W poszukiwaniu straconego smaku
O tym, dlaczego nasze miasta są takie brzydkie i czy coś z tym można zrobić
Jedzie Polak za granicę, zwłaszcza tę zachodnią. Wraca zdołowany. I pyta sam siebie, dlaczego nasze miasta są tak brzydkie i tak nieprzyjazne mieszkańcom?
Mamy fragmenty miast, które są piękne i mocno wypiękniały po roku 1989. Ale generalnie mamy z miastami w Polsce wielki problem. Bo ten olbrzymi potencjał urbanistyczny, który się pojawił po przełomie ustrojowym, został w dużej mierze zmarnowany. Efekt jest dramatycznie niewspółmierny do szansy, jaka się wówczas pojawiła.
Co to znaczy?
Do 1989 r. nie było inwestorów i pieniędzy w budownictwie. Nic więc dziwnego, że byliśmy skazani na architekturę z wielkiej płyty i jednego państwowego inwestora. I nagle pojawia się tych inwestorów wielu. Od małego po ogromny kapitał. Niestety, szybko się okazało, że byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani.
My, czyli kto?
Wszyscy. Ustawodawca, rząd, a przede wszystkim samorządy. I to zarówno w sensie ludzkim, jak i systemowym. Niech pan porówna Berlin z Warszawą. Oba miasta po 1989 r. były największymi placami budowy w Europie. Berlin dlatego, że po zjednoczeniu dwa organizmy miejskie musiały się zrosnąć na nowo. Warszawa, ponieważ otworzyły się nieznane wcześniej możliwości finansowania inwestycji. Berlin wykorzystał tę okazję. Powstał zespół budynków rządowych nad Szprewą, zbudowano nową dzielnicę miasta w rejonie placu Poczdamskiego. Nic takiego w Warszawie się nie wydarzyło, a mogło.
Może dlatego, że Niemcy to bogatszy kraj?
Tu nie chodzi o różnice w zamożności. Biorąc pod uwagę inwestycje budowlane w naszej stolicy w ciągu ostatnich dwudziestu lat, na brak środków nie można było narzekać. Moim zdaniem przyczyna naszej porażki jest natury politycznej. Powiedziałabym nawet, że ideologicznej.
Na czym to polegało?
W 1989 r. doszło do rewolucji. Bezkrwawej, ale fundamentalnej. W pierwszym odruchu odrzucono więc wszystko, co istniało przed przełomem. W podejściu do przestrzeni miejskiej również. Wyrzucono więc do kosza to, co wydawało się sprzeczne z ideologią wolnego rynku. Było to zupełnie nieuzasadnione, bo odrzuciliśmy przy okazji nauki płynące z takich miejsc, gdzie wolny rynek istnieje trochę dłużej niż u nas. We wszystkich krajach rozwiniętych gospodarowanie przestrzenią miejską poddane jest bardzo silnym regulacjom. A ponieważ w urbanistyce całkowicie zaufaliśmy wolnemu rynkowi, nastąpił chaos. Brak ładu przestrzennego jest produktem ubocznym tamtych ideologicznych decyzji.
Jakie błędy zostały popełnione?
Uczestniczyłam w pracach nad nową legislacją gospodarowania przestrzenią i doskonale pamiętam tamtą atmosferę. Ustawodawca, rząd i rządzący uwierzyli, że w Polsce istnieje rozwinięte społeczeństwo obywatelskie. Przez lata było tłamszone, ale teraz wreszcie zrzuciło okowy. Kto więc najlepiej będzie podejmował decyzje dotyczące ładu przestrzennego? Właśnie obywatele. Nie jacyś technokraci, tylko lokalna władza, oczywiście po konsultacji z mieszkańcami. Kto jak kto, ale oni sami będą wiedzieli najlepiej, co jest dla nich dobre. Teraz widzimy, że taka wiara była naiwna i nieuprawniona. Bo planowanie miasta to wiedza, tysiące lat doświadczeń w szukaniu optymalnych rozwiązań dla życia ludzi w grupie na ograniczonej przestrzeni. Historia uczy nas, że regulacja jest niezbędna. Miasta od początku zakładane były na prawach, czyli na podstawie tego, co dziś nazwamy planami.
Nie chce pani chyba powiedzieć, że w Polsce po 1989 r. rozbudowywano miasta bez jakiegokolwiek planu?
Po przełomie przyzwolono na wolność budowania. Ze swobodą urbanistyczną wiązano duże nadzieje, bo każdy przecież wie, jak ważny jest sektor budowlany dla rozwoju gospodarki. Inwestorzy szybko zorientował się w swojej uprzywilejowanej pozycji i poczuli się niesamowicie pewnie. Niestety, kolejne polskie rządy - i nie ma to nic wspólnego z opcją polityczną - uznają, że próby ograniczania swobody gospodarczej na rynku nieruchomości są groźne dla rozwoju kraju. W efekcie wielki deweloper zaczął nie tylko dyktować warunki budowania miasta, lecz także wpływać na ustawodawstwo w tej dziedzinie. I dlatego de facto nie mamy ustawy o zagospodarowaniu przestrzeni. W istniejącym prawie brak jakichkolwiek brzegowych warunków stanowiących, co jest minimalnym standardem dobrego miasta i czego w mieście robić nie wolno.
Jak to powinno wyglądać?
Na przykład tak jak przepisy normatywne w prawie budowlanym. Gwarantują, że to, co się buduje, musi spełniać określone normy higieniczne, bezpieczeństwa użytkowania, pożarowego itd. Istnieją państwowe regulacje stanowiące, że kuchnia nie może być węższa niż tyle i tyle, że musi mieć okno, że schody powinny mieć odpowiedni standardowy wymiar i wiele innych. W ramach tego powstają domy czy biura lepsze lub gorsze. Ale przynajmniej da się w nich mieszkać albo pracować. Natomiast takich przepisów dla miasta nie ma w ogóle. To znaczy, że jak ten obywatel, o którego ustawodawca tak zadbał i którego tak chroni przed samowolą dewelopera, fantazją architekta czy własną niewiedzą, wyjdzie z domu, to go państwo opuściło. Prawo stanowi tylko, że chodnik przy jezdni nie może być węższy niż 2 m. Ale już to, dokąd tym chodnikiem, o ile w ogóle jest, można dojść - czy w pobliżu jest plac zabaw albo park, czy można odprowadzić dziecko do szkoły położonej w okolicy, czy trzeba jechać do innej samochodem, czy da się poruszać po mieście transportem publicznym - nie jest regulowane. Takich przepisów "dobrego miasta" nie ma w ogóle.
W innych krajach takie regulacje obowiązują?
Różnie z tym bywa. Albo są de facto spisane, albo poczucie odpowiedzialności władzy publicznej wobec wyborców jest głęboko zakorzenione i nie zaproponują takiej rozbudowy miasta, w którym trudno żyć. A u nas państwo wycofało się z odpowiedzialności. Zostawiło wszystko albo inwestorom, ufając, nie wiadomo na jakiej podstawie, że oni sami się powściągną i będą reprezentowali interesy ogółu, albo mądrości i ograniczonym możliwościom władz samorządowych.
A przyjmowane przez samorząd plany zagospodarowania przestrzennego?
Tutaj absurd goni absurd. Zacznijmy od tego, że w Polsce większość - około 70 proc. - decyzji o pozwoleniach na budowę jest wydawana na terenach, dla których nie istnieje plan zagospodarowania przestrzennego. To jasne, że deweloper woli budować tam, gdzie planu nie ma, a dzięki temu grunt jest tańszy. Czyli wybiera obrzeża miast. I dlatego współczesna Warszawa wygląda jak ciastko z dziurką: rozrastające się przedmieścia i wiele pustych terenów w środku, z placem wokół Pałacu Kultury na czele. W stolicy zachodzi najbardziej niebezpieczny proces dla racjonalności funkcjonowania miasta. Bo takie rozlane miasto jest szalenie niewygodne. I bardzo drogie, bo przecież tereny zabudowy trzeba uzbroić i technicznie, i socjalnie. To dlatego wiele dzielnic peryferyjnych nie ma porządnych dróg czy kanalizacji, nikt nie nadąża z budowaniem szkół, przedszkoli, domów kultury i w rezultacie setki tysięcy mieszkańców nowych przedmieść dojeżdżają do miasta. Rozlewanie się miast to problem nie tylko w Polsce. Jest skutkiem rewolucji samochodowej po II wojnie światowej. Najpierw w USA, potem w Europie, kiedy ludzie zaczęli uciekać z zatłoczonych śródmieść i spełniać swoje marzenie o podmiejskim domu z ogródkiem. W Polsce to rozproszenie zabudowy ruszyło z opóźnieniem po 1989 r. W tym czasie kraje rozwinięte zaczęły intensywnie przeciwdziałać procesom suburbizacji i rozlewania się miasta. W liberalnej Wielkiej Brytanii od lat 80. obowiązuje takie prawo, że zanim samorząd zacznie planować zabudowywanie podmiejskich green fields (ang. zielone pola), gdzie nic nie ma, musi wykazać, że zrobił wszystko, by wykorzystać tzw. brown fields (brązowe pola), czyli tereny miejskie, zurbanizowane, które z jakiegoś powodu nie są jeszcze zagospodarowane. To stymuluje rozwój zwartego miasta i na przykład rewitalizację terenów poprzemysłowych. U nas zarówno ustawowe regulacje, jak i planowanie nie ograniczają rozlewania się miast. I dopiero teraz zaczyna się myśleć o rewitalizacji. To należało zrobić 15 lat temu.
Czyli teraz trzeba uchwalić plany dla wszystkich terenów i problem będzie rozwiązany?
Tylko nie to! To druga skrajność. W którą zresztą sami wpadamy. Bo tak naprawdę planów zagospodarowania jest w Polsce zbyt dużo.
Zgubiłem się. Jest ich za dużo czy za mało?
To właśnie największy absurd polskiej urbanistyki. Często tworzy się plany gdzieś hen za lasem, a nie sporządza się planów w obszarach zurbanizowanych, co pozwoliłoby zarówno racjonalnie dogęścić miasto, jak i ochronić miejskie tereny zielone. Taka polityka planistyczna doprowadziła do absurdalnej sytuacji. Są wyliczenia pokazujące, że gdyby zabudować w Polsce wszystko to, co jest przewidziane w istniejących planach zagospodarowania, mielibyśmy mieszkania dla 77 mln ludzi.
Nieźle. Prawie po dwa na głowę.
Nieprawdą jest więc, że planów mamy za mało. Mamy wręcz ogromną nadpodaż planistyczną. Są gminy, takie jak podwarszawska Lesznowola, które są w 100 proc. pokryte planami. Teoretycznie więc żaden właściciel działki nie musi chodzić do gminy i prosić o decyzję o warunkach, tylko bierze plan, robi projekt i buduje. Ale już to, że nie ma tam ulic, wody, gazu, kanalizacji i żadnych obiektów organizujących życie mieszkańców, nikogo nie obchodzi.
Jak w takim razie powinno być?
Na przykład tak jak w Niemczech. Tam planowanie miasta jest częścią gry rynkowej. Władza lokalna wypuszcza na rynek odpowiednią do prognozy popytu ilość zaplanowanych terenów. I deweloperzy muszą budować właśnie tam, bo gdzie indziej nie wolno. Ale w zamian samorząd zapewnia drogi, szkoły, przedszkola i wszystko inne potrzebne do dobrego życia. Po uchwaleniu planu wartość nieruchomości wzrasta. Deweloper, który skupi takie tereny, ma więc kapitał do działania na rynku budowlanych. W Polsce taką praktykę stworzyć trudno, bo dopóki jest nadpodaż planów zagospodarowania, schemat nie zadziała, a cena gruntu nie wzrośnie. Może nawet spaść. Bo opinie, że na przedmieściach żyje się źle, że jest brzydko, nie ma gdzie pójść z dzieckiem na spacer, a do pracy trzeba jechać nie wiadomo ile godzin, są coraz bardziej słyszalne. Nadpodaż planistyczna terenów budowlanych, związane z tym działania na rynku finansowym i kredyty hipoteczne są ogromnym zagrożeniem dla polskiej ekonomii.
Polskie prawo jest jednak bardzo demokratyczne. Są mechanizmy umożliwiające obywatelom zgłaszanie wniosków do lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego.
To iluzja. Bo skąd niby wszyscy ludzie mają wiedzieć, jak powinno wyglądać dobre miasto? Owszem, mogą powiedzieć, że chcą mieć w okolicy szkołę, ale jeśli akurat tam mieszkają emeryci, będą optować za domem kultury dla seniorów, single z kolei będą uważali, że ani jedno, ani drugie nie jest im w ogóle potrzebne. A przecież często robi się plany na terenach, gdzie jeszcze nie ma mieszkańców i tam partycypacja społeczna jest fikcją. W praktyce proces zgłaszania wniosków do planów zagospodarowania przestrzennego zdominowany jest przez tych, którzy mają w tym największy doraźny interes. To znaczy posiadaczy działek albo deweloperów, którzy te działki zamierzają skupić. Im mniej miejsca plan pozostawia na drogi, przedszkola, żłobki, szpitale, przychodnie czy parki, tym więcej zysków dla właścicieli terenów. O mieście nie można decydować w taki sposób, bo przecież to, co się buduje, ma charakter trwały. A w urbanistyce chodzi o to, by tworzyć rozwiązania funkcjonalne dla wszystkich.
A czy nie jest tak, że inwestorowi też zależy na drogach, przedszkolach czy parkach, bo dzięki temu więcej klientów zdecyduje się na zakup zbudowanych tam mieszkań?
W polskiej praktyce takie założenie po prostu nie zadziałało. Weźmy na przykład warszawską dzielnicę Białołęka. Pomimo że w planach nie przewidziano takich właśnie funkcji, deweloperzy budowali, a ludzie kupowali mieszkania. Teraz dzieci uczą się tam na dwie zmiany, a mieszkańcy stoją codziennie w ogromnych korkach, by w ogóle wydostać się z tej fatalnie zaplanowanej i skomunikowanej z miastem dzielnicy. Albo miasteczko Wilanów. Ta największa od czasów Ursynowa polska inwestycja miejska. Można powiedzieć - sztandarowy projekt urbanistyczny III RP. Tam uchwalono plan, w którym wytyczono tylko kilka najważniejszych ulic i nie wyznaczono terenów pod szkołę, przedszkola czy parki. W trakcie postępu budowania mieszkań ówczesny burmistrz słusznie zorientował się, że dobrze by było, gdyby 30 tys., a może nawet 60 tys. ludzi, którzy tam zamieszkają, miało do dyspozycji przynajmniej jedną publiczną szkołę. Zaczęły się negocjacje. Właściciel zażyczył sobie za teren na szkołę kwotę, jaką mógłby uzyskać za zbudowanie na nim budynków mieszkalnych, a nie jak za orne pole, które było tam w czasie uchwalania planu. W rezultacie więc my, podatnicy, zapłaciliśmy za klasyczny błąd urbanistyczny.
Nie dało się temu zapobiec?
Błąd znów tkwi w samym systemie. W Polsce nie mamy regulacji dotyczących budowania miasta na nowych terenach. W II Rzeczpospolitej takie istniały. W miejscach, gdzie miasto było rozbudowywane, scalano grunty i wytyczano działki na nowo, w ten sposób, żeby były ułożone nie w wiejską zabudowę łanową, ale w system miejski. Każdy właściciel oddawał przy tym 25-35 proc. terenu na cele publiczne. Pod ulicę, szkołę, skwer itd. Układ był uczciwy, bo przecież w zamian za orne pole dostawał lepszy, skomunikowany i łatwiejszy do uzbrojenia grunt. Dziś tego nie ma. Samorząd, żeby wybudować ulice, szkoły, przedszkola i parki, musi wykupić teren od właścicieli. W praktyce jest to wywłaszczenie za odszkodowaniem. Cena, za którą właściciel musi sprzedać grunt, jest negocjowana i są z tym olbrzymie problemy.
Jakie są tego efekty?
W planach zagospodarowania miasto czy gmina same minimalizują tereny przeznaczone pod wykup na cele publiczne. Z oszczędności. I to jest cała tajemnica nowych "eleganckich" osiedli mieszkaniowych, gdzie nie ma ani dokąd, ani po czym pójść z dzieckiem na spacer.
Zasiada pani w różnych komisjach doradczych. Nie mówicie o tym władzom?
Mówimy. Ale one mają swoje argumenty. Często opiniujemy plany, w których w ogóle nie przewiduje się miejsca na tereny zielone. Kiedy zwracamy na to uwagę, pada argument, że nawet jeśli zostaną one zaplanowane, i tak nie ma żadnej gwarancji, że właściciel będzie chciał te tereny sprzedać. I rzeczywiście. Według obowiązującego prawa parki miejskie nie podlegają obowiązkowi wywłaszczenia na cel publiczny. Nie chodzi zatem o to, żeby wyrzucać deweloperom, że słabo dbają o interes ogółu. Nie taka przecież ich rola. Kapitalista dąży do zysku i takie jego kapitalistyczne prawo. Bez inwestorów nie byłoby rozwoju miasta, nawet najlepiej wymyślonego. Ale rolą władzy publicznej, a w konsekwencji odpowiedniej legislacji, jest takie równoważenie interesów, by w mieście dało się i zarobić, i godziwie mieszkać. I władza w Polsce po 1989 r. w gospodarowaniu przestrzenią po prostu zawiodła.
Co robić, żeby było lepiej?
Są takie środki. Można do nich zaliczyć chociażby państwowe standardy urbanistyczne "dobrego miasta", lecz także wprowadzenie podatku katastralnego.
To może być trudne, podatków przecież nikt nie lubi.
Podatek katastralny jest stosowanym na szeroką skalę na całym świecie instrumentem budowania logicznego miasta. Podatek od wartości gruntu zapobiega powstawaniu takich absurdów, jak od lat niedokończony budynek na warszawskim placu Politechniki albo betonowy szkielet przy zbiegu ulic Sikorskiego i Sobieskiego nazywany największym nośnikiem reklamowym w Europie. Gdyby istniał ten podatek, właściciele gruntów na terenach zurbanizowanych byliby ekonomicznie zmuszeni do tego, by nie zostawiać pustych działek w środku miasta, tylko zabudowywać je zgodnie z ustaleniami planów. Brak podatku od rynkowej wartości terenu sprzyja prywatnym spekulacjom na rynku nieruchomości, pomimo wydatkowania publicznych pieniędzy na sporządzanie planów i uzbrojenie terenów.
A jak oceniać zjawisko grodzenia wielkich zamkniętych osiedli przez prywatnych inwestorów? Tak jak w przypadku Mariny Mokotów położonej w centrum Warszawy, na którego teren mają wstęp tylko mieszkańcy. Czy to nie jest zaprzeczenie idei przestrzeni publicznej?
To fenomen na skalę ogólnoeuropejską. Zwłaszcza w Warszawie. Miałam już niezliczoną ilość wizyt zagranicznych kolegów urbanistów, studentów, dziennikarzy, którzy przyjeżdżali tu zobaczyć coś, czego jeszcze nie widzieli. W świecie rozwiniętym zjawisko grodzenia występuje tylko w Ameryce, a i tam nie wszędzie. Moim zdaniem miasto w naturalny sposób dzieli się na to, co prywatne, i to, co publiczne. Nie ma konstytucyjnych podstaw do tego, żeby komukolwiek bronić ogrodzenia swojej własności. Natomiast u nas skala ogrodzonych terenów prywatnych jest porażająca. Bo z wielowiekowych doświadczeń zachowania człowieka w przestrzeni wiemy, że jeśli kwartał miejski będzie miał więcej niż 200 - 300 metrów w jedną stronę, zaczyna to przeszkadzać w funkcjonowaniu miasta. Kwartał może mieć hektar albo trzy hektary na peryferiach. W przypadku Mariny to 30 hektarów zamkniętego osiedla. Państwo w państwie. Ale problemem znowu jest brak planów, w których by wytyczano odpowiednio gęstą sieć ulic miejskich, czyli przestrzeni publicznych ograniczających wielkość terenów prywatnych, które można grodzić.
Rozbudowa miasta to zawsze konflikt pomiędzy nową a starą, zastaną tkanką miejską. Jak to wygląda w polskim przypadku?
Dziedzictwo architektoniczne jest u nas chronione przez państwo. Konserwator to urzędnik państwowy. I dobrze - lokalna władza nie może podejmować decyzji, że na przykład zburzy Wawel. Wpisanie czegoś do rejestru zabytków pociąga jednak za sobą poważne konsekwencje. Nie można kosztów ochrony historycznej wartości złożyć tylko na właściciela. Teoretycznie państwo, wpisując zabytek do rejestru, powinno przygotować środki na jego utrzymanie. W praktyce jednak brak pieniędzy, niedbałość, czasem zła wola, bo ktoś sobie upatrzył teren i chce zburzyć to, co mu przeszkadza, powodują, że wiele starej architektury niszczeje, a nawet znika. Z drugiej strony czasami konserwator chroni każdy relikt historii, co często uniemożliwia tworzenie nowych wartości. A przecież miasto to nie skansen, ale materialny dokument ciągłego procesu przemian. Wierzę, że da się łączyć dziedzictwo historii ze współczesną architekturą, czego przykładami są plac Krasińskich czy plac Trzech Krzyży w Warszawie, a także wiele nowoczesnych budynków doskonale wpisujących się w tkankę historycznego miasta.
W Polsce jest jeszcze jedna architektoniczna pozostałość historii najnowszej, wielka płyta. Co zrobić z tymi blokowiskami?
Uważam, że blokowiska z wielkiej płyty się bronią. Dlatego że są urbanistycznie poprawne. Zawsze mają szkoły, przedszkola i tereny zielone, nawet jeśli są one słabo zagospodarowane. Czyli mają to wszystko, co w nowych osiedlach mieszkaniowych nie powstaje. Ich problemem jest przede wszystkim brak parkingów, bo nikomu w latach 70. nie przyszło do głowy, że będziemy mieli tyle samochodów. Ale mimo wszystko osiedla z wielkiej płyty mają olbrzymi potencjał rewaloryzacji. Racjonalnego dogęszczenia i poprawy jakości przestrzeni publicznych. Z nowymi osiedlami jest odwrotnie. Istnieje dużo wyższa jakość samej architektury i całkowity brak urbanistyki. Nie będzie łatwo tego zmienić. Z obecnie budowaną mieszkaniówką jest jeszcze jeden problem, który wyjdzie na jaw w dłuższym okresie.
Jaki?
W ostatnich latach powstała zabójcza mieszanka dużego popytu na mieszkania, ograniczonych możliwości finansowych większości Polaków i eksplozji cen nieruchomości. Efekt jest taki, że ostatnio deweloperzy skoncentrowali się na budowie mieszkań maleńkich. 30 metrów kwadratowych nikogo już nie dziwi. Powszechne stały się mieszkania dwupomieszczeniowe z małą sypialenką i większą salonokuchnią lub wręcz jednopokojowe z alkową do spania. Ich standard jest oczywiście wyższy niż przed 1989 r. Ale wtedy przynajmniej powstawały mieszkania, w których mogła żyć rodzina. Te obecne są uszyte na potrzeby bezdzietnych, którzy w nich tylko nocują. Obawiam się, że tworzymy w ten sposób potężn zasób lokali, która za parę lat okażą się nikomu do niczego niepotrzebne, o ile wierzyć w skuteczność deklarowanej polityki prorodzinnej rządu. Łatwo byłoby temu zapobiec. Wystarczyłaby regulacja nakazująca, aby nawet w małym mieszkaniu była możliwość wydzielenia przynajmniej trzech pomieszczeń z oknem. Oczywiście większe mieszkania niech powstają stosownie do potrzeb i możliwości rynku. Wielkość minimalnego mieszkania rodzinnego powinna być elementem polityki mieszkaniowej państwa, której zresztą w ogóle brak.
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000004200.805.jpg@RY2@
marcin kaliński
Siedziba TVP często wygrywa w rankingach najbrzydszych budynków w stolicy
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000004200.806.jpg@RY2@
rafał milach/forum
W 1989 r. doszło do rewolucji w podejściu do przestrzeni miejskiej. Wyrzucono do kosza to, co wydawało się sprzeczne z ideologią wolnego rynku. Brak ładu przestrzennego jest produktem ubocznym tamtych ideologicznych decyzji
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000004200.807.jpg@RY2@
artur barbarowski/east news
Budynek Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej w Katowicach otrzymał nagrodę w konkursie "Życie w architekturze"
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000004200.808.jpg@RY2@
Magdalena Staniszkis, wykłada w Pracowni Przestrzeni Miejskiej Politechniki Warszawskiej. Od 1989 r. jest członkiem Miejskiej Komisji Urbanistycznej Warszawy, od 2005 r. zasiada też w Głównej Komisji Architektoniczno-Urbanistycznej. Tuż po przełomie 1989 r. była doradcą ministra budownictwa i gospodarki przestrzennej. Jest autorką wielu projektów i koncepcji urbanistycznych oraz architektonicznych, a także publikacji na temat problemów współczesnej urbanistyki
Z Magdaleną Staniszkis rozmawia Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu