Komisje z wakatami, urzędnicy wyborczy dopiero na starcie. A zegar tyka
Do wyborów samorządowych został dokładnie miesiąc. Walka wyborcza trwa w najlepsze – nie tylko między politykami – na pomysły, hasła i obietnice. Walczy także administracja publiczna. O to, by na 21 października zdążyć wszystko przygotować i by głosowanie, a potem liczenie głosów, odbyło się bez przeszkód.
Cztery lata temu niewiele osób spodziewało się, że awaria systemu informatycznego uniemożliwi szybkie podanie wyników, a część komisji wyborczych będzie ustalać wyniki głosowania „ręcznie”. Czas płynął, nerwy puszczały. Dziś nad całym procesem ma czuwać o wiele więcej osób niż wówczas, a komisje obwodowe są dwie – jedna właśnie do tego, by sprawnie przeprowadzić liczenie głosów. Jednak cztery tygodnie przed pierwszą turą wyraźnie widać, że to, co teoretycznie wyglądało dobrze, w praktyce jest trudne do zrealizowania. Więcej komisji i powiększenie ich składu to kłopoty z rekrutacją. Zwłaszcza że wynagrodzenie nie jest zbyt atrakcyjne. Państwowa Komisja Wyborcza zezwala więc na to, by w komisjach pracowało mniej osób, niż wynika to z kodeksu wyborczego. Zgadza się na uzupełnianie składu aż do pierwszej tury wyborów i na pracę w komisjach krewnych kandydata – choć nie w tym samym okręgu, w którym on kandyduje. Braki kadrowe sprawiły, że upadła zasada pluralizmu w komisjach (w niektórych większość stanowią osoby z jednego komitetu wyborczego). Do tego wszystkiego dochodzi niechęć gmin do urzędników wyborczych i obawa, czy zdążą przeszkolić armię osób z komisji. Bo, jak mówi była rzeczniczka PKW Anna Godzwon, jeśli coś w tych wyborach nie wyjdzie, to raczej z powodu braków merytorycznych osób przy nich pracujących, a nie wskutek jakichś odgórnych decyzji politycznych.©℗
Bożena Ławnicka
bozena.lawnicka@infor.pl
Organizacyjna machina już ruszyła
Na I turę wydamy grubo ponad 300 mln zł. Założono, że przy elekcji będzie pracować prawie pół miliona ludzi – mniej więcej dwa razy tyle co cztery lata temu. Przy poprzednich wyborach nie spodziewano się organizacyjnego blamażu, a jednak do niego doszło. Jak będzie tym razem?
Czy inny rozdział zadań i armia urzędników spowodują, że wszystko wyjdzie wzorowo? Niewykluczone. Choć na razie jest obawa, czy uda się skompletować chętnych do pracy przy wyborach. Państwowa Komisja Wyborcza już obniża wymagania, wydając kolejne uchwały, które nie mają oparcia w kodeksie wyborczym. A jej szef mówi wprost, że z rekrutacją są problemy. Do tego dochodzi nie najlepsza współpraca samorządów z urzędnikami wyborczymi. I pytanie – czy są oni merytorycznie przygotowani do pracy.
Za mało chętnych do pracy
Na czas wyborów funkcjonują – poza PKW – jeszcze dwa rodzaje komisji wyborczych: terytorialne i obwodowe. Te pierwsze miały zostać powołane do 11 września. Zgodnie z założeniem powinno w nich pracować kilka tysięcy osób – po 9 w każdej komisji terytorialnej. Ale są z tym problemy. – Ludzi rzeczywiście brakuje, dlatego podjęliśmy uchwałę zezwalającą na obniżenie minimalnego składu terytorialnej komisji wyborczej do 5 osób, mimo że sam kodeks wyborczy nie przewiduje wprost takiej możliwości. Zaleciliśmy jednak komisarzom wyborczym, by w miarę możliwości uzupełniali te składy aż do I tury wyborów – mówi Wojciech Hermeliński, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej.
480 tys. osób powinno pracować w obwodowych komisjach wyborczych
Jak wyjaśnia jeden z naszych rozmówców z KBW, jeśli przeprowadzenie wyborów jest zagrożone, to najwyższy organ wyborczy musi podjąć działania, nawet jeśli to wykracza poza delegację ustawową. – Kodeks wyborczy jest specyficznym tworem, mnóstwo przepisów jest ogólnikowych lub wręcz nieprzystających do rzeczywistości. Dlatego w dużej mierze wszystko opiera się na kazuistyce czy interpretacjach PKW – wskazuje.
Do zadań komisji terytorialnych należy m.in. rejestrowanie kandydatów na radnych. Ta praca już powinna się rozpocząć, bo listy chętnych zostały zamknięte 17 września. Oprócz tego komisje zajmują się drukowaniem obwieszczeń wyborczych, rozpatrywaniem skarg na działalność obwodowych komisji wyborczych czy przesłaniem wyników głosowania komisarzowi wyborczemu.
Działalności nie rozpoczęły jeszcze obwodowe komisje wyborcze, czyli te, które funkcjonują w lokalach wyborczych. Dziś bowiem kończy się rekrutacja chętnych do pracy. Przy czym nowy kodeks wyborczy wprowadza dwa odrębne ciała na tym poziomie – komisje ds. przeprowadzenia głosowania i komisje do ustalenia wyników głosowania. Potrzeba więc dużo więcej ludzi do pracy niż przed czterema laty. W kraju jest ponad 27 tys. obwodów głosowania, a każda komisja potrzebuje 9-osobowego składu (lub minimum pięciu osób, jeśli będzie problem ze znalezieniem chętnych). To oznacza, że w docelowym modelu trzeba będzie zrekrutować ponad 480 tys. osób (patrz wywiad z Anną Godzwon). PKW potwierdza te liczby, choć wskazuje, że dziś nie jest w stanie podać cząstkowych danych dotyczących liczby zgłoszeń do pracy w obwodowych komisjach wyborczych.
Ludzi rzeczywiście brakuje, dlatego podjęliśmy uchwałę zezwalającą na obniżenie minimalnego składu terytorialnej komisji wyborczej z 9 do 5 osób, mimo że sam kodeks wyborczy nie przewiduje wprost takiej możliwości. Zaleciliśmy jednak komisarzom wyborczym, by w miarę możliwości uzupełniali te składy aż do I tury wyborów
Wojciech Hermeliński
przewodniczący PKW
Czy składy wszystkich tych komisji uda się skompletować? Odpowiedź poznamy dopiero w kolejnych dniach. Ale jeśli głównym kryterium jest to finansowe, to faktycznie może być problem, bo zarobki nie są specjalnie zachęcające – to 300 zł dla zwykłego członka tego gremium. Kłopoty z rekrutacją były już cztery lata temu, a przecież wówczas potrzeba było o połowę mniej ludzi, gdyż funkcjonował tylko jeden rodzaj komisji obwodowych. – Były przypadki, że ktoś zgłaszał się do prac w komisji wyborczej, a potem się dowiadywał, że to nie jest praca na jedną noc, i rezygnował. Inna sprawa, że część komitetów wstrzymywała się z wystawianiem chętnych, bo wolała ich zgłosić do obwodowych komisji, które wydają karty wyborcom i przeliczają głosy – twierdzi nasze źródło w KBW.
Pluralizm? Niestety nie wszędzie
Generalna zasada dotycząca tworzenia składów komisji, zarówno terytorialnych, jak i obwodowych – wynikająca z nowego kodeksu wyborczego – zakłada, że 6 na 9 miejsc przynależnych będzie komitetom partyjnym lub koalicji partii politycznych. Ale tylko tym, które w ostatnich wyborach do sejmiku województwa samodzielnie utworzyły komitet wyborczy, uzyskały mandat lub mandaty w danym województwie lub w ostatnich wyborach do Sejmu samodzielnie utworzyły komitet wyborczy, który uzyskał mandat lub mandaty. W związku z tym w praktyce tylko PiS i PSL mają zagwarantowane miejsca w komisjach wyborczych, o ile wskażą swoich ludzi. O pozostałe miejsca powalczą pozostałe komitety, nierzadko w drodze publicznego losowania (gdy miejsc w komisji jest mniej niż zgłoszonych osób).
3 urzędników wyborczych powołano dotychczas w Warszawie, powinno ich być 19
Im mniej miejsc zapełnią partie polityczne, tym bardziej skorzystają na tym bezpartyjne komitety. Ten mechanizm miał zapewnić pluralizm w komisjach. Jak wyszło w praktyce? Możemy to zweryfikować na przykładzie składów terytorialnych komisji wyborczych. I tak, w gminnej komisji wyborczej w Dobrej Szczecińskiej, co prawda, udało się powołać pełen 9-osobowy skład, ale aż 7 miejsc zajmują tam przedstawiciele jednego komitetu (KWW Teresa Dera). Jedno miejsce przypadło reprezentantowi PiS, a kolejne – osobie wyznaczonej przez Koalicję Obywatelską Platformy i Nowoczesnej. Inny przykład – gminna komisja wyborcza w Jadowie, gdzie 5 na 9 miejsc zajęli przedstawiciele komitetu wyborczego „Mazowiecka Wspólnota Samorządowa”. To jednak przypadki, gdy większość miejsc wzięły lokalne komitety wyborcze wyborców. Ale zdarzyło się tak, że skład zdominowali reprezentanci partii politycznych. Tak stało się w miejskiej komisji wyborczej w Pucku, gdzie 6 na 9 miejsc mają osoby z komitetu PiS. Jedno miejsce otrzymał lokalny komitet, a pozostałymi dwoma miejscami podzieliła się Koalicja Obywatelska PO-N oraz PSL. Niewiele dalej, bo w Redzie, PiS ma aż 7 na 9 członków w miejskiej komisji. Oczywiście wyraźna dominacja partii rządzącej nie jest powszechna. Czasami przewagę zyskiwała Koalicja Obywatelska PO-N. Przykładowo w gminnej komisji wyborczej w Dębnicy Kaszubskiej na 9 miejsc zdobyła 4. Jedno miejsce wziął z kolei PSL, a resztę – lokalne komitety. Zabrakło reprezentanta PiS. Szef PKW Wojciech Hermeliński tłumaczy nam, że to nie tyle efekt politycznych manipulacji, ile problemy z rekrutacją chętnych do pracy w komisjach.
Kontrowersje budzi także to, kto w ogóle może zasiąść w komisjach wyborczych, a kto nie. Kwestia ta nie jest wprost uregulowana w jednym przepisie. Regulacje są porozrzucane w całym kodeksie wyborczym. I tak np. art. 153 par. 1 i 2 mówi, że nie mogą w nich zasiadać kandydaci w wyborach, komisarze wyborczy, pełnomocnicy wyborczy i finansowi, urzędnicy wyborczy oraz mężowie zaufania. Z kolei art. 184 par. 1 ust. 2a wskazuje, że nie mogą to też być krewni kandydata, np. małżonek, dzieci, wnuki, rodzice.
PKW uznała jednak, że w pewnych przypadkach odstępstwa od ustawowych zasad są możliwe. Tak przynajmniej wynika z pisma, jakie 10 września szef PKW Wojciech Hermeliński rozesłał do komisarzy wyborczych. Wskazuje on, że takie osoby, jak małżonek kandydata, jego wstępni, zstępni czy rodzeństwo, mogą zasiadać w komisjach, ale na obszarze innej jednostki samorządu terytorialnego niż ta, w której kandydują osoby spokrewnione, albo tej samej jednostki – pod warunkiem, że obwodowa komisja wyborcza nie jest właściwa dla okręgu wyborczego, w którym kandyduje osoba spokrewniona. Wojciech Hermeliński wyjaśnił nam, że do PKW wpływało bardzo dużo skarg z pytaniami, dlaczego nie można pracować w komisji wyborczej, np. w Katowicach, gdy ktoś z rodziny kandyduje w zupełnie innym mieście, np. w Warszawie. – Uznaliśmy, że przepisy są w tym zakresie zbyt rygorystyczne. Nie chcieliśmy, by stanowiły kolejną barierę w rekrutowaniu ludzi do pracy w komisjach – powiedział szef PKW. Zastrzega jednak, że to odstępstwo nie dotyczy sytuacji, gdy kandydat, będący członkiem naszej rodziny, kandyduje na wójta, burmistrza lub prezydenta miasta w danej gminie.
Urzędnicy wyborczy jeszcze nie na pełnych obrotach
Znowelizowany kodeks wyborczy przewidział powołanie urzędników wyborczych. Początkowo mówiło się, że będzie ich 5-6 tys., ostatecznie jest ich ok. 2,5 tys. – To przedłużone ramię komisarzy wyborczych – mówi o nich szefowa Krajowego Biura Wyborczego (KBW) Magdalena Pietrzak. Mają oni współpracować na miejscu z samorządowcami i dopilnować, by głosowania przebiegły sprawnie. Swoją pracę mogli rozpocząć od momentu, gdy premier Mateusz Morawiecki zarządził datę wyborów – a więc od drugiej połowy sierpnia. Jednak z naszych ustaleń wynika, że tak naprawdę wielu z nich dopiero w ubiegłym tygodniu zaczęło zgłaszać się do gmin. I to też nie wszędzie – jeszcze w połowie września brakowało ok. 80 urzędników wyborczych. Duży problem jest w Warszawie, gdzie potrzeba po jednym urzędniku na dzielnicę i jednego ponaddzielnicowego. – Urzędnicy wyborczy nie podjęli jeszcze pracy. Mamy trzech powołanych na 19 potrzebnych – mówi Justyna Michalak ze stołecznego ratusza.
Z kolei we Wrocławiu zamiast 7 urzędników do zeszłego tygodnia było wciąż tylko 3.
WAŻNE PKW uznała, że takie osoby, jak małżonek kandydata, jego wstępni, zstępni czy rodzeństwo, mogą zasiadać w komisjach, ale na obszarze innej jednostki samorządu terytorialnego niż ta, w której kandydują osoby spokrewnione, albo tej samej jednostki – pod warunkiem że obwodowa komisja wyborcza nie jest właściwa dla okręgu wyborczego, w którym kandyduje osoba spokrewniona. Tym samym ochronę prawną wizerunku osoby prawnej istotnie rozszerzają.
Samorządy są sceptyczne
Przed urzędnikami wyborczymi teoretycznie stoi sporo wyzwań. Muszą przyjmować zgłoszenia kandydatów do pracy w obwodowych komisjach wyborczych, przygotowywać się do szkolenia komisji, zapewnić materiały do pakietów korespondencyjnych, przygotować losowanie składów komisji wyborczych czy wreszcie sprawdzić wyposażenia w lokalach wyborczych. O współpracę z nimi zapytaliśmy samorządy. – Urzędnicy wyborczy przychodzą na razie okazjonalnie, nie podjęli pracy na stałe, ponieważ to wiąże się z uzyskaniem urlopów bezpłatnych w miejscach pracy, dojazdem z innej miejscowości. Będą pełnili dyżury, przydzieliliśmy im zakresy pracy zgodnie z uchwałą PKW – mówi Agnieszka Jędrzejczak, koordynator ds. wyborów w Bydgoszczy. Jest bardzo krytyczna w ocenie pracy urzędników. – Ich funkcja jest zbędna, wiadomo, że sami tego nie zrobią. Do tej pory w urzędzie miasta zawsze robili to pracownicy urzędu powołani w zespole ds. wyborów, zespole ds. informatycznych czy wydziale organizacyjno-administracyjnym. I tak jest w tych wyborach. Urzędnicy to figuranci, nie ma ich na miejscu, nie wypełniają swoich zadań na bieżąco, a każdego dnia zgodnie z kalendarzem wyborczym trzeba wypełniać te zadania – mówi Agnieszka Jędrzejczak.
Ramka
Tak dochodzi do przewagi jednego z ugrupowań w komisji (na przykładzie OKW) ©℗
Zasada
Komisarz wyborczy powołuje w skład każdej komisji 9 osób. Po jednej osobie zgłaszają komitety wyborcze utworzone przez partie polityczne bądź koalicje partii politycznych, z których list odpowiednio w ostatnich wyborach wybrano radnych do sejmiku województwa (z tym że kandydatów można zgłaszać tylko na obszarze województwa, na terenie którego komitet wyborczy wprowadził w ostatnich wyborach radnych do sejmiku województwa; albo wybrano posłów do Sejmu). Komitety te mają zagwarantowane zgłoszenie nie mniej niż 6 kandydatów. Pozostała liczba, czyli 3 miejsca, może być obsadzona przez pozostałe komitety wyborcze (każdy po jednym kandydacie). Gdy uprzywilejowanych komitetów będzie mniej niż 6, prawo wskazania dodatkowej osoby mają pełnomocnicy pozostałych komitetów wyborczych.
Gdy zgłosiło się więcej niż 9 osób
Jeżeli zgodnie z zasadą zgłoszonych kandydatów będzie więcej niż 9, to kandydatów do składu komisji, w liczbie stanowiącej różnicę między liczbą 9 a liczbą członków powoływanych przez uprzywilejowane komitety wyborcze, wyłania się w drodze publicznego losowania spośród osób zgłoszonych przez pełnomocników wyborczych pozostałych komitetów wyborczych (każdy z nich może zgłosić do losowania tylko jedną osobę).
Gdy zgłosiło się mniej niż 9 osób
Jeżeli zgodnie z zasadą zgłoszonych kandydatów będzie mniej niż 9, to pozostałych do składu komisji wyłania się w drodze publicznego losowania spośród osób zgłoszonych przez wszystkich pełnomocników wyborczych (każdy z nich może zgłosić do losowania tyle osób, ile brakuje do liczby 9).
W przypadku niedokonania zgłoszenia kandydatów do składu komisji, w sytuacji gdy kandydatów było mniej niż 9, minimalny skład liczbowy obwodowej komisji wyborczej wynosi 5 członków. Jeżeli liczba zgłoszonych kandydatów jest mniejsza niż 5 członków, skład liczbowy obwodowej komisji wyborczej uzupełnia komisarz wyborczy. Uzupełnienia składu komisji dokonuje się spośród osób ujętych w stałym rejestrze wyborców jednej z gmin na obszarze województwa, w którym powoływana jest komisja.
Podobne głosy słychać w Urzędzie Miasta w Łodzi. – Pełnomocnik prezydent Łodzi ds. wyborów odbył z urzędnikami wyborczymi jedno spotkanie. Wynika z niego, że w wielu przypadkach urzędnicy ci dysponują jedynie fragmentaryczną wiedzą, brakuje im umiejętności pracy z kalendarzem wyborczym i przewidywania czasu potrzebnego na wykonanie poszczególnych czynności wyborczych – mówi Grzegorz Gawlik z zespołu prasowego łódzkiego ratusza.
Lepiej współpraca układa się w Lublinie. – Urzędnicy podjęli już pracę, zapewniliśmy im pomieszczenia, sprzęt komputerowy i biurowy. W pierwszym i drugim tygodniu września organizowane były dwa dyżury w tygodniu. Ponadto urzędnik wyborczy 12 września przeprowadził szkolenie dla Miejskiej Komisji Wyborczej. Współpraca układa się poprawnie, zakres dalszej współpracy jest określany w sposób polegający na wykonywaniu przez urząd miasta pracy, która formalnie jest przypisana urzędnikom, jednak obecnie w ramach obsługi urzędników wyborczych, a nie kompetencji prezydenta miasta. W praktyce jest to przedłużenie procedur i dodanie stanowisk – mówi Łukasz Mazur, pełnomocnik prezydenta Lublina ds. wyborów.
Będą karty płachty, choć broszury niewykluczone
Przez długi czas PKW nie wiedziała, czy zdecydować się na karty w formie broszur (taka forma, choć niezbyt dobrze przemyślana, została zastosowana cztery lata temu) czy płacht. Badania ankietowe przeprowadzone przez PKW w 2017 r. na grupie 13 tys. osób wyraźnie sugerowały, że karta powinna przyjąć formę książeczki (tak chciało 71 proc. ankietowanych). W ostatnich miesiącach rosły jednak szanse karty wielkoformatowej. Dlaczego? Nowy kodeks wyborczy ograniczył liczbę miejsc na listach. Wcześniej komitet mógł wystawić dwa razy więcej kandydatów niż liczba mandatów do zdobycia w danym okręgu. Teraz może wskazać tylko o dwie osoby więcej.
PKW ostatecznie zdecydowała się na płachtę, nie wykluczając książeczki. I tak, jeśli w danym okręgu będzie nie więcej niż 6 zgłoszonych list kandydatów, to płachta przyjmie format A4. Jeśli list będzie nie więcej niż 15, to karty będą miały format A3, a do 20 komitetów – format A2. – Musimy być jednak przygotowani, że list zgłoszonych będzie więcej niż 20. Wówczas przewidujemy kartę w formie broszury – zapowiedziała na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego szefowa KBW Magdalena Pietrzak. Wiele wskazuje na to, że nie będzie potrzeby sięgania po formę broszury, a przynajmniej nie na skalę masową. W wyborach w 2014 r. najwięcej zgłoszonych list było 18 (delegatura KBW w Katowicach). Z kolei w jednomandatowych okręgach wyborczych, utrzymanych w gminach do 20 tys. mieszkańców, obowiązywać będzie płachta w formacie A4 (do 15 kandydatów) lub A3 (do 25 nazwisk). Nowością jest też to, że karty nie będą w całości kolorowe – będą białe, a tylko nazwiska kandydatów znajdą się na żółtym, niebieskim lub szarym tle. Uwzględnione będą też symbole graficzne komitetów.
Niekoniecznie PWPW
Ta zmiana zasad na pewno wpłynie na procesy technologiczne w drukarniach i związane z tym koszty. Jeszcze w zeszłym roku rząd miał plany, by za druk kart wyborczych odpowiadała tylko Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych (PWPW). Pojawiły się jednak wątpliwości, czy jeden podmiot podoła wyzwaniu. Do tego rozwiązania nie byli przekonani także samorządowcy. – Wybory prezydenckie są jeszcze do wykonania, bo to jeden wzór karty, który trzeba dostarczyć do ok. 30 tys. obwodowych komisji wyborczych. W przypadku wyborów samorządowych to już jakieś 10 tys. różnych wzorów kart, o różnych nakładach, które trzeba spakować i wysłać do komisji – mówi nam jeden z lokalnych działaczy. Finalnie to samorządy w dalszym ciągu odpowiadają za druk kart do głosowania – mimo że w przepisach mowa jest o tym, że ich wykonanie „zapewni” urzędnik wyborczy (w praktyce to pojęcie jest tak ogólne, że i tak obowiązek ten spadnie na samorządy). Pod koniec lipca szefowa KBW Magdalena Pietrzak w wywiadzie dla DGP mówiła, że urzędnik nie jest podmiotem uprawnionym do zaciągania zobowiązań finansowych i nie może być stroną żadnej umowy z drukarnią. Podkreślała, że ta część zadań, na dotychczasowych zasadach, należy do samorządów, czyli do wójta, starosty czy marszałka województwa. „Zarządzać druk kart do głosowania będzie komisarz wyborczy, zaś złożone zadanie, jakim jest przygotowanie i druk kart wyborczych, będą wykonywać urzędnicy wspólnie z pracownikami urzędów” – wyjaśniała. Kiedy zaczną to robić? Zgodnie z kalendarzem wyborczym do 26 września do godz. 24 komisje wyborcze mają obowiązek przyjąć zgłoszenia kandydatów. Zatem zleceniem druku kart do głosowania władze lokalne zajmą się najwcześniej w pierwszym tygodniu października. Zgodnie z art. 3 pkt 3 rozporządzenia Rady Ministrów z 20 lipca 2016 r. w sprawie wykazu dokumentów publicznych i druków o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa (Dz.U. poz. 1089 ze zm.) karty do głosowania są drukami o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa, dla których nie stosuje się przepisów prawa zamówień publicznych. A zatem druk kart do głosowania zlecany będzie w sposób uproszczony. Samorządy mogą tu liczyć na wsparcie KBW. – Delegatura KBW w Krakowie organizuje dla chętnych gmin małopolskich zbiorczą obsługę w tym zakresie. Miasto Kraków zostało objęte tym kompleksowym zleceniem. Z pozyskanych informacji wynika, że KBW w Krakowie aktualnie jest na etapie uzgadniania szczegółów technicznych, finansowych i logistycznych. Karty do głosowania muszą zostać dostarczone gminom co najmniej kilka dni przed dniem wyborów, trzeba je bowiem jeszcze dostarczyć do każdej siedziby obwodowej komisji wyborczej – tłumaczy Piotr Bukowski z Urzędu Miejskiego w Krakowie.
Kłopotliwy znak „x” i archiwizacja
PKW właśnie opracowała wytyczne dla komisji wyborczych dotyczące ważności głosu. Ma to związek z tym, że nowy kodeks wyborczy inaczej definiuje znak „x” (co najmniej dwie przecinające się linie). Z uchwały z 17 września wynika, że aby uznać głos za nieważny, kartę muszą obejrzeć wszyscy członkowie komisji uczestniczący w ustalaniu wyniku głosowania. W przypadku wątpliwości powinni oni przyjąć, że znakiem „x” postawionym w kratce są co najmniej dwie linie, które przecinają się w jej obrębie. Wszelkie zaś wykreślenia, przekreślenia, a także znak „x”, ale postawiony poza przeznaczoną na to kratką, mają traktować jako dopiski bez wpływu na ważność głosu. Podobnie z innymi niż „x” znakami, które nie są co najmniej dwiema przecinającymi się w obrębie kratki liniami. Uchwała PKW wskazuje też, że za nieważny uznaje się głos, gdy wyborca w kratce na karcie do głosowania:
- postawił znak „x” (co najmniej dwie przecinające się linie) przy nazwisku więcej niż jednego kandydata;
- nie postawił „x” przy nazwisku żadnego kandydata;
- postawił „x” tylko przy nazwisku kandydata skreślonego przez gminną komisję wyborczą.
Jeżeli jednak wyborca postawił „x” zarówno przy nazwisku kandydata skreślonego, jak i innego, nieskreślonego, to głos taki jest ważny i zaliczany temu drugiemu.
Przez długi czas między stroną rządową a samorządową trwały targi o to, co powinno się stać z kartami do głosowania po wyborach. To ogromne przedsięwzięcie logistyczne, bo po ostatnich wyborach karty ważyły w sumie 3,5 tys. ton. Samorządy nie chciały dokładać się do tego przedsięwzięcia. Jak wskazują lokalni urzędnicy, projekt rozporządzenia ministra kultury i dziedzictwa narodowego w sprawie sposobu przekazywania, przechowywania i udostępniania dokumentów z wyborów przewiduje, że dokumenty z głosowania urzędnik wyborczy przekazuje na przechowywanie do archiwum państwowego i dyrektorowi delegatury Krajowego Biura Wyborczego „za pośrednictwem urzędu go obsługującego”. – Jest to kolejny przykład potwierdzający, że realizatorami zadania będą urzędy gmin i ich pracownicy, a rola urzędnika wyborczego, mającego wykonywać zadania depozytariusza, będzie ograniczona – mówi Grzegorz Gawlik z Urzędu Miasta w Łodzi.
opinia eksperta
To dobrze, że gminy wspomogą komisarzy
dr Patryk Kuzior wykładowca na Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej
Przeprowadzenie na obszarze całego kraju skomplikowanej operacji, jaką niewątpliwie są każde wybory powszechne, nie jest możliwe bez wsparcia ze strony organów terenowej administracji publicznej. Zwłaszcza że bardzo szybko przekonaliśmy się, iż nabór na urzędników wyborczych szedł jak po grudzie. Co więcej, okazało się, że powoływane na te stanowiska osoby często nie miały żadnego doświadczenia związanego z wyborami, że jest wiele wątpliwości związanych ze statusem tych osób, ich wynagradzaniem i konsekwencjami wynikającymi z konieczności korzystania ze zwolnień w zatrudniających je zakładach pracy. Sytuacji związanej z organizacją wyborów nie ułatwił też nie do końca jasny podział zadań a także realna konieczność wypracowania porozumień regulujących współpracę urzędników wyborczych z gminami. Do ustalenia było wiele drobnych, ale ważnych kwestii technicznych, jak choćby udostępnienie pomieszczeń, urządzeń biurowych itd. W konsekwencji i tak główny ciężar pracy związanej z wyborami przypadł gminom, co paradoksalnie może w tej wywołanej nieprzemyślanymi zmianami sytuacji cieszyć. Przecież to pracownicy urzędów gmin przez blisko 30 ostatnich lat niejedne wybory już organizowali.
Niestety na ogólny chaos wywołany dużą nowelą kodeksu wyborczego nałożyły się też kwestie związane z innymi zmianami w prawie. Dekomunizacja nazw ulic spowodowała np. konieczność zmian uchwał dotyczących ustalenia obwodów do głosowania i w praktyce w niektórych gminach uchwały w tych sprawach podejmowane były na ostatnią chwilę. Wymienione tu kwestie komplikują organizację wyborów, a są tylko częścią problemów. Kolejne czekają nas, gdy okaże się, że zgodnie z terminami zapisanymi w ustawie nowi wójtowie wybrani w I turze wyborów będą musieli złożyć ślubowanie i przejąć obowiązki jeszcze w czasie trwania kadencji obecnych wójtów. ©℗
Zamieszanie z lustracyjnymi formularzami
24 sierpnia, czyli 10 dni po tym, jak premier zarządził termin wyborów, PKW wprowadziła nowy wzór oświadczenia lustracyjnego. Sytuacja spowodowała, że w obiegu były równolegle dwa wzory oświadczeń – zgodne z publikatorem z 2013 r. oraz tym z 2017 r. W ubiegłym tygodniu politycy Platformy Obywatelskiej wyszli z apelem, by PKW poleciła wszystkim komisarzom wyborczym uznawanie obu wzorów. – Niektóre komitety mogą przez to zostać niezarejestrowane – wyjaśniali. Mariusz Witczak z PO podawał informację, że w Wałbrzychu komisarz nie rejestrował kandydatów z pierwszym wzorem oświadczenia lustracyjnego. Interweniowały PKW i KBW. W pismach skierowanych do polityków opozycji i komisarzy wyborczych szefowa KBW stwierdza, że „złożenie przez kandydata w wyborach prawidłowo wypełnionego oświadczenia lustracyjnego, według wzoru stanowiącego kompletny załącznik do ustawy o ujawnianiu dokumentów organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów, lecz z przywołanym poprzednim tekstem jednolitym tej ustawy z 2013 r., zamiast z 2017 r., nie stanowi wady zgłoszenia”. Mówiąc inaczej – powinien być honorowany zarówno stary, jak i nowy wzór oświadczenia.
Co do zasady osoby, które współpracowały z aparatem komunistycznym, nie mogą kandydować w nadchodzących wyborach. Ale tylko wtedy, gdy w ich sprawie wcześniej sądy wydały prawomocne wyroki. O zmiany dotyczące m.in. kłamców lustracyjnych apelowała sama PKW. Postulat dotyczył możliwości prowadzenia przez PKW wykazu osób, wobec których sąd wydał prawomocne orzeczenie o utracie biernego prawa wyborczego w związku ze złożeniem nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego i przekazywania informacji o tych osobach komisjom rejestrującym kandydatów w wyborach. „Kwestia ta od lat jest nieuregulowana. Należy przy tym zauważyć, że żaden organ państwa nie prowadzi takiego oficjalnego wykazu, a jest on niezbędny do prawidłowego przeprowadzenia procedury rejestracji kandydatów w wyborach” – przekonywał wiceprzewodniczący PKW Sylwester Marciniak w piśmie do Arkadiusza Mularczyka, szefa sejmowej komisji nadzwyczajnej, do której w czerwcu trafiły propozycje kolejnej nowelizacji kodeksu wyborczego.
WAŻNE Komisarze wyborczy powinni honorować zarówno prawidłowo wypełniony stary, jak i nowy wzór oświadczenia lustracyjnego. Tym samym ochronę prawną wizerunku osoby prawnej istotnie rozszerzają.
Do niedawna komisje wyborcze zajmujące się rejestrowaniem kandydatów musiały występować z wnioskami do Instytutu Pamięci Narodowej. Zmiany zawarto obecnie w art. 160 ust. 2a kodeksu wyborczego. Zgodnie z nim „PKW ma obowiązek prowadzenia wykazu osób, wobec których wydano prawomocne orzeczenie sądu stwierdzające utratę prawa wybieralności (o którym mowa w art. 21a ust. 2a ustawy z 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów) i udostępnienia danych tych osób komisjom wyborczym rejestrujących listy kandydatów i kandydatów”. Jak realizacja tego przepisu będzie wyglądać w praktyce? Wojciech Dąbrówka, rzecznik prasowy PKW, wyjaśnia, że odpowiedni wykaz jest prowadzony w systemie informatycznym „Wsparcia Organów Wyborczych”, na podstawie wyroków sądów, które są przesyłane do PKW. – Informacja o tych osobach będzie udostępniona terytorialnym komisjom wyborczym w systemie informatycznym wspierającym ich pracę (WOW) w zakresie kandydatów zgłoszonych do danej komisji – zapewnia.
Czy IPN będzie jakoś zaangażowany w ten proces? Jak mówi nam dr Natalia Cichocka, dyrektor biura prezesa IPN, w ustawie lustracyjnej z 2006 r. dodano art. 21i stanowiący, że „prawomocne orzeczenie sądu stwierdzające fakt złożenia przez osobę lustrowaną niezgodnego z prawdą oświadczenia lustracyjnego prezes sądu niezwłocznie przesyła do Państwowej Komisji Wyborczej w celu ujęcia danych tej osoby w wykazie, o którym mowa w art. 160 § 1 pkt 2a ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy”. – Zgodnie z treścią tego przepisu obowiązek przekazania prawomocnych orzeczeń stwierdzających fakt złożenia przez osobę lustrowaną niezgodnego z prawdą oświadczenia lustracyjnego spoczywa na prezesie właściwego sądu wydającego orzeczenie w konkretnej sprawie. Obowiązujące przepisy nie przewidują zatem udziału Biura Lustracyjnego IPN w tej procedurze – wskazuje dr Cichocka. Nie jest to jednak do końca takie pewne, bo w pkt IV.2. wytycznych PKW z 3 września 2018 r. (wytyczne stanowią załącznik do uchwały) jest mowa o tym, że w przypadku tych kandydatów, którzy nie składali już oświadczenia, a informację o jego uprzednim złożeniu (bo np. kandydowali w poprzednich wyborach), ich treść komisja ustala w oddziałowym biurze lustracyjnym IPN. Zapytanie zaś może przesłać e-mailem lub faksem.
Finansowanie jest, ale samorządy kręcą nosem
Pieniądze to jedna z głównych bolączek związana z tegorocznymi wyborami. KBW zapewnia, że odpowiednia rezerwa budżetowa (znajduje się tam ok. 454 mln zł) jest wystarczająca. Ile wydano już na przygotowania? Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że dotychczas uruchomiono ok. 165 mln zł. Podobną kwotę zabezpieczono na wypłaty diet dla członków komisji. W sumie więc na potrzeby I tury wyborów wydanych zostanie 320–330 mln zł. Na drugą turę wydatki szacowane są na 112 mln zł. To oznacza, że tegoroczna rezerwa budżetowa faktycznie powinna wystarczyć. Ale nie wystarczałoby już pieniędzy na prezydenckie referendum w sprawie nowej konstytucji. Widać jednak wyraźnie, że będą to najdroższe wybory w historii, nawet mimo tego, że nie będzie kamer i transmisji internetowej w lokalach wyborczych.
Pieniądze przede wszystkim trafiły w formie dotacji do samorządów. Czy im wystarcza? Zdania są podzielone.
Częstochowa – Do urzędu miasta wpłynęło 492 352 zł. Zgodnie z przyjętym preliminarzem wartość dotacji wystarczy na zaplanowane wydatki – zapewnia nas biuro prasowe magistratu w Częstochowie.
Kraków Pod Wawelem do dyspozycji jest ponad 1,4 mln zł (osobno mają być jeszcze przekazane środki na diety dla członków obwodowych komisji wyborczych). Obecnie samorząd nie przewiduje, że trzeba będzie występować do KBW o dodatkowe pieniądze.
Warszawa Stolica dostała 3,8 mln zł (kwota ta zostanie zwiększona o środki na wypłatę diet dla komisji, po ich powołaniu) i zapewnia, że na razie tyle pieniędzy jej wystarczy.
Kielce Miasto otrzymało ponad 362 tys. zł, ale nie podejmuje się na razie oceny, czy kwota ta jest wystarczająca.
Wrocław Tu dotacja to ponad 1,1 mln zł (w tym na wynagrodzenia dla urzędników wyborczych) i tamtejsi urzędnicy twierdzą, że to za mało. – Otrzymane środki nie pokrywają wydatków w pełnym zakresie. Chociażby koszt wynajęcia sal i przeprowadzenia szkoleń dla w sumie 618 komisji obwodowych w przypadku Wrocławia dla ok. 5,4 tys. członków to ok. 50 tys. zł, a skalkulowana i otrzymana dotacja na szkolenia to 15,5 tys. zł. Ogromne będą też koszty transportu kart do głosowania dla dużych miast – wylicza Agnieszka Koczapska, kierownik sekretariatu Miejskiego Biura Wyborczego we Wrocławiu.
Olsztyn – Na organizację i przeprowadzenie wyborów samorządowych otrzymaliśmy z budżetu państwa 350 009 zł. W kwocie tej nie ma jeszcze środków na diety dla członków obwodowych komisji wyborczych – mówi Marta Bartoszewicz, rzeczniczka olsztyńskiego ratusza. W Olsztynie urzędnicy zwracają nam uwagę, że w organizację wyborów będzie zaangażowanych ok. 70 pracowników urzędu miasta. – Kwestia wynagradzania pracowników za dodatkowe zadania wykonywane w czasie przygotowania i przeprowadzenia wyborów na tym etapie nie jest rozpatrywana.
Bydgoszcz Miasto otrzymało 689 415 zł. – Komitety nie wypełniają swoich zadań, komisarz wyborczy figuruje tylko w przepisach, a samorządy muszą łatać dziury – nie szczędzi krytyki Agnieszka Jędrzejczak z Bydgoszczy. I dodaje, że dotacja od KBW jest zawsze niewystarczająca z uwagi na nierzetelnie przygotowane wskaźniki dotyczące poszczególnych zadań. – Uzupełnienie wyposażenia lokali to szacunkowa kwota 200 zł na sprzęt, a kabiny kosztują 800–1000 zł za sztukę. Parawany czy ekrany zapewniające tajność głosowania również są drogie, sprzęt się zużywa. Zakupy materiałów biurowych realizujemy zawsze w hurtowniach, ale ilości i kwoty są ogromne, chodzi o długopisy, nożyczki, taśmy klejące, szary papier do pakowania, notatniki, sznurki, plomby na drzwi, plomby na urny, zaciskacze na worki itp. Dochodzi drukowanie obwieszczeń o podziale miasta na okręgi wyborcze, obwody i siedziby, kandydatów do rady miasta, kandydatów na prezydenta – to również realizuje samorząd. Dotacja rozpływa się szybko, a my musimy się z tego rozliczyć – żali się nasza rozmówczyni.
Lublin Tu wyborcza dotacja to 743 465 zł (do tego dojdzie dotacja na diety dla członków okręgowych komisji wyborczych). – Problemem jest brak możliwości pełnego oszacowania kosztów, jakie należy ponieść – mówi Łukasz Mazur, pełnomocnik prezydenta miasta ds. wyborów. – Przybyło wiele obowiązków, część zapisów jest nieprecyzyjna i nieprzypisana bezpośrednio do jednostek samorządu terytorialnego, a dopiero w ostatniej chwili określana uchwałami PKW i cedowana na JST. Z naszych informacji wynika, że nie jest przewidziana procedura zapewnienia dodatkowych pieniędzy. ©℗
Współpraca Leszek Jaworski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu