Problemem nie są stanowiska asystentów, ale brak profesjonalnej kadry
starosta legionowski
Do Sejmu trafił projekt nowelizacji ustawy o pracownikach samorządowych zmierzający do usunięcia z ustawy stanowisk doradców i asystentów.
Pomysł wprowadzenia funkcji asystentów i doradców w jednostkach samorządu terytorialnego nigdy nie był gorącym postulatem środowisk samorządowych. Pojawił się na poziomie opracowań w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji i miał być sposobem rozwiązania problemu, który faktycznie istnieje. Chodziło o sytuację, kiedy samorządowcy – po wygranych wyborach – zostając burmistrzami, prezydentami czy starostami, stają się jednocześnie szefami urzędów i są odpowiedzialni za sprawne ich funkcjonowanie. W tym momencie zwykle też zaczynali otaczać się ludźmi, do których mieli zaufanie.
Czasem były to decyzje merytoryczne, a czasem – wyłącznie polityczne. Zwłaszcza kiedy chodziło o osoby, które fachowcami nie były, a tylko wspierały samorządowców i pomagały im w kampanii wyborczej.
Aby jednak zatrudnienie takie było możliwe, najpierw trzeba było zwolnić kogoś, kto wcześniej na tym stanowisku pracował. Bardzo często bywało, że zwolnienia takie dotykały pracowników z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.
Żeby uniknąć podobnych sytuacji i ocalić korpus stricte urzędniczy, który powinien być w pełni profesjonalny, wymyślono właśnie stanowiska doradców i asystentów, których obsada byłaby zmieniana automatycznie przy każdej zmianie władzy.
Założenie być może niezłe, jednak nie wydaje się, żeby to rozwiązanie mogło być zastosowane we wszystkich samorządach w Polsce. W największych miastach może tak. Ale ogromna większość polskich gmin i powiatów to samorządy małe i średnie. A tutaj doskonale sobie radzimy bez pracowników politycznych.
Generalnie więc w tym zakresie ustawa o pracownikach samorządowych nie została przez samorządy skonsumowana. Można by – jako incydentalne – wymienić przypadki, kiedy któryś z samorządowców od początku tego roku zatrudnił sobie doradcę albo asystenta i utworzył gabinet polityczny.
Podkreślić jednak należy, że większość regulaminów urzędów od dawna pozwala organowi wykonawczemu – czyli wójtowi, burmistrzowi, prezydentowi, zarządowi powiatu albo kierownikowi zakładu pracy – tworzyć stanowiska w miarę potrzeb. Możliwości więc istniały, ale nie było to usankcjonowanie ustawowo.
Niektóre samorządy rzeczywiście z nich korzystały. Ale pamiętać trzeba także i o tym, że w samorządach każda złotówka oglądana jest wiele razy, zanim zostanie wydana. Być może ludzie nie wiedzą, ilu funkcjonariuszy gabinetów politycznych ma minister. Ale ilu ludzi wokół siebie ma burmistrz, wójt czy starosta wie doskonale lokalna prasa, wiedzą też mieszkańcy. Byłby politycznym samobójcą samorządowiec, który w tej sytuacji próbowałby utworzyć sobie gabinet polityczny. Uważam, że na poziomie gmin i powiatów są one niepotrzebne. Wyjątkiem jest może samorząd województwa oraz wielkie miasta, takie jak Warszawa, Poznań czy Gdańsk. Są to jednak tak duże organizmy, że w sposób naturalny, mimo że są samorządami, uczestniczą w życiu politycznym kraju. To samorządy, o które biją się partie polityczne. I jest pewna racja w tym, że ich organ wykonawczy – tj. prezydent miasta czy marszałek województwa – część swego czasu musi poświęcać na pracę polityczną. Wtedy rzeczywiście wygodniej jest, jeśli ma osobę, która załatwia sprawy na styku między samorządem a politykami.
Nowelizacja ustawy zapewne się dokona. Ale uzasadnienie konieczności likwidacji zapisanych w niej stanowisk doradców i asystentów wydaje mi się nieco dziwne. Mówienie o tym, że przyniesie to jakiekolwiek oszczędności do budżetu, jest nieprawdziwe. Przede wszystkim dlatego, że budżet państwa nie ponosi i nigdy nie ponosił żadnych wydatków z tytułu ewentualnego zatrudnienia tych ludzi. Posłowie, kiedy dorzucają samorządom obowiązków, zastrzegają, że budżet państwa nie będzie ponosić kosztów wynikających z ich realizacji. Jednak kiedy chcą samorządom odebrać jakieś prawo, przekonują, że budżet na tym zaoszczędzi. Takie argumenty wydają mi się uzasadnieniem czysto politycznym, związanym z trwającą właśnie kampanią wyborczą. Prawda natomiast jest taka, że nie zaoszczędzą ani budżet państwa, ani budżety samorządów. Ustawa nie została bowiem skonsumowana i w Polsce nie pojawiły się masowo gabinety polityczne. Stanowiska te nie są więc zajęte.
Zamiast debatować o gabinetach politycznych, warto byłoby zadbać o stanowiska wspierające wójtów, burmistrzów czy starostów w świadomym i profesjonalnym zarządzaniu personelem.
W starostwie powiatowym zatrudniam 130 pracowników. Jedyną kadrą zarządzającą tym personelem jest starosta i jego zastępca. Jeden na co dzień zajmuje się reprezentacją i inwestycjami, a drugi – głównie szkołami, oświatą i pomocą społeczną. Starostowie jednocześnie reprezentują na zewnątrz starostwo oraz cały powiat, a także wszystkie jednostki podległe samorządowi powiatowemu. W powiecie legionowskim instytucje te zatrudniają łącznie około tysiąca ludzi. Na organizację pracy samego starostwa zostaje więc niewiele czasu – nie więcej niż 15 proc. dniówki urzędnika.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.