, że za mało zarabiam i przed pracą powinienem wypić. I zaczęli kupować mi alkohol. Od razu zaczęło mi iść lepiej. Mój zarobek skoczył z 20-30 euro do 80-90 euro, czasem nawet 120 dziennie. Po wypiciu byłem bardziej natarczywy, odważniej wyciągałem ręce do ludzi. Co piłem? Piwo, wino, koniak. Wódkę też - wspomina Constantin, który czekając na wyjazd do Rumunii, w czasie naszej rozmowy przebywał w bezpiecznym miejscu w Warszawie, które dla ofiar współczesnego niewolnictwa prowadzi fundacja La Strada.
- Generalnie w żadnym mieście nie siedzieliśmy zbyt długo. Trzy miesiące najdłużej. Tak długo, jak pogoda była ładna, spaliśmy na dworze. Gdy padało lub robiło się chłodniej, szukaliśmy pokoi do wynajęcia, pustostanów czy ruder. Co robiliśmy wieczorami? Były imprezy. Cały czas. Ogniska, alkohol, tańce. No i każdy się chwalił, ile zarobił, przerzucaliśmy się liczbami. Opowiadaliśmy też sobie, co się wydarzyło w ciągu dnia - mówi żebrak.
Constantin, który ma problemy z nogami i z trudem chodzi, okazał się być tak skutecznym żebrakiem , że jego "pracodawcy" nie chcieli się z nim rozstać. - Po dwóch miesiącach Cyganie powiedzieli, że nie mogę od nich odejść. Jak zareagowałem? Chciałem się od nich uwolnić, ale nigdzie nie znalazłem pomocy. A nawet jak uciekałem, Cyganie zawsze mnie znajdowali, nigdy nie udało mi się oddalić zbyt daleko. Bili mnie wtedy i powtarzali, że do nich należę. Na policję chodziłem wielokrotnie, ale nie chciałem składać przeciwko nim zeznań. Bo było mi ich szkoda, nie chciałem, żeby poszli do więzienia. Choć to, jak oni bili innych, także niepełnosprawnych, którzy dla nich żebrali, było przerażające - tłumaczy, popijając czarną kawę.
Po opuszczeniu Patras jeździli po Grecji, nieustannie zmieniali miejsca w poszukiwaniu zarobku, rozmawiali z podobnymi grupami i wymieniali się informacjami. W sumie w Grecji Constantin spędził dwa lata. - Stamtąd pojechaliśmy do Włoch, promem do Wenecji. Czy zwiedziłem to miasto? Byliśmy tam dwa dni. Nie było to zwiedzanie turystyczne, ale żebranie. Ale zobaczyłem. Tam nie jest fajnie, bo na ulicach jest zwyczajnie za dużo wody. To nie jest dobre miejsce do pracy. Potem ruszyliśmy pociągiem do Triestu, gdzie w pobliżu dworca spaliśmy w opuszczonym budynku. Jak przybywaliśmy do nowego miejsca, zawsze kontaktowaliśmy się z miejscowymi Cyganami i ustalaliśmy z nimi szczegóły, oni nam też doradzali, gdzie najlepiej żebrać. Oczywiście ustalaliśmy też zasady, żeby sobie nie wchodzić w paradę - wspomina Constantin.
Z Triestu pojechali do Ankony. Specjalnie na Wszystkich Świętych, bo wtedy jest tam bardzo dużo ludzi i można dobrze zarobić. W ogóle w święta się dobrze zarabia. Wielkanoc, Boże Narodzenie to dla żebraków czas największych żniw. - W Ankonie żona mojego szefa pobiła się z innym Cyganem na ulicy. Akurat przechodził policjant, oboje zostali zabrani na komisariat i tam funkcjonariusze się zorientowali, że to konflikt o miejsce do żebrania. No i wydalili nas z miasta z zakazem powrotu na pięć lat. Byliśmy też w Neapolu i wielu innych miejscowościach. Jak był zarobek, zostawaliśmy na dłużej, jak nie było, to się od razu przeprowadzaliśmy. To, że wyjechaliśmy w końcu z Włoch, nie miało nic wspólnego z policyjnymi zakazami. W jednej z rzymskich gazet pojawił się artykuł o tym, że Włoszka została zgwałcona i zabita przez Cyganów. Szef grupy stwierdził, że jesteśmy w niebezpieczeństwie, że Włosi będą teraz agresywni w stosunku do Cyganów. Dlatego wróciliśmy do Grecji. Artykuł ukazał się rano, a wieczorem już nas nie było. Ponoć ci, którzy zostali i żebrali dalej, mieli nieprzyjemności, plotki mówiły o kilku żebrakach potrąconych przez samochody.
Policja katuje zdrowo
Najlepiej zarabiał na Cyprze i w Tallinie w Estonii. - Tam od poniedziałku do czwartku zbierałem codziennie ponad 150 euro. A od piątku rano do soboty wieczór potrafiłem wyciągnąć nawet 700-800. Po takich dniach monety liczyło się na kilogramy. Musiałem chodzić do specjalnych automatów, które zamieniały moniaki na banknoty. Wszystkie pieniądze oddawałem Cyganom. W zamian były imprezy, na których nie brakowało alkoholu ani jedzenia - opowiada.
W czasie swojej odysei Constantin nie miał kontaktu z rodziną. Twierdzi, że nie było takiej możliwości. - Poza tym co miałem im powiedzieć? Że żebrzę razem z Cyganami? W Rumunii byłem przez te sześć lat trzy razy, na kilka dni. Cyganie podróżowali do domu częściej - mówi bez emocji i dodaje: - Czasem jeździłem z nimi, ale zawsze wiedziałem, że do nich należę. Czy będąc w Rumunii, nie mogłem pójść na policję? Cały czas byłem z nimi. Jak chciałem papierosy, to posyłali do sklepu dzieci. Byłem non stop pod nadzorem. Naprawdę trudno było dotrzeć do jakiegoś policjanta - odpowiada.
Po ostatnim pobycie w Rumunii przyjechał do Krakowa. Oczywiście lepiej było w Grecji, ale tam już nie mogli wrócić, ponieważ doszło do konfliktu między różnymi grupami Cyganów. - Silniejsza grupa Cyganów w Patras chciała, żeby jedna z kobiet zaczęła pracować jako prostytutka. Mój szef nie chciał się na to zgodzić. Jak się żebrze w mieście Kraka? Bardzo dobrze. Dostawałem dużo pieniędzy. Spaliśmy w lesie. Generalnie Kraków to była taka nasza baza wypadowa. Jeździliśmy też na różne festyny, odpusty do polskich miast i miasteczek. Tak jak mówiłem, w czasie wielkich imprez da się więcej zarobić. Z Polski ruszyliśmy do Niemiec. Do Monachium na Oktoberfest. To zaczyna się 1 października i trwa przez 20 dni. Na pewno widzieliście to kiedyś w telewizji, turystów jest tam mnóstwo. No i dlatego wtedy tam się znakomicie żebrze. Jednego dnia wyciągałem 500-600 euro - snuje opowieść Rumun.
Z Monachium ruszyli do Szwajcarii, do Berna, a potem do Brukseli. W pobliżu przejść granicznych albo gdy się zbliżała jakaś kontrola, Cyganie dawali mu dowód osobisty do ręki. Nie próbował wtedy uciekać, bo miał przekonanie, że i tak po niego wrócą. - Byliśmy też w Słowenii, w jej stolicy Lublanie. Jednak tam jest nieciekawie, bo są mandaty za żebranie. Od 20 do 500 euro. Płaciliśmy te kary, ponieważ to jedyny kraj, gdzie policja nie zwraca dokumentów, dopóki się nie uiści mandatu za żebranie. Choć mnie tam nigdy nie złapali, to Cyganie i na to znaleźli patent. Zameldowali nas w Lublanie i wtedy już mogliśmy dostawać mandat najwyżej 20 euro. Ale to i tak utrudniało życie, więc w końcu stamtąd wyjechaliśmy.
Źle mu się kojarzy także Paryż. Za dużo tam Cyganów. Z kolei w Szwecji jest zimno, a pieniądze są mało warte - za jedną koronę nic się nie kupi. Najlepiej było na Cyprze, choć został stamtąd wydalony. - Najdłużej pracowałem w Nikozji. Za 500 euro miesięcznie wynajmowaliśmy piękny dom. Tam zimy wyglądają tak jak maj w Polsce. Nocami lubiłem spacerować. Ale raz zatrzymała mnie policja i chciała dokumenty. Nie miałem, więc zabrali mnie na komisariat. Przyszedł tłumacz, ale ja Cyganów nie wydałem. Dlaczego? Bo widziałem, jak tam policja bije. Mnie nie biła, bo miałem długą brodę i wyglądałem na starszego, niż jestem. Ale czarnych nielegalnych imigrantów to oni tam katowali zdrowo. Wiedzieli, jak bić, żeby bolało, a nie było widać. Policjanci musieli się czegoś domyślać, bo nalegali, bym im powiedział, gdzie mam dokumenty. Ale ja nie chciałem. Więc mnie aresztowali. Po siedmiu dniach Cyganie skontaktowali się ze mną przez adwokata. Oni wiedzą, jak uzyskiwać informacje, które ich interesują. Przyszedł prawnik, który oddał mi dowód i po dwóch dniach samolotem wydalili mnie do Rumunii. Pojechałem pociągiem do mojego miasta, ale już w czasie podróży Cyganie do mnie zadzwonili i powiedzieli, że jestem bezpieczny i że będą na mnie czekać na dworcu. Znów przyjechaliśmy do Polski. Potem do Rygi. W Rydze są najbardziej wartościowe pieniądze. Jeden łat to 1,7 euro. To chyba najdroższe pieniądze świata - stwierdza filozoficznie.
Funty są najładniejsze
Dalej na północ, w Tallinie żebrał pod pomnikiem upamiętniającym zakończenie I wojny światowej. Tam zarabiał euro, dolary, funty, wszelkie pieniądze, którymi płacili turyści. Jego zdaniem najładniejsze są brytyjskie funty. W Tallinie co noc policja odprowadzała go do noclegowni. Nie chciał tam spać, więc poprosił, żeby go wydalili. I tak znów samolotem przez Amsterdam wrócił do Bukaresztu. W jego rodzinnym mieście Cyganie ponownie na niego czekali. Znów znalazł się w Krakowie. Różnica polegała na tym, że tym razem ciężko chorował. - Prosiłem ich, żeby mnie puścili do domu, bo jestem chory. Tłumaczyłem, że mogłem ich wydać wielokrotnie, a tego nie zrobiłem, ale że teraz chcę skończyć z żebraniem. Mówiłem, że jak nie chcą mnie puścić do Rumunii, to niech chociaż zaprowadzą mnie do lekarza. A oni powtarzali, że potrzebują pieniędzy - opowiada, po raz pierwszy nieco rozgoryczony. - Zostałem wtedy w Krakowie z jednym z synów szefa. W momencie gdy szef wyjechał, ja leżałem w łóżku, miałem 40 stopni gorączki i spuchniętą rękę. On pojechał do Rumunii po kolejnych żebraków, a ja przed jego powrotem miałem zarobić pieniądze. Nie pamiętam już dokładnie ile, ale wyznaczył mi konkretne cele, więc zwlokłem się z łóżka i poszedłem na żebry.
W momencie gdy wsiadał do tramwaju, upadł. Dwie kobiety pomogły mu wstać, ale znów upadł. Gdy dotarł do miejsca, gdzie miał żebrać, nie miał sił, by się stamtąd podnieść. Ktoś zadzwonił po straż miejską, zabrała go do szpitala. Najpierw do cywilnego, później wojskowego. - Trudno powiedzieć dlaczego, ale chyba takie było zalecenie - jak się pojawi żebrak z ulicy, to do wojskowego. Być może prokuratura szukała świadków. W szpitalu pojawili się funkcjonariusze Straży Granicznej z Zakopanego, którzy prowadzili sprawę przeciwko tym Cyganom, którzy mnie przetrzymywali. Przyjechali z tłumaczką. Na początku się wahałem, nie wiedziałem, co robić. Byłem bardzo chory i nie miałem pieniędzy, by zapłacić za szpital. Uznałem, że skoro w czasie mojej podróży trzy razy przez nich siedziałem, to teraz ja ich poślę do więzienia. Powiedziałem funkcjonariuszom, że potrzebuję paczki papierosów. By zapalić i pomyśleć. No i opowiedziałem. Wszystko. Mówiłem jakieś dwie godziny. W sumie jestem wdzięczny funkcjonariuszom - dotrzymali słowa, że zrobią wszystko, by sprawców ukarać. Dali mi czas, nie naciskali, byli w porządku. To był początek października. Oni jeszcze nie są w więzieniu, ale wkrótce tam trafią - stwierdza bez satysfakcji.
W pewnym sensie cała ta historia to wina otwartych granic. Zdaniem Constantina UE to nie jest dobra sprawa - pozwala na to, by osoby mieszkające w Rumunii, Cyganie, narobili krajowi wstydu. Lepiej było, gdy Cyganie byli przymuszani do pracy, jak za Ceausescu. - Byłem ich skarbem, maszynką do zarabiania pieniędzy. Oni kupowali za nie samochody, budowali domy. Nigdy nie dostałem od nich pieniędzy, a wszystko, co zarabiałem, oddawałem. Jak widzę dalej swoje życie? Wrócę do Rumunii, do domu opieki. Do rodziny się nie odezwę. Ale żebrać już nie będę.
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.000001200.101.jpg@RY2@
Marcelo del Pozo/Reuters/Forum
W Tallinie w weekendy wyciągałem 800 euro. Monety liczyło się na kilogramy. Musiałem chodzić do specjalnych automatów, które zamieniały moniaki na banknoty
Maciej Miłosz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu