Inteligentny obywatel
Miasto przyszłości to nie objęte siecią cyfrową smart city, lecz miejsce, w którym aktywnie działają smart citizens
Z Alkiem Tarkowskim rozmawia Rafał Woś
O czym dziś porozmawiamy?
O mieście. Generacja 2.0 pasjonuje się miastem. Amerykanin Anthony Townsend wydał właśnie książkę "Smart cities. Big Data, Civic Hackers and the Quest for a New Utopia". Townsend bada wpływ nowych technologii na procesy urbanistyczne. Na dodatek szefuje Instytutowi Badań nad Przyszłością w Dolinie Krzemowej. Trudno więc o bardziej miarodajny wyznacznik tego, co w cyfrowym świecie piszczy w sprawach miejskich.
A co to w ogóle jest to smart city?
To hasło wymyślone przez duże korporacje telekomunikacyjne w stylu Cisco czy IBM. One w pewnym momencie zrozumiały, że wraz z pojawieniem się nowych technologii internetowych rodzi się dla nich nowe pole ekspansji. Tym nowym klientem miały być właśnie miasta i tamtejsze organizmy administracyjne uginające się pod ciężarem zadań. Korporacje roztoczyły przed zmęczonymi mieszkańcami metropolii bardzo atrakcyjną wizję. Obiecały, że potrafią rozwiązać wiele ich problemów poprzez nałożenie na miasta inteligentnej warstwy cyfrowej.
Na przykład?
Przestępczość. Mamy problem, więc budujemy sieć monitoringu, która ten problem rozwiązuje. To było smart city w wersji najbardziej podstawowej. Od tamtej pory pojawiło się wiele innych, bardziej wyrafinowanych rozwiązań. Kiedyś uczestniczyłem w dyskusji na temat uruchomienia w Warszawie wielkiego projektu ostrzegania medycznego finansowanego ze środków unijnych. Chodziło o wyposażenie starszych osób w czujniki, które byłyby połączone z centrami sterowania w klinikach. Pomysłów jest wiele. Ale budzą też wielką krytykę.
Dlaczego?
To prosty sposób na transferowanie publicznych pieniędzy do kieszeni korporacji, które dostarczają technologiczne rozwiązania, i uzależniania od nich miast. Nikt nie potrafi zrobić inteliegentnego miasta jako usługi publicznej. Na dodatek pojawia się odwieczny problem gromadzenia danych. Jest też lęk, że zbyt inteliegentne miasto pozbawi mieszkańców woli działania.
A nie można zrobić smart city bez korporacji?
Można. I to właśnie jest najnowszy trend we wszystkich dyskusjach o mieście 2.0. Robi to też sam Townsend. To próba wywrócenia dotychczasowej logiki dyskusji o mieście przyszłości do góry nogami. I zamiast smart city mamy tu smart citizen. Czyli nie tyle inteligentne cyfrowe miasto, ile inteligentnego cyfrowego obywatela.
Jak to działa?
Na przykład w miejsce rozbudowy sieci monitoringu pojawia się człowiek z komórką. Jest taka historia z Nairobi w Kenii. Tamtejsze slumsy nie miały w ogóle cyfrowej mapy. Na Google Maps były białą plamą. Aż przyjechali aktywiści i rozdali mieszkańcom tanie telefony z GPS-em. Wkrótce cały obszar był cyfrowo zmapowany. To z kolei otworzyło nowe możliwości zarządzania tą przestrzenią. Kiedy się o tym czyta, jest to inspirujące. Choć oczywiście główne pytanie brzmi: czy moda na cyfrowych obywateli ma szanse stać się czymś więcej niż tylko nowinką albo ciekawą anegdotą? W Ameryce na przykład wzorcowym projektem z tej działki, na który powołuje się wielu entuzjastów, jest cyfrowy system opiekowania się przez obywateli... hydrantami. Można argumentować, że hydrant to ważna część przestrzeni miejskiej, a wokół takiej akcji buduje się samoczynny i oddolny kapitał społeczny. Ale z drugiej strony są jednak w mieście problemy ważniejsze i bardziej palące.
Słuchając tej opowieści o cyfrowych miastach, cały czas myślę sobie, że do Polski ta moda chyba jednak nie dotarła. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że pokolenie cyfrowe zupełnie oddało tradycyjnym politykom pole przy okazji referendum warszawskiego.
To akurat aż tak bardzo mnie nie dziwi. W dyskusjach o smart cities miesza się wiele wątków: urbanistyka, jakość życia, problem miejskiego ubóstwa, nadzór i big data, czyli przetwarzanie dużych zbiorów danych. Ale jedyne, czego brakuje, to właśnie polityka. Na dodatek żadna ze stron warszawskiego sporu - ani rządzący, ani opozycja - nie uznała jeszcze, że pomysł smart cities jest dla nich w jakikolwiek sposób atrakcyjny politycznie.
Szkoda.
Też tak uważam. Choć trzeba przyznać, że stołeczny ratusz wykonuje pierwsze ukłony w stronę "inteligentnych obywateli". Za pomocą cyfrowych narzędzi można by próbować zaradzić wielu autentycznym problemom, na przykład... psim kupom. Ale mówiąc bardziej poważnie, próbowaliśmy kiedyś w Centrum Cyfrowym przekonywać, że na idei otwartych danych, tworzeniu map i pokazywaniu w ten sposób problemów miejskich mogliby skorzystać wszyscy. Trafiliśmy jednak na mur niezrozumienia. I to nie ze strony urzędników, lecz aktywistów rowerowych czy ruchów młodych matek z dziećmi. Powiedzieli, że to ich nie bardzo interesuje, bo sami działają inaczej.
Czego to dowodzi?
Pewnie potrzeba czasu i inicjatyw, które przetrą szlak. W Katowicach działa Medialab - miejska instytucja pracująca w modelu smart. W Krakowie w ten weekend rusza obywatelski projekt Koduj dla Polski. Ale na razie najsilniejszy impuls w kierunku inteligentnego miasta wychodzi od sektora biznesowego. W Polsce świetnym przykładem jest popularny serwis Jak Dojadę, za którego pomocą wielu ludzi planuje podróż komunikacją miejską w największych polskich miastach. Tylko że historia tego serwisu była bardzo tradycyjna. Człowiek, który to wymyślił, zawarł układ z operatorami komunikacji miejskiej i po prostu zapłacił za dane. Smart citizen nie było tam wcale.
@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000270a.802.jpg@RY2@
Marek Matusiak
Alek Tarkowski socjolog internetu, dyrektor Centrum Cyfrowego Projekt: Polska i koordynator polskiego oddziału Creative Commons. W latach 2008-2011 członek zespołu doradców strategicznych przy premierze
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu