Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Odpowiedź na gniew ludu

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 29 minut

Czy wejście Donalda Trumpa do wyborczego wyścigu to pocałunek śmierci dla Partii Republikańskiej?

Już od pierwszej minuty debata polityków ubiegających się o prezydencką nominację Partii Republikańskiej stała się gorąca. - Kto z was ślubuje, że nie wystartuje jako kandydat niezależny, jeśli to inna osoba z waszego grona zyska nominację? Proszę podnieść rękę, jeśli nie chcecie składać takiego ślubu - zaczął współprowadzący debatę Chris Wallace. Donald Trump natychmiast wyrzucił ramię w górę. Jako jedyny.

Stadion Quicken Loans Arena, gdzie w obecności tysięcy zwolenników partii odbywała się debata, przyjął to buczeniem, ale na miliarderze nie zrobiło to wrażenia. Nie musi się przejmować: na rynku nieruchomości zarobił od 4 mld dol. ("Forbes") do 9 mld dol. (własne szacunki Trumpa). Na uwagę Wallacea, że to rozproszy głosy i może przyczynić się do zwycięstwa demokratów, wzruszył ramionami. - Mogę złożyć przyrzeczenie, że jeśli zostanę nominowany, nie wystartuję jako niezależny - skwitował.

Ale Trump dopiero się rozkręcał. Po zestawie pytań Wallacea pałeczkę przejęła współgospodyni Megyn Kelly. - Powiedziałeś, że nie lubisz tłustych świń, psów, żarłoków i odrażających zwierząt - zaczęła. - E, nie lubię tylko Rosie ODonnell - wciął się Trump, przywołując nazwisko popularnej, znanej z liberalnych poglądów i sympatii dla demokratów - oraz puszystej - aktorki komediowej i gospodyni programów telewizyjnych. Wtręt nie zmieszał Kelly. - Pewnego razu, prowadząc program "Celebrity Apprentice", powiedziałeś jego uczestniczce, że to byłby piękny widok zobaczyć ją na kolanach - ciągnęła. - Wielkim problemem tego kraju jest to, że jest politycznie poprawny. A ja nie mam czasu na polityczną poprawność - skwitował ten wywód Trump. - Megyn, jeśli ci się to nie podoba, to przykro mi - uciął.

Wymiana takich "grzeczności" trwała jeszcze chwilę - przy aplauzie tłumu - ale najmocniejszą frazą miliarder popisał się już po debacie, na antenie telewizyjnej stacji CNN. - Wyskoczyła i zaczęła mi zadawać te głupie pytania wszelkiego rodzaju - skarżył się w rozmowie z prezenterem Donem Lemonem. - Można było zobaczyć, jak krew tryskała jej z oczu, krew tryskała z jej... - tu się zawahał - ...skąd-tam-bądź.

Cytat nie utonął w potoku słów, jakie wyrzucał z siebie Trump, rozmawiając z kolejnymi stacjami. Aluzja do menstruacji znalazła się na Twitterze i zaczęła żyć własnym życiem. W szeregach republikanów zawrzało: zaczęto pisać listy z wyrazami oburzenia i odwoływać zaproszenia na partyjne konwencje. Ten szedł w zaparte: twierdził, że nie menstruację Kelly miał na myśli, lecz jej kiepskie kwalifikacje jako dziennikarki. - W zasadzie to nie ja powinienem przepraszać - powtarzał.

Analitycy prześcigali się w typowaniu tych, którzy najlepiej wypadli w debacie: Carly Fiorina, Ted Cruz, Marco Rubio, Jeb Bush? Po czym ośrodki sondażowe wylały na ich głowy wiadro zimnej wody. W gronie kandydatów do nominacji Partii Republikańskiej prowadzi Trump. I to z gigantyczną przewagą.

Mówię, jak jest. Albo powiem później

32 proc. osób deklarujących się jako elektorat Grand Old Party lub przynajmniej z nią sympatyzujących najchętniej oddałoby głos na Donalda Trumpa. Skandal mu nie zaszkodził: poparcie dla miliardera podskoczyło o 7 pkt. Na drugiego w przeprowadzonym przez agencję Morning Consult sondażu Jeba Busha głos oddałoby 11 proc. ankietowanych. Pozostali mają poparcie nieprzekraczające kilku procent.

Wyniki badań opinii społecznej - bo nie tylko o jeden sondaż tu chodzi - to dla republikanów potężny zgryz. Z jednej strony elektorat - ten żelazny i ledwie przychylny - zaczyna jednoznacznie wskazywać, z kim sympatyzuje. Z drugiej strony nominacja Trumpa mogłaby się stać dla republikanów pocałunkiem śmierci. Co prawda Trump próbował wybrnąć z "kobiecej" gafy, zapewniając w programie prezenterki Miki Brzezinskiej, że byłby "największym" prezydentem dla Amerykanek. Zapytany jednak o szczegóły, uciął temat. - Nie chcę o tym dyskutować w telewizyjnym show - stwierdził. - Ujawnię jeszcze szczegóły w tej sprawie. Ale zrażenie do siebie kobiet to jeszcze nic, bo Trump skutecznie zniechęca do siebie wyborców pochodzenia latynoskiego. - Meksykańscy imigranci przywożą tu narkotyki, przywożą tu przestępczość, to gwałciciele - błysnął w jednym z przemówień inaugurujących kampanię. Polityka miliardera wobec sąsiadów zza południowych granic sprowadza się do budowy muru na wzór tego, którym Izrael odciął się od Autonomii Palestyńskiej. - Budowa takiego muru jest łatwa i stosunkowo niedroga - komentował swoją potencjalną politykę Trump. - To nie jest takie trudne, jeśli się wie, co się robi - dodał.

Jakby odpychania dwóch najbardziej perspektywicznych grup elektoratu było mało, miliarder skutecznie potrafi zniechęcić do siebie partyjny establishment. Na wzmiankę o byłym kandydacie w wyścigu prezydenckim i weteranie wojny w Wietnamie, przez lata więzionym przez Wietkong, Johnie McCainie, Trump odpowiedział krótko. - Lubię ludzi, którzy nie dają się złapać. Jasne?

Do tych wszystkich berlusconizmów należałoby dodać zapowiedź przyszłej polityki zagranicznej. O Baracku Obamie Trump ma wiele do powiedzenia, choćby to, że relacje z Rosją są tak fatalne, ponieważ Władimir Putin Obamy nie szanuje (co skądinąd prawdopodobnie nie mija się z prawdą). - Gdybym to ja był prezydentem, myślę, że dogadywalibyśmy się bardzo, bardzo dobrze - skwitował. O Chińczykach powiedział, że "gwałcą ten kraj". Ostatnio zmienił zdanie. - Nie mówię przecież, że są głupi. Lubię Chiny. Ostatnio sprzedałem apartament za 15 mln dol. komuś z Chin. Dlaczego miałbym ich nie lubić? - perorował. Do tego można dorzucić wszystkie absurdy, jakimi żywi się stacja Fox News: Obama nie urodził się na terytorium USA, OPEC się z nas śmieje, szczepionki wywołują u dzieci autyzm.

Sytuacja jest więc co najmniej schizofreniczna: Trump jest najpopularniejszym kandydatem do prezydentury wśród republikanów, a jednocześnie ma największy i najbardziej wpływowy elektorat negatywny - w tej samej grupie. Wystawienie go do rywalizacji z Clinton oznaczałoby niemal pewną porażkę, odesłanie do narożnika - zgłoszenie przez niego niezależnej kandydatury, która rozproszyłaby republikański elektorat. Absurd jest tym mocniejszy, że Trump nie ukrywa, iż w przeszłości dotował kampanie Hillary Clinton. - Dlatego musiała przyjść na mój ślub (dodajmy trzeci) - puentował.

- W tym wszystkim to właśnie ta publiczna walka z Fox News może na dłuższą metę osłabić szanse Trumpa na nominację - twierdzi Dean Debnam, biznesmen i zarazem szef sondażowni Public Policy Polling. - Trumpiści, najbardziej oddani zwolennicy miliardera, to zwykle wierna widownia tej stacji - sekundują mu inni eksperci. - Mężczyźni rasy białej, raczej z niższym poziomem wykształcenia - precyzuje z kolei Emily Ekins, ekspertka waszyngtońskiego Cato Institute. To grupa wyborców od lat karmiona prostymi receptami gospodarczymi, teoriami spiskowymi, bezpardonową publicystyką polityczną. Przemawia do niej model polityka w stylu autsajdera, typ "mówię, jak jest". Trafiają do niej hasła Trumpa: obniżyć podatki dochodowe do poziomu 1-5-10-15 procent, wprowadzić podatek od importu (20 proc.), zliberalizować rynek energii, służbę zdrowia, edukację. Wzmocnić potencjał nuklearny, dogadać się z Rosją, zerwać porozumienie z Iranem. - Wybombardować ich z pól naftowych - przedstawił lapidarnie Trump swój pomysł na walkę z Państwem Islamskim. Plus tradycyjna krytyka aborcji, związków partnerskich i Obamacare. Ten pakiet haseł wystarcza, podobnie, jak w przypadku programu politycznego dla kobiet, szczegóły miliarder ujawni "później".

Pozwać OPEC, opodatkować chińszczyznę

Od niemal trzech dekad Trump przymierzał się do walki o Biały Dom. Jeszcze jako trzydziestolatek wsparł kampanię Ronalda Reagana. Dwie kadencje później zapowiadał start w prezydenckim wyścigu. Wreszcie u schyłku rządów Clintona wystarał się o wystawienie swojej kandydatury przez Partię Reformatorską - tyleż słynną, co niszową partię założoną przez innego miliardera Rossa Perota. W 1999 r. Perot najwyraźniej miał już dosyć polityki, Trump próbował więc wejść w jego buty. Bez powodzenia: kampania ekscentrycznego magnata rynku nieruchomości została przerwana po czterech miesiącach. - Ta partia to totalny bałagan. Macie tu prawicowca Buchanana i komunistkę Fulani - komentował.

Politykę odpuścił na niemal dekadę. W 2009 r. wstąpił do Partii Republikańskiej - choć regularnie dofinansowywał obie partie amerykańskiego politycznego spektrum. Dwa lata później prawdopodobnie sondował polityczny "rynek": pojawił się w rankingach kandydatów do nominacji, wydał też - jak większość zainteresowanych prezydenturą - własny manifest. "Time to Get Tough. Making America No. 1 Again" (Czas, by być twardym. Jak ponownie uczynić Amerykę Numerem Jeden) to zbiór powtarzanych również dzisiaj politycznych haseł. "Na początek toniemy w 15-bilionowym długu. Pozwólcie, że przyciągnę waszą uwagę do tej liczby. Jeśli jakimś cudem tak zwani liderzy w Waszyngtonie znaleźliby sposób, żeby zaoszczędzić KAŻDEGO DNIA miliard dolarów z waszych podatków, spłacenie tego długu zajęłoby 38 lat. (...) Nie mamy 38 lat. Tak, jak ja to widzę, mamy cztery, najwyżej osiem lat" - dowodził, chyba nie przypadkiem licząc czas spłaty kadencjami prezydenckimi.

"Każdego dnia, robiąc interesy, widzę, jak Ameryka jest obdzierana i napastowana. Staliśmy się pośmiewiskiem, łkającym chłopięciem świata, winionym za wszystko, któremu nie przypisuje się niczego dobrego, niedarzonym szacunkiem. Widzicie i czujecie to wokół siebie, podobnie jak ja" - podkreślał Trump. Dzisiaj do tej frustracji miliarder dorzuca niezadowolenie z porażek, jakich Grand Old Party doświadczyła w ostatnich latach, zwłaszcza w walce o Biały Dom. Pakiet zaleceń politycznych jest stosunkowo prosty i - zgodnie z nastrojami elektoratu - radykalny. "Pozwać OPEC", "Opodatkować chińszczyznę", "Waszyngton marnuje wasze pieniądze", "Obamacare zabija miejsca pracy" - poszczególne rady wypunktowane już w "Time to Get Tough" zgodnie z filozofią "mówię, jak jest" układają się dziś w mapę frustracji przeciętnego trumpisty. Ba, niemal dwustustronicową pracę domyka na poły esej, na poły recenzja kwalifikacji zawodowych znanych telewizyjnych prezenterów (co ciekawe, o publicystach prasowych czy ekonomistach Trump nie wspomina). Innymi słowy, "mówię wam, co macie oglądać".

Oczywiście najlepiej oglądać show Trumpa "Celebrity Apprentice". "Jak zapewne wiecie, mój show był jednym z największych hitów sieci NBC i zarobił mnóstwo pieniędzy w ciągu jedenastu sezonów" - podkreśla z wrodzoną skromnością Trump w zakończeniu swoich wywodów na temat mizerii współczesnej Ameryki. "Mam mnóstwo bogatych przyjaciół, którzy twierdzą, że zabiliby, żeby mieć własny reality show. Nie dla pieniędzy, ale dlatego, że to pozwala zaistnieć i daje wiele zabawy. Mówię im: no to róbcie show. Ale z różnych powodów - braku osobowości, wyglądu, obaw przed publicznymi wystąpieniami - nie chcą. W ostatnim sezonie «The Apprentice» zwykle był numerem jeden w paśmie po dziesiątej wieczorem, najważniejszym, bo wprowadza serwis z lokalnymi wiadomościami. To show od początku było skazane na powodzenie". Cóż, reklamy nigdy dosyć.

Sztuka podnoszenia się z upadków

Skądinąd Trump właściwie też był skazany na powodzenie. "Częstokroć, kiedy spałem z jedną z top modelek, mówiłem do siebie, przypominając sobie tego chłopaka z dzielnicy Queens: uwierzysz, co mi się trafiło?" - wzdychał co prawda na kartach poradnika "Think Big: Make It Happen in Business and Life", ale można uznać to za charakterystyczną dla miliardera kokieterię.

Z Queens czy sąsiednim Bronxem Trump nie miał jednak wiele wspólnego, jego celem był Manhattan. Jego ojciec z powodzeniem prowadził spółkę Elizabeth Trump & Son, zajmującą się handlem nieruchomościami, i mógł pozwolić sobie na wysłanie syna do nieco lepszych szkół, a być może i kolejne cztery odroczenia służby, którą młody Donald musiałby odbyć w Wietnamie (co wypomniano mu ostatnio, po jego komentarzu dotyczącym Johna McCaina). Firma, która w latach 50. i 60. specjalizowała się w ofercie adresowanej do klasy średniej, w latach 70., pod wodzą energicznego trzydziestolatka, świeżo po opuszczeniu szeregów armii, zaczęła chwytać się coraz bardziej prestiżowych zleceń i odgrywać główną rolę na rynku luksusowych nowojorskich nieruchomości.

Seria udanych transakcji nazbyt ośmieliła Trumpa - w latach 80. przeszarżował i z końcem dekady otarł się o bankructwo. Wydobywał się z niego przez dekadę, układając się z wierzycielami co do tempa spłaty długów, umorzenia części odsetek i wykładania pieniędzy na nowe pomysły. Udało się: wykończona w 2001 r. Trump World Tower na Manhattanie i kilka innych apartamentowców postawionych w prestiżowych punktach metropolii uratowały finanse ekscentryka. A jednocześnie nigdy nie brakowało mu pomysłów na spieniężanie sławy, jaką się cieszył. W 1989 r. była to planszówka, której "patronował", rodzaj "Monopoly" - dzisiaj są to rozsiane po Ameryce pola golfowe czy konkurs Miss Ameryka.

O ironio, do tego Trump napisał jeszcze niemałą stertę poradników biznesowych (zawierających równie wyrafinowane rady jak jego polityczny manifest) od "twoich pierwszych dziewięćdziesięciu dni w biznesie" po "rolę nieformalnej edukacji w osiąganiu sukcesu" i "sztukę podnoszenia się z upadków". Pierwsza z nich, wydana jeszcze w 1987 r. "Trump: The Art Of Deal" (Trump: Sztuka zawierania umów) przez niemal rok utrzymywała się na topie listy bestsellerów gazety "The New York Times". I choć kolejne lata podważyły opinię o Trumpie jako biznesowym geniuszu, w sumie wyprodukował blisko dwadzieścia pozycji. Ukoronowaniem był reality show, którego uczestnicy próbowali swoich sił w biznesie, a surowym recenzentem ich działań był nie kto inny jak Donald Trump. - Wszystkie kobiety w "Apprentice" flirtowały ze mną, świadomie lub nie - skwitował swój urok gospodarz programu. - Tego należało się zresztą spodziewać.

"Kocham Amerykę. A kiedy coś kochasz, bronisz tego namiętnie, nawet gwałtownie" - głosi Trump na kartach swojego manifestu. - "Szkody, jakie demokraci, słabi republikanie i ten prezydent-katastrofa wywołują w Ameryce, zepchnęły nas w bałagan, jakiego jeszcze w życiu nie doświadczyliśmy. Żeby rozwiązać problem, musimy być mądrzy i twardzi. Nie ma czasu do stracenia" - zagrzewa autor. Bez względu na to, jak bełkotliwe mogą wydawać się wywody ekscentrycznego magnata, zbyt wcześnie, by postawić na nim kreskę. Trump może zapewne liczyć na wsparcie Mitta Romneya - kandydata republikanów sprzed czterech lat - potrafi też obłaskawiać skrajną frakcję partii, pamiętną Tea Party, ale i mrugnąć porozumiewawczo do lewaków z ruchu Occupy Wall Street.

W końcu w historii Stanów Zjednoczonych nie brakowało prezydentów-biznesmenów. Bush senior i Bush junior to wychowankowie branży naftowej. Jimmy Carter zarządzał uprawą fistaszków, Harry Truman miał sklep z modą męską, Franklin Delano Roosevelt - funkcjonujące do dziś centrum rehabilitacji, Herbert Hoover - firmę zajmującą się inżynierią górniczą, Warren G. Harding - swego czasu kupił gazetę w Ohio. Doskonałym przykładem kariery politycznej, której swego czasu nie wywróżono, był wieloletni burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg (nowojorscy republikanie bezskutecznie proponowali Trumpowi posadę gubernatora stanu Nowy Jork). Niezłe wyniki w biznesie mają wspomniani już Mitt Romney czy niegdysiejszy patron Trumpa, Ross Perot. Na zapleczu Grand Old Party możemy znaleźć też innego miliardera - Davida H. Kocha, współwłaściciela konglomeratu Koch Industries i zaciętego przeciwnika demokratów, który w 1980 r. ubiegał się o stanowisko wiceprezydenta z ramienia Partii Libertariańskiej.

Z tej strony Atlantyku Trump może więc wydawać się egzotyczną ciekawostką. Po tamtej stronie - realną alternatywą. - Czuję, że on rzeczywiście mógłby robić różnicę - napisał jeden z trumpistów na stronach portalu Reddit. - Zbyt wielu prezydentów przychodziło i odchodziło, próbując nikomu się nie narazić. Skuteczność powinna wreszcie zastąpić polityczną poprawność, myślę, że to ten rodzaj zmiany, jakiego potrzebuje Ameryka - podsumowywał.

Zbyt wielu prezydentów przychodziło i odchodziło, próbując nikomu się nie narazić. Skuteczność powinna wreszcie zastąpić polityczną poprawność

@RY1@i02/2015/157/i02.2015.157.00000120a.802.jpg@RY2@

JIM YOUNG/REUTERS/FORUM

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.